Obrońca ciszy

W zalewie współczesnego hałasu, który nie niesie za sobą żadnych znaczeń, refleksyjne piosenki Jonasza Kofty pozostają ważnym głosem po stronie sensu.

Był raz taki festiwal w Opolu, podczas którego na jednej scenie pojawili się obok siebie: Agnieszka Osiecka, Wojciech Młynarski i Jonasz Kofta. Działo się to w roku 1977, a koncert z piosenkami tej trójki autorów nosił tytuł „Nastroje, nas troje”. Chyba nigdy wcześniej i nigdy później polska piosenka z ambitnym tekstem nie miała takiej kumulacji. Bo przecież, jak powiedział kiedyś Jeremi Przybora, ci autorzy stanowili „trójcę wieszczów polskiej piosenki”. Zapewne przez skromność Przybora nie zaliczył do tej plejady siebie, bo tak naprawdę było ich czworo – mistrzów, którzy tak pięknie łączyli poezję z muzyką rozrywkową.

Apetyt na poezję

W tej wielkiej czwórce Jonasz Kofta pozostaje jakby trochę w cieniu – może dlatego, że choć najmłodszy, umarł jako pierwszy. Jego przedwczesna śmierć, która miała miejsce trzydzieści lat temu, dla wielu była wstrząsem. Wcześniej przez długie lata zmagał się z chorobą nowotworową. Jako człowiek obdarzony dużym poczuciem humoru, żartował nawet z tego: „Mówią podobno, że mam raka, a nie chodzę tyłem”. Tragiczny paradoks jego śmierci polegał jednak na tym, że raka wyleczył, a odszedł w wyniku… zakrztuszenia. „Tak naprawdę Jonasz umarł w SPATiF-ie. Umówił się ze znajomą dziennikareczką na wywiad, zamówił golonkę i mięso utknęło w spalonym kobaltem gardle. Stracił przytomność, zrobiła się afera” – relacjonował tę historię Janusz Atlas.

Krótko po jego śmierci Polskie Nagrania wydały płytę „Jonasz Kofta i jego piosenki”. Znakomita, reprezentatywna składanka z głosami wybitnych artystów zawierała nieśmiertelne przeboje, takie jak: „Pamiętajcie o ogrodach”, „Wakacje z blondynką”, „Śpiewać każdy może”, „Jej portret” czy „Do łezki łezka”. Płytę zamykał wyśpiewany przez samego autora „Song o ciszy”, stanowiący coś w rodzaju poetyckiego credo: „Bo gdy się milczy, milczy, milczy, to apetyt rośnie wilczy, na poezję, co, być może, drzemie w nas”. Wybitnym wokalistą Kofta nie był, ale jest coś przejmującego w tym wyznaniu przeciwstawiającym się naszej hałaśliwej cywilizacji, w której coraz trudniej o porozumienie: „Gdy kiedyś łomot umrze w dyskotekach,/ do siebie nam dalej będzie niż do gwiazd./ Zanim coś powiesz tak jak człowiek do człowieka,/ cisza zgruchocze i wykrwawi wszystkich nas”.

Napisz o tym, że nie wiesz

Choć dobrze sprawdzał się w twórczości satyrycznej, czego dowodem jest wspomniana piosenka „Śpiewać każdy może”, świetnie wykonana przez Jerzego Stuhra, to jednak jego specjalnością pozostawała twórczość liryczna, refleksyjna, wymagająca wyciszenia właśnie – zarówno od twórcy, jak i odbiorcy. Mistrzostwo w tej dziedzinie osiągnął utworem „Jej portret”, zaczynającym się od słów: „Naprawdę jaka jesteś, nie wie nikt”. Choć tu akurat na efekt końcowy składa się także, równie znakomita, muzyka Włodzimierza Nahornego – jedna z najpiękniejszych kompozycji w całej polskiej muzyce rozrywkowej. Co ciekawe, ta melodia krążyła wcześniej między różnymi tekściarzami przez dwa lata, a sam Kofta nie mógł się zabrać do pisania słów przez pół roku. Pomóc w tym miała dopiero żona Jaga: – Ja mu mówię, że jeżeli tytuł jest „Jej portret”, to wie chyba, jakie są kobiety – opowiadała w jednym z wywiadów. – A on mówi, że nie wie. No to mówię mu: „Napisz o tym, że nie wiesz po prostu”. I tym sposobem wreszcie usiadł i napisał piosenkę.

Inne teksty powstawały szybciej – pomysły zapisywał na gorąco, kiedy tylko przychodziły mu do głowy. Jeśli akurat był w restauracji, notował je na serwetkach. Pierwszą recenzentką była najczęściej żona, którą potrafił obudzić w środku nocy, by skonsultować jakąś frazę. Za to podobno nigdy nie wstawał przed jedenastą. Musiał mieć więc niezły ubaw, kiedy pisał: „Jak dobrze wstać skoro świt”…

W sumie stworzył około sześciuset wierszy i piosenek, ale nie dbał zanadto o to, co się z nimi dalej działo. Po jego śmierci wiele utworów pozostawało w rozproszeniu, dopiero siedem lat temu wydawnictwo Prószyński i S-ka postanowiło je zebrać w książkach. Lektura uświadamia, jak wiele piosenek, które dobrze znamy i chętnie nucimy, wyszło spod jego pióra. Jest wśród nich „Samba przed rozstaniem”, przejmująco interpretowana przez Hannę Banaszak, „Z tobą chcę oglądać świat” – jeden z najpiękniejszych polskich duetów, zaśpiewany przez Zdzisławę Sośnicką i Zbigniewa Wodeckiego, czy wreszcie awangardowe „Cztery ściany świata”, brawurowo wykonywane przez Czesława Niemena z towarzyszeniem zespołu Aerolit. Rozpiętość stylistyczna tych nagrań dowodzi, jak uniwersalnym twórcą był Jonasz Kofta.

Kłopoty z tożsamością

Autor „Songu o ciszy” przyszedł na świat w 1942 r. w Mizoczu na Wołyniu, w rodzinie żydowskiego pochodzenia, jako Janusz Kafta. Rodzina, która uniknęła pogromu – najpierw ze strony Ukraińców, a potem Niemców – zmieniła nazwisko w czasie wojny. Natomiast Jonasz to pseudonim artystyczny. Miał on być czymś w rodzaju demonstracji tożsamości. Jego syn, pisarz Piotr Kofta, twierdzi, że w tej kwestii ojciec „nie do końca był pewny siebie”. Prawdziwego imienia Janusz Kofta nigdy w urzędzie nie zmienił.

Był nie tylko człowiekiem słowa, który, jak mówi Stefan Friedmann, „poruszał się w każdej dziedzinie literackiej po mistrzowsku”, ale także malarzem. Jednak już podczas studiów w warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych ujawnił się jego talent literacki i kabaretowy. Wraz z Adamem Kreczmarem i Janem Pietrzakiem utworzył kabaret klubu „Hybrydy”, gdzie wkrótce został kierownikiem literackim. Był też współzałożycielem słynnego kabaretu „Pod Egidą”. Od 1964 r. współpracował z Programem III Polskiego Radia, co było po części kontynuacją tradycji rodzinnej. Jego ojciec Mieczysław współzakładał bowiem wrocławską rozgłośnię Polskiego Radia, szefował też Radiu Katowice w latach 1952–1956, czyli m.in. w czasie, gdy zostało ono przemianowane na Radio Stalinogród. Przez ówczesnych pracowników był jednak dobrze wspominany.

Pod specjalnym nadzorem

Sam Jonasz Kofta trafił na specjalną listę, na której umieszczono autorów pod szczególnym nadzorem peerelowskiej cenzury. „Wszystkie własne publikacje autorów z poniższej listy zgłaszane przez prasę i wydawnictwa książkowe oraz wszystkie przypadki wymieniania ich nazwisk należy sygnalizować kierownictwu Urzędu, w porozumieniu z którym może jedynie nastąpić zwolnienie tych materiałów” – brzmiała poufna instrukcja Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk z 1976 r. Dotyczyła ona również Kofty, choć przecież nie był on raczej w pierwszym szeregu twórców atakujących ówczesny system. A jeśli już to robił, to w sposób dość zawoalowany. Po śmierci Jana Palacha napisał np. utwór o Ikarze, który „kiedy spadał, to się palił”, a po wydarzeniach w Radomiu i Ursusie – o „nocy na pół przeciętej”, która „już się nie zrośnie nigdy”.

Przyjaciele wspominają go jako człowieka dowcipnego i błyskotliwego, a jednocześnie dość trudnego w kontaktach, kapryśnego. Szukał relacji z odbiorcami, chciał być kochany, ale – według słów Friedmanna – „dopuszczał do siebie tylko zdolnych”. Śledził to, co piszą nieco młodsi od niego koledzy po piórze. Marek Dutkiewicz opowiadał w jednym z wywiadów, że podczas jakiejś imprezy Kofta wychwalał tekst piosenki „Kamikadze, wróć!” zespołu Papa Dance za świeżość metafor, nie wiedząc jednak, kto jest autorem. „Gdy przyznałem się, że to moje, pogratulował, ale chwalić przestał” – mówił Dutkiewicz.

Świeżość, wyjście poza konwencję języka były czymś, czego szukał w poezji. „Zaufaliśmy obyczajom i nawykom,/ już nie pytamy, czy w tym wszystkim jakiś sens” – śpiewał we wspomnianym „Songu o ciszy”. W zalewie współczesnego hałasu, który nie niesie za sobą żadnych znaczeń, piosenki Jonasza Kofty pozostaną cichym, ale zdecydowanym głosem w obronie sensu. •

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.