Wizjoner i outsider

– Nikt z moich rówieśników nie ma w swoim artystycznym dorobku takich płyt jak „czarny album” Brygady Kryzys, „Legenda” Armii czy „1991” Izraela. Robert Brylewski był najzdolniejszym muzykiem z naszego pokolenia – twierdzi lider Armii Tomasz Budzyński.

Świetny gitarzysta, wokalista, kompozytor, autor tekstów, a przede wszystkim muzyczny wizjoner – człowiek, który wykreował niepodrabialne brzmienie Izraela i Armii. Robert Brylewski. Wiadomość o jego śmierci dotknęła wszystkich, którzy choć trochę interesują się polską muzyką rockową. „To strzał w samo serce! Robert był osobą, która w latach 80. miała największy wpływ na polską muzykę niezależną” – napisał o nim na Facebooku Darek Malejonek.

Od pierwszego wejrzenia

Tomasz „Budzy” Budzyński, lider Armii, dokładnie pamięta moment swojego pierwszego spotkania z Robertem: – To było w Jarocinie, w 1984 r. Debiutowaliśmy wtedy z zespołem Siekiera. Nagle zobaczyłem kolorową załogę, która szła na próbę. To była grupa Izrael. Bardzo mi się wtedy spodobali – mogę nawet powiedzieć, że zakochałem się w tej ekipie od pierwszego wejrzenia. Więc kiedy po naszym koncercie Robert i Sławek Gołaszewski [również jeden ze współzałożycieli zespołu Armia – przyp. S.B.] przyszli nam gratulować i zaproponowali granie na festiwalu Róbrege, to było dla mnie coś niesamowitego – opowiada Budzyński.

Robert Brylewski był już wtedy uznanym muzykiem. Syn dwojga artystów Zespołu Pieśni i Tańca „Śląsk” dał się poznać jako współtwórca Kryzysu – jednego z pierwszych polskich zespołów punkrockowych, a następnie – wraz z Tomaszem Lipińskim – nowofalowej Brygady Kryzys. W 1982 r. nagrał z tym drugim zespołem pierwszy studyjny album, tzw. „Czarną Brygadę” ze słynną „Centralą”. Nowatorska muzyka dobrze współgrała z apokaliptycznymi tekstami Lipińskiego, które w mrocznej rzeczywistości stanu wojennego nabierały dodatkowych znaczeń. Krążek ukazał się w 150 tys. egzemplarzy, istnieją jednak podejrzenia, że część nakładu została skierowana do przemiału. Wzmacnia to dodatkowo legendę albumu uznawanego za jedną z najlepszych polskich płyt wszechczasów.

Pies, który liże rany

Po rozwiązaniu Brygady Kryzys Brylewski założył zespół Izrael – jedną z pierwszych kapel grających w Polsce muzykę reggae. – To właśnie dzięki niemu zacząłem słuchać roots reggae – opowiada Tomek Budzyński. – W mieszkaniu na Pańskiej, gdzie żył ze swoją dziewczyną – czarnoskórą Vivian, miał wiele płyt z tą muzyką. Ich styl życia bardzo mi wtedy imponował. Lubiłem ich odwiedzać i często u nich nocowałem. To było mieszkanie z widokiem na Pałac Kultury, który Robert bardzo często malował, bo miał też duży talent plastyczny. Okładki płyt Izraela projektował własnoręcznie – podkreśla Budzyński.

Na tych okładkach, podobnie jak w tekstach Izraela, odnaleźć można wiele motywów biblijnych. Na przykład kopertę „Duchowej rewolucji cz. I” z 1987 r. zdobi wielkie oko Opatrzności, pod którym po Ziemi podzielonej na wielobarwne, pasiaste pola spacerują mężczyzna i kobieta. Na odwrocie to samo oko autor wkomponował w środek ludzkiej dłoni, podpisując je malutkimi literami: „Bóg moją tarczą”. – To wszystko są płyty bardzo uduchowione – komentuje Budzy. – Robertowi nie było po drodze z Kościołem katolickim, ale swoją twórczością niósł nadzieję i dobro. Dla mnie osobiście Robert, przy całym swoim alternatywnym stylu życia, realizował to, o czym mówił Jan Paweł II: że artysta powinien być jak pies, który liże rany Łazarza.

Trafił swój na swego

Pomysł, by wspólnie założyć zespół, zrodził się jesienią 1984 r. na schodach warszawskiego klubu „Hybrydy”. – Spotkałem tam Roberta i Sławka Gołaszewskiego, zwierzyłem się, że nie gram już w Siekierze – opowiada Tomasz Budzyński. – I wtedy oni wyszli z propozycją, żebyśmy zrobili razem jakiś „eksperymentalny składzik”. Oczywiście bardzo chętnie się zgodziłem, to był dla mnie zaszczyt.

Tak powstała Armia, której pierwsze próby odbywały się w klubie „Hybrydy”. A pierwszym utworem była piosenka „Jeżeli”. – To wtedy powstał nasz styl – podkreśla Budzy. – I twórcą tego stylu był właśnie Robert Brylewski. Unikatowe połączenie reggae’owego dubu z muzyką hardcore’ową. On miał niesłychaną intuicję, był nowatorem.

Czy zetknięcie się dwóch tak silnych osobowości w jednym zespole prowadziło do konfliktów? – Nie, nie było ścierania się – twierdzi Budzyński. – Powiedziałbym raczej, że trafił swój na swego. Tworzenie muzyki nie polega na gadaniu, tylko na graniu, i albo coś zażre, albo nie. U nas momentalnie zażarło. Robert był niezwykle oryginalnym gitarzystą, a poza tym bardzo miłym, sympatycznym człowiekiem, dobrze wychowanym i niezwykle dowcipnym. Ten jego dowcip był naprawdę wyrafinowany, porównałbym go do Kabaretu Starszych Panów. Kochałem tego człowieka.

Sztuka najwyższej klasy

Najbardziej imponującym owocem współpracy tych dwóch osobowości jest płyta „Legenda”, uznawana za jeden z najważniejszych albumów polskiego rocka. Za produkcję tego krążka, jego brzmienie, również odpowiadał Brylewski. – Żaden z moich rówieśników nie ma w swoim artystycznym dorobku takich płyt jak „czarny album” Brygady Kryzys, „Legenda” Armii czy „1991” Izraela – twierdzi Tomasz Budzyński. – Dla mnie to są rzeczy wybitne i absolutnie ponadczasowe, które dotykają bardzo ważnych, uniwersalnych spraw i niosą pokrzepienie sercom.

W 1994 r. drogi muzyków rozeszły się – Robert Brylewski odszedł z Armii, niedługo później zawiesił działalność Izrael. Kolejna dekada to okres jego stosunkowo małej aktywności muzycznej. Współtworzył industrialny Falarek Band i kilka efemerycznych projektów, m.in. The Users z improwizacjami do wierszy Marcina Świetlickiego. Swoim nazwiskiem sygnował dwie płyty z muzyką elektroniczną. Jednak nie stworzył już niczego, co poziomem choćby zbliżyłoby się do trzech wspomnianych albumów.

Wypełnił powołanie

Na początku XXI w. Robert Brylewski znowu staje się aktywny muzycznie, reaktywuje kolejno swoje dawne projekty: Izrael, Kryzys, zaczyna grać z zespołem 52UM. W 2009 r. pojawia się na płycie Armii ­„Freak” – najbardziej nietypowym krążku grupy, nawiązującym do stylistyki rocka psychodelicznego. – Lubię tę płytę i wiem, że Robertowi też się bardzo podobała. Mówił wtedy, że ma jeszcze dużo pomysłów. Sam całkiem niedawno myślałem o tym, aby razem z nim nagrać „Freak 2”. – mówi Tomasz Budzyński.

Robert Brylewski zmarł 3 czerwca, w wieku zaledwie 57 lat. Jego śmierć miała związek z dotkliwym pobiciem, jakiego doświadczył na początku roku. Muzyk odszedł po kilkutygodniowej śpiączce, z której nie wybudził się po operacji. Bezpośrednią przyczyną zgonu były problemy z krążeniem i zatrzymanie akcji serca.

Do końca pozostał outsiderem. Niespecjalnie dbał o zabezpieczenie praw autorskich do swoich utworów, przez co potem trochę biedował. Po jego śmierci w mediach społecznościowych pojawiło się jednak mnóstwo wspomnień świadczących o tym, jak ważnym dla wielu był człowiekiem. Niektóre z nich zaskakują. Ojciec Tomasz Nowak, dominikanin, wspomina, jak na widok jego habitu muzyk powiedział: „Ten świat istnieje dzięki wam”. A Darek Malejonek, kolega z zespołów Izrael i Armia, wyznaje, że to właśnie dzięki Brylewskiemu zaczął czytać Psalmy i odkrył Biblię.

– Dla mnie to symboliczne, że ostatnim utworem, który nagraliśmy wspólnie, było „The Other Side” [Druga strona – przyp. S.B.] – mówi Tomasz Budzyński. – Nie wierzę w śmierć. My mamy perspektywę życia wiecznego i dlatego mam nadzieję, że wszyscy spotkamy się w niebie. Robert jako artysta wypełnił swoje powołanie. •

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg