Ogień i woda

Mimo oczywistych różnic w stylu pisania punkt dojścia poetyckiego małżeństwa – Teresy Ferenc i Zbigniewa Jankowskiego – jest bardzo podobny. Chodzi o „bezbronność” przed Bogiem; o to, by wszystko stało się „boże” i „święte”.

Dwoje poetów pod jednym dachem – połączenie dla wielu trudne do wyobrażenia. Zwłaszcza dla tych, którzy myślą o poecie jako o bujającym w obłokach, oderwanym od życia egocentryku. Dla nich wiadomość, że córki Teresy Ferenc i Zbigniewa Jankowskiego – Anna Janko i Milena Wieczorek – też są poetkami, mogłaby być prawdziwym szokiem. Ale jak mogło być inaczej, skoro wzrastały w domu, w którym słowa osiągały najwyższą intensywność? W domu, w którym dobiera się je starannie, w skupieniu, odpowiedzialnie. I w którym zna się wartość ciszy, zamilknięcia, gdy słowo przestaje wystarczać.

Kobiece i męskie

Niedawno ukazały się wybory wierszy Teresy Ferenc i Zbigniewa Jankowskiego. Takie książki, wydane w dziewiątej dekadzie życia, trudno traktować inaczej niż jako summę poetyckiego pisania. Warto więc przyjrzeć się tym pozycjom uważniej, wyciągnąć z nich to, co wydaje się nicią przewodnią.

Z pozoru obie książki poetyckiego małżeństwa różni prawie wszystko. Selekcji wierszy Teresy Ferenc dokonała Małgorzata Łukaszuk, mieszcząc to, co najważniejsze, na zaledwie 144 stronach. Publikacja, zatytułowana po prostu „Wiersze. Wybór”, wydaje się więc zbiorem stosunkowo skromnym jak na 60 lat tworzenia. Z kolei Zbigniew Jankowski, który sam odpowiadał za swój wybór, przygotował tom pokaźny, rozpisany na 560 stron. Książka pod znamiennym tytułem „Podobny do fali. Modlitwy i wiersze pokrewne” prezentuje więc jego twórczość w sposób możliwie pełny.

Różna jest też poetyka obojga autorów. W pewnym uproszczeniu można powiedzieć, że odzwierciedla ona tradycyjny podział na to, co „kobiece” i „męskie” w poezji. Wiersze Teresy Ferenc wydają się sytuować bliżej zmysłowego konkretu; tego, co widzialne, dotykalne. Jednak z tych konkretnych, zapisanych w pamięci obrazów i odczuć poetka buduje często wizje niezwykłe, co znajduje też odzwierciedlenie w języku łączącym słowa z pozornie odległych światów. Z kolei Zbigniew Jankowski posługuje się najczęściej przejrzystym wywodem, odwołując się do obrazów bardziej uniwersalnych, symbolicznych. W jego twórczości otwarcie na tajemnicę nie tyle dokonuje się na poziomie języka, ile raczej przejawia się w postawie osoby mówiącej, która przemienia się – jak sam poeta wyznał kiedyś w wywiadzie dla GN – „od buntów, wierzeniowych niechceń, aż po zgodliwe »tak«”.

Matka się pali

Teresa Ferenc i Zbigniew Jankowski to także poeci dwóch różnych żywiołów – ognia i wody. Ma to bezpośredni związek z ich osobistym życiowym doświadczeniem. Niemal cała twórczość Ferenc naznaczona jest piętnem dramatycznych wydarzeń z dzieciństwa. 1 czerwca 1943 r., podczas pacyfikacji wsi Sochy na Zamojszczyźnie, z rąk Niemców zginęli rodzice poetki. Cała wieś została wówczas spalona i w ciągu kilku godzin przestała istnieć. Ocaleli nieliczni dorośli i kilkoro dzieci, wśród nich dziewięcioletnia Terenia Ferenc, na oczach której to wszystko się dokonało. Dziewczynka na kilka dni straciła mowę. „To, co wtedy przeżyłam, nosiłam jak żarzące się węgle w siatce, która w każdej chwili mogła się przepalić” – wyznała po latach Barbarze Gruszce-Zych.

Te obrazy wielokrotnie wracały w wierszach – mówią o tym już same tytuły tomów: „Ciało i płomień”, „Wypalona dolina”, „Ogniopis”. Ale nie wracały jako prosty opis tamtych wydarzeń. Przypominały raczej sen, w którym wszystko jest zwielokrotnione i wymyka się racjonalności:

Matka woła z prawej z lewej cała z płomienia Wszystkie matki zapłonęły od jej imienia Dookoła świat się chwieje świat się wali W oknie w krąg po horyzoncie matka się pali

Motyw matki, obok motywu ognia, powraca w tych wierszach najczęściej. Czasem będzie to mityczna Niobe, która skamieniała po utracie dzieci, częściej jednak – współcierpiąca z bohaterką Matka Boska, w której można się dopatrzyć także rysów tragicznie zmarłej matki autorki. Wreszcie mamy tu wiele pięknych zapisów przeżywania macierzyństwa przez samą poetkę, mistycznych wręcz obrazów poczęcia, ciąży, porodu. To jest druga strona tej poezji – życie odradzające się z prochów, z popiołów. Da się zauważyć, że w ostatnich wierszach niepokój, towarzyszący wcześniej także obrazom związanym z macierzyństwem, ulega pewnemu złagodzeniu. Nie znika jednak całkiem, bo:

jeszcze ostatnie dymy z nas niezdjęte jeszcze nie wszystko tu boże nie wszystko święte

Zgoda na falowanie

W wierszach Zbigniewa Jankowskiego podobny niepokój wyznaczany jest przez rytm przypływów i odpływów morza. To również ma silne umocowanie w biografii autora, pracującego w przeszłości na kutrach rybackich i odbywającego rejsy oceaniczne. Tytuł „Podobny do fali”, odnoszący się – jak sugeruje introdukcja tomu – do Chrystusa, który „jak gwałtowny przypływ/ unosi kłody,/ przyjmuje rzeki”, jeszcze bardziej wydaje się obrazem samego poety. Bohater jego wierszy z jednej strony dąży do „rozpłynięcia się” w Bogu, z drugiej – drażni go „święty spokój” wiary, który kojarzy mu się z pychą. Jest w tych wierszach sporo morskiej ciszy, ale jest też miejsce na sztorm; pojawiają się milczenie, kontemplacja, ale i żarliwa walka o wiarę. Stopniowo jednak bohater tych wierszy uczy się „zgody na falowanie”. Odkrywa, że to, czego chce Bóg, często różni się od naszych wyobrażeń. Dlatego może powiedzieć:

Dziękuję, że tak mnie ku Tobie spokojnie ubywa, jakby we mnie przybywało Ciebie, jakbyśmy tonęli razem, mój Boże – razem do wspólnego Siebie.

Ostatniej części wyboru swoich wierszy, zawierającej nowe utwory, Jankowski nadał tytuł „Przeprowadzka do Biblii”. Wyznaje tam m.in.:

Dopiero u kresu życia lub jego początku zrozumiałem:

Ta Księga chce wymusić moje bez reszty oddanie, moją na łasce losu bezbronność.

Nic do powiedzenia

Tak więc, mimo oczywistych różnic w poetyce i obrazowaniu, w gruncie rzeczy punkt dojścia obojga poetów jest bardzo podobny. Chodzi o to samo: o tę „bezbronność” przed Bogiem; o to, by wszystko stało się „boże” i „święte”. Oboje dochodzili do tego różnymi poetyckimi drogami, jednocześnie trwając w życiu razem na dobre i złe. Przechodzili wspólnie przez kolejne etapy życia, czasem, niczym biblijny Jakub, „siłując się” z Bogiem, by wreszcie odkryć wartość ciszy u progu tego, co niewyrażalne. Jakże podobnie brzmią zakończenia obu wyborów wierszy! U Teresy Ferenc:

Mowę mi odjęło gaśnie jak płomyk falą zalany na przybrzeżnym chruście

A u Zbigniewa Jankowskiego:

Nie miał już nic do powiedzenia; do przemilczenia – cały świat.

Czy to znaczy, że lepiej jest, gdy poeci milczą? Bynajmniej! Dopiero po lekturze takiej, najwyższej próby poezji, po wspólnym z autorami przejściu przez doświadczenie duchowych zmagań z życiowymi żywiołami, docenia się smak tej ciszy. To cisza, która nie jest kresem. Jest początkiem.•

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.