Głos zmęczonego wędrowca

Jeśli przyjmiemy, że słowo „bard” oznacza poetę drogi, wędrownego pieśniarza, to zmarłego przed 15 laty Johnny’ego Casha moglibyśmy nazwać ostatnim bardem.

Może i nie wędrował po dworach jak celtyccy bardowie, ale motyw drogi przewija się przez całą jego twórczość. Tą drogą było jego życie – pełne zakrętów, bolesnych doświadczeń, ale i światła, które w końcu odnalazł. Nic dziwnego, że Bono, lider U2, dedykowaną mu piosenkę, w której zresztą bard gościnnie zaśpiewał, zatytułował „Wanderer”, czyli „Wędrowiec”.

Sukcesy i ekscesy

Johnny Cash, urodzony w 1932 r. w Kingsland w stanie Arkansas, z muzyką obcował już od wczesnego dzieciństwa. Pracując na farmie rodziców, m.in. przy uprawie bawełny, słuchał piosenek śpiewanych przez miejscowych rolników. Chłonął też folkowe ballady i kościelne hymny śpiewane przez matkę (do tych ostatnich miał zresztą wrócić po wielu latach, nagrywając je na swoich późnych płytach). Bieda sprawiła, że dorastający John i jego sześcioro rodzeństwa imali się różnych zawodów. Dwa lata starszy brat Jack zginął w tartaku, przecięty przez pilarkę stołową. Chłopiec bardzo to przeżył, obwiniał się nawet za to, że nie dopilnował brata.

Pierwszy zespół John założył podczas służby wojskowej. Cash odbywał wtedy misję w Europie, w bazie Landsberg w Niemczech, stąd nazwa grupy – Landsberg Barbarians. Jednak pierwsze sukcesy artysta odniósł z formacją Johnny Cash and the Tennessee Two, założoną z kolegami brata Roya z warsztatu samochodowego. Młodzi muzycy zaczynali od amatorskiego grania po domach i na imprezach rodzinnych, ale wkrótce podpisali kontrakt z wytwórnią Sun Records – tą samą, w której nagrywał, nieznany jeszcze wtedy szerszej publiczności, Elvis Presley.

Od tego momentu wszystko potoczyło się bardzo szybko. Singiel „I Walk the Line” dotarł do 1. miejsca listy „Billboardu”, sprzedając się w 2 mln egzemplarzy. Cash stał się gwiazdą muzyki country. Zaczęło się intensywne koncertowanie, ale życie w ciągłej trasie przyniosło też negatywne skutki. Rozpadło się małżeństwo muzyka z Vivian Liberto, z którą miał czworo dzieci, pojawiło się uzależnienie od alkoholu i narkotyków, a wykroczenia popełniane pod wpływem używek sprawiały, że muzyk wielokrotnie lądował w areszcie. W końcu, na przełomie 1967 i 1968 r., doszło do próby samobójczej, po której Johnny Cash zdecydował się rzucić nałogi. Pomogła mu w tym przyszła żona June Carter. W tym właśnie czasie artysta zwraca się w kierunku Boga, który odtąd zajmie ważne miejsce w jego życiu i twórczości. Muzyk nagrywa też płytę, na której czyta cały Nowy Testament.

Człowiek po przejściach

Mroczne doświadczenia z przeszłości sprawiły zapewne, że Cash postanowił wnieść trochę światła w życie mieszkańców zakładów karnych. Zapis poruszających koncertów w więzieniach zajmuje szczególne miejsce w jego dyskografii, a płyta „At Folsom Prison” uważana jest za jedną z najlepszych, jakie kiedykolwiek nagrano na żywo. Od 1969 r. artysta miał też własny program w telewizji – „Johnny Cash Show”. Mniej więcej w tym samym czasie zaczął występować w czarnym garniturze, zyskując przydomek „faceta w czerni” (Man in Black).

Kojarzony głównie z muzyką country, w rzeczywistości poruszał się na granicy wielu stylów. Inspirowały go przecież także rock, blues czy gospel. Swoje piosenki wykonywał najczęściej przy akompaniamencie gitary lub małego zespołu instrumentalnego. Największe wrażenie robił jednak jego głos – niski, o ciepłej barwie, lekko zachrypnięty, z charakterystycznym wibrato, trochę jak u Presleya. Głos człowieka po przejściach. Kiedy pod koniec życia śpiewa: „Gdybym mógł zacząć od nowa/ Milion mil stąd/ Rozegrałbym to wszystko inaczej/ Odnalazłbym drogę” – wierzymy mu jak mało komu. Choć przecież śpiewa nie swoimi słowami. To fragment piosenki „Hurt” zespołu Nine Inch Nails, jednak w jego ustach brzmi znacznie bardziej przekonująco niż oryginał. Jeszcze większe wrażenie robi ten utwór w połączeniu z klipem, w którym widzimy migawki z gwiazdorskiej drogi Casha i to, co z niej zostało: zakurzone statuetki, potrzaskane trofea. Stary, zmęczony człowiek siedzi w fotelu i opłakuje swoje „haniebne imperium”. W ostatnich kadrach teledysku pojawia się postać Jezusa przybijanego do krzyża. Obrazy migają coraz szybciej, napięcie narasta. Ale ostatnie słowa: „Odnalazłbym drogę”, wyśpiewane już na tle wybrzmiewających instrumentów, są jak powiew nadziei po tym poruszającym żalu za grzechu.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.