W krainie ilustracji

Polska ilustracja dla dzieci święci triumfy na świecie, a u nas ciągle pozostaje mało znana.

Jaki jest największy polski bestseller wydawniczy ostatniego ćwierćwiecza? Może wybór wierszy noblistki Szymborskiej? A może jedna z powieści Olgi Tokarczuk albo któraś z części cyklu o wiedźminie Sapkowskiego? Pudło! Jest nim... atlas dla dzieci autorstwa Aleksandry i Daniela Mizielińskich. Pomysłowa, nowatorska książka, zatytułowana po prostu „Mapy” i łącząca uproszczoną kartografię z rysunkiem, została wydana w 32 krajach i sprzedana w nakładzie 3,5 miliona egzemplarzy.

Towar eksportowy

To niejedyny sukces polskiej ilustracji na świecie. Nasi artyści od lat znajdują się przecież w gronie laureatów nagrody Bologna Ragazzi Award, nazywanej Noblem literatury dziecięcej. Wśród wyróżnionych tym prestiżowym laurem są m.in. Iwona Chmielewska, Marta Ignerska czy Urszula Palusińska, a ostatnio – Joanna Concejo, która do opowieści Olgi Tokarczuk, zatytułowanej „Zgubiona dusza”, stworzyła własną, równoległą opowieść ukrytą w obrazach.

Nasza grafika dziecięca jest też towarem eksportowym do krajów azjatyckich. Np. większość pozycji Iwony Chmielewskiej – tworzącej głównie autorskie picturebooki, czyli książki, w których obraz i tekst są tak samo ważne – wydawana jest w Korei Południowej. Z kolei seria opowieści Wojciecha Widłaka o Panu Kuleczce z ilustracjami Elżbiety Wasiuczyńskiej cieszy się dużą popularnością w Chinach. Jeśli dodać do tego zainteresowanie, z jakim spotkały się polskie propozycje dla dzieci na ostatnich targach książki w Abu Zabi, trzeba przyznać, że w tej dziedzinie naprawdę mamy się czym pochwalić.

– Polska ilustracja dla dzieci jest moim zdaniem wyjątkowa na tle ilustracji w świecie – potwierdza Marta Ignerska, współautorka m.in. szeroko nagradzanej w świecie książki „Wszystko gra”, będącej znakomitym pomysłem na edukację muzyczną młodych czytelników. – Jesteśmy krajem, w którym artyści w sposób odważny, śmiały i bardzo szeroki odwołują się do form plastycznych znanych z historii sztuki. W książkach polskich wydawców pojawiają się nawiązania do sztuki abstrakcyjnej czy awangardowej. Na targach książki dziecięcej, np. w Bolonii, do polskich stoisk przychodzi wielu studentów z innych krajów. Są zadziwieni, że w Polsce wydaje się takie książki.

Ślad dymu na kartce

Ilustracje dla dzieci mają w naszym kraju bardzo długą i dobrą tradycję. Któż z nas nie pamięta z dzieciństwa bajek ilustrowanych przez Jana Marcina Szancera, którego malarskie wizje, pełne szczegółów, a jednocześnie aury baśniowej tajemniczości, pobudzały dziecięcą wyobraźnię? Nie na darmo nazywany bywa królem ilustratorów, bo to przecież jego wyobrażenia Pana Kleksa, sierotki Marysi, Pinokia, bohaterów baśni Andersena czy wierszy Tuwima wielu z nas przeniosło w dorosłość. Ale przecież nazwisk wybitnych ilustratorów z poprzedniej epoki moglibyśmy wymienić znacznie więcej: Butenko, Kilian, Strumiłło, Majchrzak, Siemaszko, Wilkoń, Stanny czy choćby Walentynowicz, tak mocno niegdyś krytykowany za obrazkową warstwę przygód Koziołka Matołka.

Za klasyka przedwojennej ilustracji można natomiast uznać Kamila Mackiewicza, autora ilustracji do „W pustyni i w puszczy” czy „Ali (sic!) w krainie czarów”. W Mackiewiczu wielu dostrzega też prekursora polskiego komiksu. Nowatorskie podejście można także znaleźć w pracach duetu: Jan Lewitt i Jerzy Him, podpisującego się po prostu Lewitt-Him. To właśnie ci panowie zilustrowali słynne wydanie „Lokomotywy” Tuwima z 1938 r. „Tego jeszcze nie było, żeby dym lokomotywy zostawił swój ślad na kartce książki, żeby na nią przeszło białe pasmo pary, które się oderwało na dworcu, gdy »ruszyła maszyna po szynach ospale«. A potem pociąg leci po moście, przez tunel, wśród lasu – to wszystko zrobili malarze, Lewitt i Him, nieprawdopodobnie barwnie i tak prawdziwie, jak prawdziwy jest obraz świata tylko w wyobraźni dziecka” – pisał krótko przed wojną zachwycony recenzent.

Pokazać dziecku książki

Każdy z wymienionych ilustratorów reprezentował nieco inną szkołę i miał swój własny, rozpoznawalny styl. Jedni, jak Szancer czy Olga Siemaszko, zachwycali malarskością, inni, jak Bohdan Butenko, stawiali raczej na minimalizm. Czy więc dałoby się u tak różnych autorów wskazać jakąś cechę wspólną? Czy ilustrator dziecięcy musi mieć jakąś specyficzną wrażliwość, dziecięce spojrzenie na świat, komunikować w jakiś szczególny, adresowany do dziecka sposób? – Dzieci są w stanie odczytać niemal wszystkie stylistyki, formy czy języki plastyczne – twierdzi Marta Ignerska. – Nie wymagają, moim zdaniem, żadnego specyficznego podejścia. Jeśli ilustracja mądrze koresponduje z tekstem albo jeśli jest to książka tylko obrazkowa i mądrze opowiada obrazem – dzieci sobie świetnie radzą, często lepiej niż dorośli.

Graficzka dodaje jednak, że mali czytelnicy częściej skłaniają się ku takim językom wizualnym, które są z założenia proste, niewymagające wysiłku. – Myślę tu o czymś, co ociera się o kicz albo wręcz jest kiczem totalnym – ubolewa Ignerska. – Dlatego ważna jest tu rola dorosłych. Tak naprawdę chodzi jedynie o to, żeby dostarczyć, pokazać różne książki dziecku. Tak, aby wiedziało, że inne światy narracji wizualnej w ogóle istnieją. Dziecko, które ma mądrego, wyedukowanego nauczyciela bądź rodzica, będzie miało większe szanse na dotknięcie i zrozumienie innych języków obrazu. Tych trudniejszych. Choć są też dzieci, które nie potrzebują takiej pomocy. Same na te języki trafiają – poprzez nieskażoną, pierwotną wrażliwość i ciekawość. Dzieci starsze mają na to mniej szans, bo tę wrażliwość często psuje szkoła. Ale nigdy nie jest za późno na odkrywanie obrazów.

Edukacja i dotacja

Gdzie jednak szukać ambitnych ilustracji dla najmłodszych? Jak z morza tandetnych produkcji sprzedawanych w marketach wyłowić perłę? Pomocą może być chociażby strona www.polskailustracjadladzieci.pl, na której znajdziemy wykaz najciekawszych ilustratorów, linki do ich blogów, informacje o wydawnictwach czy księgarniach specjalizujących się w książce dziecięcej. Najlepszych rodzimych ilustratorów promuje też Instytut Książki – organizując seminaria dla wydawców zagranicznych promujące polską ilustrację czy chociażby wydając książkę „Pierwsze wiersze dla…” (pisaliśmy o niej w GN w zeszłym tygodniu), zilustrowaną w arcyciekawej technice wyszywankowej przez Ewę Kozyrę-Pawlak i Pawła Pawlaka. Ciągle jednak polska ilustracja dla dzieci, święcąca w świecie takie triumfy, u nas pozostaje mało znana, a książki, które zdobywają tyle nagród, niekoniecznie sprzedają się najlepiej.

– Wydawcy chcą zarabiać. I świetnie. Dobrze jest jednak, kiedy na rynku, w którym zawsze dominuje mainstream, pojawia się równowaga, np. w postaci dotowanych przez instytucje państwowe lub inne organizacje pozycji ambitniejszych, w tym przypadku graficznych. To jest naprawdę ważne – twierdzi Marta Ignerska. – Polskie społeczeństwo jest ciągle bardzo słabo wyedukowane plastycznie, w szkołach jest jedna godzina plastyki tygodniowo. Dzieci w małych miastach, na wsiach nigdy nie dotrą do książek niemainstreamowych wydawnictw, do wspaniałych księgarni dużych miast. Dlatego wielką rolę mają tu do odegrania biblioteki, nauczyciele, rodzice. Przed nami jeszcze długie lata, zanim dogonimy pod tym względem takie kraje jak np. Francja, gdzie wydawnictw publikujących wartościowe książki dla dzieci jest o wiele więcej. Ale tylko dlatego, że Francuzi wiedzą, po co je kupują. •

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.