Czarodziejski rejestr

Wiersze zmarłego przed piętnastu laty Czesława Miłosza pełne są czystej, szczerej i żarliwej wiary. Nawet jeśli u progu tej twórczości stoi bunt, a wątpliwości i sprzeczności szarpią nią do samego końca.

Są poeci, którym już same tytuły tomów układają się w wiersz zdradzający ich największe tęsknoty. Tak jest w przypadku twórczości Czesława Miłosza. „Gdzie wschodzi słońce i kędy zapada”, „Nieobjęta ziemia”, „Dalsze okolice”, „Na brzegu rzeki”, „Druga przestrzeń” – wszystkie te sformułowania mówią o jakimś napięciu między „tu” i „tam”; między ziemią a niebem. Wyrażają pragnienie pełni – niemożliwej do osiągnięcia tutaj, gdzie jednak wszystko, co istnieje, zdaje się ją zapowiadać:

Gdziekolwiek jestem, na jakimkolwiek miejscu na ziemi, ukrywam przed ludźmi przekonanie, że nie jestem stąd. Jakbym był posłany, żeby wchłonąć jak najwięcej barw, smaków, dźwięków, zapachów, doświadczyć wszystkiego, co jest udziałem człowieka, przemienić co doznane w czarodziejski rejestr i zanieść tam, skąd przyszedłem.

W jednym z utworów z wydanego już po śmierci zbioru „Wierszy ostatnich” poeta nazwie to pragnienie jeszcze prościej: „Jak daleko sięgam pamięcią, zawsze chciałem być w niebie”.

Galaktyczna bańka mydlana

Temat wiary drążył Miłosz przez całą swoją twórczość. Już w tomie „Trzy zimy” z 1936 r. pojawił się poruszający wiersz „Do księdza Ch.”, którego adresatem jest ks. Leopold Chomski – prefekt gimnazjum, do którego uczęszczał Miłosz w Wilnie. Poeta buntował się w czasach szkolnych przeciwko surowemu katechecie, który gorliwie tropił zło tkwiące w ludzkiej naturze. Swój wiersz autor „Trzech zim” napisał jednak z perspektywy czasu, podczas którego – jak mówi – „poznał nicość form powabnych”. Dlatego, choć jako artysta pozostaje piewcą tych form, w jednym przyznaje rację swojemu nauczycielowi.

Pogodzeni jesteśmy po długim skłóceniu, wiedząc, że z szczęścia ludzi kamień na kamieniu nie zostanie. Ziemia usta rozewrze, w jej dudniącej katedrze chrzest odbiorą ostatni poganie.

Dawnych przeciwników jedna więc wszechobecne doświadczenie śmierci. To ono każe poecie z większą ostrożnością podchodzić do zmysłowego świata. Mimo to Miłosz nigdy nie wyrzeknie się w poezji siły obrazu ani „rozkołysania rymu, snu, melodii”. Pozostanie do końca poetą zachwytu. Tyle że zachwytowi temu towarzyszyć będzie zawsze rozdzierająca świadomość, że to, co się mieni, jest „wnętrzem galaktycznej bańki mydlanej” – jak napisze Miłosz w znakomitym późnym zbiorze „To” (2002).

W tym samym tomie znajduje się także zaskakujący cykl wierszy, których tytuły zaczynają się od tego samego krótkiego wykrzyknienia: „O!”. To wykrzyknienie jest wyrazem dziecięcego wręcz zadziwienia światem – w tym wypadku poznawanym głównie za pośrednictwem malarstwa, bo trzy spośród czterech wierszy cyklu zostały zainspirowane konkretnymi obrazami. Ale obok zachwytu mamy tu też smutne odkrycie, że piękno nie daje się objąć, zatrzymać, ani nawet wyrazić słowami. „O, jaki bełkot, żeby opisać irys” – powie artysta, który przed laty, u schyłku wojennej pożogi, postawił przed poezją zadanie „ocalania” świata. Już ćwierć wieku później żalił się jednak w wierszu:

Tak mało powiedziałem.
Krótkie dni.

Krótkie dni.
Krótkie noce.
Krótkie lata.

Tak mało powiedziałem.
Nie zdążyłem.

Teraz, pod koniec życia, okazuje się, że nie tylko upływający czas jest przeszkodą w wypowiedzeniu tego, co istotne. Słabość tkwi także w ludzkim języku, który zatrzymuje się na powierzchni rzeczywistości i może tylko bełkotać: „O!” – jak dziecko, które wyciąga wskazujący palec, bo nie ma jeszcze słów na nazwanie rzeczy.

Surowy sędzia epoki

Pomyliłby się jednak ten, kto myślałby, że Miłosz pozostaje tylko piewcą ulotnego piękna. Zachwyty ową „bańką mydlaną” – falbankami, koronkami, „naszyjnikiem z rzędami drogich kamieni” – idą u niego w parze ze świadomością marności ludzkich dążeń i wyczuleniem na ich wymiar moralny. W tym sensie poeta pozostanie uczniem księdzem Chomskiego – surowym sędzią swojej epoki. Jako artystę szczególnie boli go fakt, że sztukę w dużej mierze opanowali poddani własnym żądzom słudzy diabła. Jak zauważa w wierszu „Lektury” z tomu „Gdzie wschodzi słońce i kędy zapada” (1974), byli oni obecni już w czasach, gdy powstawała Ewangelia, jednak wówczas nikt nie mylił opętania z działaniem artystycznym:

Drgawki, na ustach piana, zgrzytanie zębami
Nie uchodziły wtedy za znamię talentów.
Biesowaci nie mieli pism ani ekranów,
Rzadko tykając sztuki i literatury.

Warto zauważyć, że powyższe słowa Miłosz pisał w czasie, gdy bluźnierstwa w sztuce rzadko osiągały stopień „Golgoty Picnic” czy „Klątwy”. Poeta dostrzegał jednak niebezpieczny kierunek, w którym zmierza dzisiejszy świat. Tym większy więc szacunek budzi fakt, że właśnie w takim świecie, gdzie wolno było jedynie „odzywać się skrzekiem karłów i demonów,/ Ale czyste i dostojne słowa były zakazane”, zdobywał się na poruszające wyznanie wiary:

Im więcej razy na dzień jesteś znieważony, Im śmieszniejsze na ciebie wkładają korony I krzyczą urągając: pokaż swoją siłę, Albo liczą cię między pamiątki niebyłe, Im więcej żalu, drwiny, gniewu, oskarżenia, Bo słowo twoje z miejsca nie ruszy kamienia, Tym bardziej pewnym mogę być tego jednego: Że ty jesteś, zaiste, Alfą i Omegą.

Sceptyk i pastuszkowie

Pod koniec życia poety mieliśmy w jego twórczości do czynienia ze szczególnym zagęszczeniem wątków związanych z wiarą. Doszły one do głosu zwłaszcza we wspomnianym zbiorze „To”, ale także w wydanej dwa lata później „Drugiej przestrzeni” (2002), gdzie znajduje się „Traktat teologiczny”, z zaskakującym maryjnym finałem:

Piękna Pani, Ty, która dzieciom ukazałaś się w Lourdes i Fatima.
Najbardziej wtedy, jak mówią dzieci, zdumiała je
Twoja niewysłowiona śliczność.
Jakbyś chciała przypomnieć, że piękno jest jednym z komponentów świata. (…)
Stałaś, mówią dzieci, nad niedużym drzewkiem, ale Twoje stopy unosiły się na około dziesięć centymetrów
nad jego liśćmi.

Zaskoczenie jest tym większe, że w poprzednich częściach utworu Miłosz rozważa kwestie teologiczne z punktu widzenia intelektualisty szczycącego się swoim sceptycyzmem. Z jednej strony wyznaje, że napisał traktat, „żeby okupić swój grzech samolubnej pychy”, z drugiej – z wielu wersów wydaje się ciągle przebijać poczucie wyższości, pisanie z pozycji mędrca („Takiego traktatu młody człowiek nie napisze”). W szczególny sposób widać to, gdy Miłosz porównuje się do swoich współwyznawców:

Może byłem jak mnich w śródleśnym
klasztorze, który patrząc przez okno
na rozlewiska
rzeki pisał swój traktat po łacinie, w języku
niezrozumiałym dla wieśniaków w baranich
kożuchach.

Miłosz uważa, że jako poeta „nie powinien schlebiać ludowym wyobrażeniom”. A jednak wyznaje, że „pragnie pozostać wierny Twojej niedocieczonej intencji/ Ukazywania się dzieciom w Lourdes i Fatima”. I to właśnie wyznanie na końcu „intelektualnego” traktatu jest największym zaskoczeniem. Owa zgoda na to, że największe tajemnice zostały „zakryte przed mądrymi i roztropnymi”, a objawione prostym dzieciom, pastuszkom.

Za niedosiężną zasłoną

Choć „Druga przestrzeń”, z „Traktatem teologicznym” na czele, wzbudziła sporo dyskusji w świecie literackim, o wiele bardziej udany artystycznie wydaje się poprzedzający ją wspomniany zbiór „To”. Właśnie w nim pojawia się wiersz o znamiennym tytule: „Oda na osiemdziesiąte urodziny Jana Pawła II”, zaczynający się od poruszającego wyznania:

Przychodzimy do ciebie, ludzie słabej wiary,
Abyś nas umocnił przykładem swego życia
I oswobodził od niepokoju
O dzień i rok następny.

Okazuje się, że w wieku dwudziestym, który „zasłynął nazwiskami potężnych tyranów”, to właśnie św. Jan Paweł II niesie nadzieję, że „dzieje nie są zamęt, ale ład szeroki”. Miłosz, choć zalicza siebie do grona „wątpiących”, co do jednego nie ma wątpliwości: czystość, świętość papieża ma źródło w wierności Ewangelii. Bowiem „młodzi z niewierzących krajów,/ Gromadzą się na placach głowa przy głowie,/ Czekając na nowinę sprzed lat dwóch tysięcy”. To dzięki Ewangelii śmierć nie przeraża już tak jak dawniej i można spokojnie napisać:

Jasności promieniste,
Niebiańskie rosy czyste,
Pomagajcie każdemu
Ziemi doznającemu.

Za niedosiężną zasłoną
Sens ziemskich spraw umieszczono.
Gonimy dopóki żywi,
Szczęśliwi i nieszczęśliwi.

To wiemy, że bieg się skończy
I rozłączone się złączy
W jedno, tak jak być miało:
Dusza i biedne ciało.

W tej prostej modlitwie, zamykającej jeden z ostatnich zbiorów Czesława Miłosza, niebo do ziemi bardzo się przybliża. Ów finał pozwala też wierzyć, że poeta, który faktycznie „przemieniał co doznane w czarodziejski rejestr”, zaniósł swoje wiersze tam, skąd przyszedł. Za niedosiężną jeszcze dla nas zasłonę.•

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |