Baszta

ks. Roman Tomaszczuk/GN Krystyna Bielejewska jest autorką kilkunastu ikon

Mówią, że witraże są jak święci, od których bije Boży blask. To prawda, ale co w takim razie powiedzieć o ikonach?

Gdy pojawia się kreska na wizerunku, jej usta układają się do słów chwały i uwielbienia. A te, chociaż bezgłośne, wypeł­niają przestrzeń Baszty. Stają się cudownym eliksirem przywracającym murom nie tyle młodość, co sens.

Widzący

On mistrz świdnickich czeko­ladek. Ona emerytka z Żarowa. Oboje zakochani w sztuce, chociaż każde z innych powodów. Spotka­li się na warsztatach pisania ikon jak pozostałe 15 osób, popychani jednym pragnieniem, by pod kierunkiem Michała Boguckiego od­krywać świat, w którym wszystko jest podporządkowane Obecności. - U mnie zaczęło się wiele lat temu od Całunu Turyńskiego - wspo­mina Wanda Hüpner. - Zostałam porażona mocą tego wizerunku. Owocem kontemplacji twarzy Za­bitego było to, że On we mnie ożył. Dlatego postanowiłam Go namalo­wać… z otwartymi oczami - wspo­mina początek swojej przygody z malarstwem sakralnym. Teraz sięga po farby i pędzle, żeby sta­wać w obecności Boga żyjącego w jej sercu.

- Namalowałem w życiu może z siedem obrazów - zaczyna swoją opowieść Jacek Sikora. - Co jakiś czas przychodzi na mnie niepo­hamowana potrzeba, by zmie­rzyć się z malarstwem. Tym razem jest to ikona - precyzuje. Sikora, znany cukiernik, zdecydował się na kopiowanie ikony Jerzego Nowosielskie­go, bo fascy­nuje go w nim jego prostota i siła wyra­zu. - Zresztą do czasu rene­sansu sztuka niosła ze sobą coś więcej niż tylko odwzoro­wanie rzeczywistości albo płytkie wraże­nia emocjonal­ne. Tak długo, jak długo była na usługach sa­crum, potrafiła otworzyć czło­wieka na trans­cendencję. Po­tem, gdy się emancypowała, przestała być zdolna do wyrażania tego, co niewyrażal­ne – milknie uderzony skojarze­niem, że miejsce, w którym napisał pierwszą w swoim życiu ikonę, było gotycką kaplicą. Pochodzi z czasów, gdy Panu Bogu przez sztukę było najbliżej do człowieka.

Baszta   ks. Roman Tomaszczuk/GN Ikona wykonana przez Jacka Sikorę Maswerk

Po polsku trzeba byłoby po­wiedzieć: laskowanie, a chodzi o kamienny wzór służący do pod­trzymywania witraży. – Zaczę­ło się od cyklu wykładów na te­mat teologii ikony, jakie wygłosił w Miejskiej Bibliotece ks. Piotr Nikolski, prawosławny proboszcz ze Świdnicy – mówi Stanisław Sekuła, świdnicki artysta amator tworzący różną techniką: tuszem,

temperą, farbami olejnymi i akry­lowymi. – Kiedy poznałem głębię ikony, zapragnąłem zmierzyć się z jej pisaniem – mówi, spoglądając na okno, w którym gotyckie maswerki od ponad 500 lat spełniają swoją służebną rolę. – Kiedyś w tych oknach były witraże. Dzisiaj są zwykłe szyby. Tak jest i z nami. Nasze życie mogą wypełniać bez­barwne wydarzenia, spotkania, myśli i zachowania, albo możemy mienić się tysiącem barw i sensem linii, które rysują w nas świat fa­scynujący swą perspektywą i siłą – decyduje się na porównanie. W jego ustach brzmi to o tyle prze­konująco, że zasmakował goryczy bezbarwnego życia jako bezrobot­ny. – Byłem przybity całą sytuacją i wtedy z pomocą przyszła sztuka. Odkryłem ikony i świat, który mnie wyciszył, który przywraca pokój memu sercu – wyznaje.

Jak maswerk jest nieodzowny, by światło słońca mogło wypełnić wnętrze ciemnej katedry, tak bez prawdziwej sztuki trudno jest za­chować sens ludzkiego życia. Dla wielu ikona staje się jedyną bramą, przez którą przechodzi się z potęż­ną pewnością, że tuż za jej progiem spotka się Artystę. Mistrza tego i tamtego świata.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

TAGI| IKONY, KULTURA, SZTUKA

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Reklama

Reklama