Z uśmiechem na „wysokiej twarzy”

– W niebie też się przecież muszą pośmiać – pocieszamy się po śmierci Jana Kobuszewskiego. Został nam jego uśmiech, rzecz bardzo poważna, bo rozbrajał nim smutki świata.

Bardzo lubię komedię, przecież jest częścią dramatu – powiedział mi. W dramacie, jakim była jego choroba, potrafił się uśmiechać, dodając otuchy innym. Spotkałam się z nim w garderobie Teatru Kwadrat, w którym w 1976 r. „Dudek” Dziewoński zaproponował mu angaż i gdzie pracował prawie do osiemdziesiątki. Kiedy zapytałam go o teatralne przyzwyczajenia, odpowiedział: – Zawsze siedziałem sobie w rogu, przy oknie. Wysoki, mierzący 186 cm, zajął właśnie to skromne miejsce. – Nie lubię zmieniać teatrów, garderoby, nie zmieniam też przyjaciół.

Czy dziś ktoś z kolegów aktorów ośmieli się zająć to jego miejsce, prowokujące do refleksji i dystansu? Tak jak przyjaźniom, był wierny żonie, aktorce Hannie Zembrzuskiej-Kobuszewskiej. No i Panu Bogu, choć z przerwami, bo dopiero kiedy szedł na operację raka jelita grubego, zdecydował się na spowiedź po 27 latach. Trwała dwie godziny i odmieniła jego życie. Choć, jak zaznaczał, cały czas był wierzący, ale zachłysnął się tą durną, idiotyczną młodością. Od tej pory zaczął się modlić gorliwiej niż przedtem: – Ponieważ człowiek jest egoistą, stara się podlizać Bogu, żeby był dla niego łaskawszy. Ale to podlizywanie również należy do naszych obowiązków. Teraz, na starość, robię to bardzo regularnie.

Potrafił, jak niewiele gwiazd, bo celebrytą nie był, przyznać: – W najtrudniejszych dla mnie chwilach pomagała mi wiara w Chrystusa, który był człowiekiem, i wiara w Matkę Najświętszą, która też była człowiekiem. Ułożył sobie modlitwę, którą lubił odmawiać: „Jezu Chryste, Boże Żywy, Baranku bardzo cierpliwy, w ręce święte, w ręce Twoje oddaję Ci wszystko moje”.

Oranie jęzorem

„Wysoki na twarzy i pociągłego wzrostu” – opisywał Kobuszewskiego Aleksander Zel- werowicz. Agnieszka Osiecka nazywała go chodzącym „znakiem zapytania” i przyrównywała do Chaplina. Piotr Fronczewski powiedział, że gdyby jego przyjaciel pracował w Ameryce, byłby aktorem o zasięgu światowym i pewnie kupiłby sobie jacht albo wyspę. Wybierając Polskę, choć na ­tournée do Stanów nieraz wyjeżdżał, stał się posiadaczem rządu dusz, kochających go za mądre role kabaretowe, teatralne i filmowe. Dziś już nie ma artystów z taką twarzą – niby smutną, odzwierciedlającą absurd i tragizm istnienia, ale potrafiącą pokazać, że można to wszystko obśmiać, wykpić, a nawet powalczyć z tym swoją własną miną. Majster w kabarecie „Dudek”, Pan Janek w Kabarecie Olgi Lipińskiej, Jacek Maria Poszepszyński, w nadawanym w radiu słuchowisku „Rodzina Poszepszyńskich” i w dziesiątkach innych ról w Teatrze Kwadrat udowadniał, że bycie komikiem to szalenie poważna sprawa. Bo teatr komiczny ma pomóc widzom w lepszym życiu. – Komedia to bardzo trudny gatunek. Szanuję sztuki niosące ze sobą jakieś przesłanie – powiedział mi. – Kultura to uprawa. Aktor też pracuje na roli, tyle że orze nie pługiem, ale jęzorem.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg