Aktor, który znał się na duszy

Mówił mi, że nie umiał zagrać Chrystusa. Teraz niepotrzebna mu gra, żeby widzieć Boga. 19 października rano zmarł Wojciech Pszoniak, jeden z najwybitniejszych polskich aktorów. Miał 78 lat.

Zawsze z Barbarą

Był przekonany, że prawdziwą sztukę aktorską można zobaczyć tylko w teatrze: – Nabyte tam umiejętności aktor wykorzystuje potem w filmie. Królami filmu są reżyser i kamera. Reżyser może wziąć pani uśmiech, a potem w zależności od tego, czemu to ma służyć, zmontować go do kotleta schabowego. I ten uśmiech będzie co innego znaczył. Podczas gdy na scenie aktor zostaje sam z publicznością, która nie może być oszukana. I to on jest tam królem – tłumaczył. Był królem w wielu niezapomnianych spektaklach. Przeszedł do historii teatru jako Norman w polskiej prapremierze „Garderobianego” Harwooda, Randley Mac Murphy w „Locie nad kukułczym gniazdem” Wassermana, Papkin w „Zemście” Fredry, Robespierre w „Sprawie Dantona” Przybyszewskiej wystawianych w Teatrze Powszechnym i wyreżyserowanych przez Zygmunta Hübnera.

Nie grał w serialach ani ich nie oglądał. Twierdził, że tasiemce nie mają znaczenia z punktu widzenia rozwoju aktora: – Często to tandeta, bełkot, nic.

Zagrał w ponad stu filmach, m.in. u Kawalerowicza, Zanussiego, Morgensterna i oczywiście Wajdy. Po raz pierwszy spotkali się przy realizacji „Biesów” wystawianych w 1971 w Starym Teatrze w Krakowie.

O niemożności dobrego grania Chrystusa opowiadał mi przy okazji filmu „Piłat i inni”. Zaczynał wtedy drogę filmową i był nawet do Niego podobny, zapuścił brodę, miał Chrystusowy wiek.

– Ale Chrystusa nie mogłem dobrze zagrać, bo nie posiadałem Jego istoty. Trzeba by było tak jak On kochać człowieka i być wysłanym na ziemię przez Ojca – Boga. Związek między graną postacią a aktorem jest taki jak między człowiekiem a człowiekiem – tłumaczył mi. – To rodzaj głębokiej więzi. Dlatego nieustannie musi trwać wymiana między nami. Sztuka aktorska to także sztuka myślenia, przeprowadzania analizy odtwarzanych bohaterów, której nie umie dokonać ani psycholog, ani lekarz. Oni nie mają tych narzędzi rozumienia i podpatrywania człowieka, jakie posiadamy my – aktorzy.

Przez 46 lat pozostawał w związku z żoną Barbarą, która czuwała przy nim do śmierci. – Dziękuję Bogu, że znalazłem taką żonę – usłyszałam od niego po tym, gdy stwierdziłam, że trwałe małżeństwo aktora to wyjątek. – To ważne, żeby trafić na odpowiednią osobę. A związek należy pielęgnować – być uważnym na drugiego, słuchać go. Nic nie jest człowiekowi dane na całe życie, począwszy od rozumu, przez zęby i zdrowie. A życie składa się z małych problemów, które często, gdy małżonkowie o to nie dbają, zamieniają się w dramat.

Przez intensywne wcielanie się w role był nieustannie zanurzony w sprawy ducha. – Sztuka aktorska dotyka duszy, a przez to tajemnicy – mówił mi. – Jest czymś pokrewnym wierze, metafizyce. Tak jak duchowny ma dojście do wiernych kanałem duchowości, tak aktor wchodzi w podobne relacje z odtwarzaną postacią.

Dzisiaj przeszedł już na stronę ducha. A my wracamy do jego ról, żeby lepiej przygotować się do tego.•

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Reklama

Więcej nowości

Reklama