Aktor, który znał się na duszy

Mówił mi, że nie umiał zagrać Chrystusa. Teraz niepotrzebna mu gra, żeby widzieć Boga. 19 października rano zmarł Wojciech Pszoniak, jeden z najwybitniejszych polskich aktorów. Miał 78 lat.

Wchodził ze swoimi bohaterami w prawdziwe duchowe więzi i autentycznie się w nich wcielał. Miał fenomenalną umiejętność współodczuwania. Dzięki niej Moryc Welt w „Ziemi obiecanej”, Robespierre w „Dantonie”, Korczak w filmie pod tym właśnie tytułem czy Dziennikarz i Stańczyk w „Weselu” Andrzeja Wajdy na wieki wieków będą mieć jego twarz. – Zły aktor będzie naśladował – tłumaczył mi podczas rozmowy dla GN. – Prawdziwy artysta niczego nie imituje. Uczę moich studentów, żeby nie próbowali grać kogoś innego. To, że jakaś postać nazywa się Ryszard III, to nic nie znaczy. Za każdym razem jestem nią ja sam.

Grając Korczaka, poszedł z nim do getta i Treblinki. Zapłacił za to, bo przez lata nie mógł o tej roli rozmawiać. – Na co dzień człowiek naturalnie się broni przed wczuwaniem się w cierpienie innych, a ja muszę to robić, bo na tym polega sztuka aktorska – mówił mi. Dzisiaj my cierpimy po jego stracie. Długo umierał na raka. „Bywałem u niego w ostatnich tygodniach, dniach i godzinach życia” – napisał we wspomnieniu ks. Andrzej Luter. „Pragnął sakramentów, ale i rozmów. Jedna z nich, na dwa tygodnie przed śmiercią, trwała kilka godzin. Tydzień później kolejne spotkanie, ale to już było bardziej milczenie, i bezradność. Wielki aktor nie mógł już nic powiedzieć, każde słowo przychodziło mu z trudnością. Wojtku, dziękuję Ci ze te wspaniałe »rekolekcje«”.

Lwów w Paryżu

Urodził się we Lwowie 2 maja 1942 r. Pod koniec wojny cała rodzina została przesiedlona do Gliwic. – Ojciec umarł „z tęsknoty” za Lwowem – opowiadał mi. – Zmarł w 1955 r., ale nie mógł się pogodzić z faktem, że musieliśmy stamtąd wyjechać. Straciłem go jako 13-latek, a w tym wieku to ważne dla chłopca, żeby ojciec wprowadzał go w świat. Ale może dzięki temu rozumiem coś więcej. Wtedy nie miałem wielu rzeczy – roweru, łyżew, pieniędzy. Tamto życie było naznaczone smutkiem. Ale z perspektywy gliwickie czasy dzisiaj wspominam z sentymentem.

Kiedy przeniósł się do Paryża, zabrał ze sobą przedmioty przywiezione ze Lwowa – lampę po ojcu, krzesełko po dziadku, dagerotypy prapradziadków. – Mój dziadek był głównym chemikiem w fabryce wódek Baczewskiego. Mieszkanie mojej matki miało 10 pokoi w amfiladzie, w której rozciągał się ogromny dywan. Tamte dywany przyjechały do Gliwic i pocięte służyły jako małe chodniczki leżące przed łóżkami. To pokazywało, jak zmieniły się czasy. Ze Lwowa uratowało się też kilka rodzinnych obrazów i sporo zdjęć. Trzymam je w naszych mieszkaniach w Warszawie i w Paryżu. W Paryżu na kominku stoją stare zdjęcia dziadków i mojej matki, kiedy była małą dziewczynką. Patrzę na nie codziennie – opowiadał.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Reklama

Reklama