Skrzypce od Jędrka

– Ma pan ulubione skrzypce? – pytam Andrzeja „Korca” Kalatę. – Wszystkie są ulubione. Nie chce mi się ich sprzedawać – odpowiada. A ja nawet wiem dlaczego, bo w instrumenty z duszą sam wkłada duszę.

Po warsztatach w Hiszpanii, podczas których jeden z uczestników grał na wykonanej przez niego wiolonczeli, przysłuchujący się występowi koncertmistrz z Royal Albert Hall sam zamówił u niego wiolonczelę. Fama głosi, że jeden z muzyków orkiestry Metropolitan Opera gra na jego skrzypcach. Andrzej Kalata robi instrumenty smyczkowe dla muzyków z całego świata – od Australii przez Rosję, Szkocję, Szwajcarię, Niemcy, Włochy po Stany Zjednoczone. Znawcy lutnictwa wiedzą, że na skrzypcach i wiolonczelach, które wyszły spod jego ręki, grają tak szanowani muzycy jak Ron Ephart czy Julius Berger.

– Jeśli gdzieś na świecie pojawi się jakiś dobry lutnik, ludzie z branży od razu go znajdą w tej naszej globalnej wiosce – mówi. – Zresztą Polacy od zawsze liczyli się w lutnictwie. No bo to jest tak: jakiś student kupi u mnie skrzypce, daje gdzieś koncert, a tam zwróci na niego uwagę profesor, zachwyci się, jak dobrze brzmi, i już reklama sama się robi. Słuchający pytają, skąd te skrzypce są. I dowiadują się, że od Jędrka z Suchego pod Zakopanem.

Dajcie mi skrzypce

– U nas na Podhalu prawie wszyscy robią w drewnie – opowiada. – Mój ojciec też miał warsztat stolarski. Kiedyś, jak jeszcze była Cepelia, pracowali dla niej ojcowie i synowie, a nawet żony i babcie im pomagały, kiedy przychodził koniec miesiąca i trzeba było wyrobić normę.

On sam w podstawówce też zajmował się rzeźbieniem. Potem zapalił się do robienia replik zabytkowych instrumentów smyczkowych, także góralskich – najpierw skrzypiec, potem wiolonczel. – Takie złóbcoki zrobiłem, skrzypce z jednego kawałka żłobione jak oscypek – pokazuje nam. Kiedy jego prace zobaczył doświadczony lutnik Wojciech Topa, od razu spytał, czy nie chciałby z nim pracować. – No to poszedłem, bo to była okazja, żeby się wiele nauczyć – wspomina. – W warsztacie robiliśmy instrumenty na zamówienia różnych amerykańskich firm, ale też indywidualnie dla studentów, muzyków.

I tak to trwa do dziś. Tyle że teraz Andrzej tworzy swoje arcydzieła we własnej pracowni, tak ogromnej, że można by w niej tańcować, gdyby zagrali na tych wszystkich czekających na wykończenie skrzypkach. Przez szerokie okno widać Gubałówkę ciągnącą się do Poronina, ale nie ma czasu jej podziwiać, bo na stołach w szeregach leżą jeszcze nie gotowe instrumenty. Patrzącemu na nie przychodzi do głowy słynny wiersz K.I. Gałczyńskiego, w którym poeta prosi: „O, dajcie mi te małe skrzypce/ Może na skrzypcach wygram/ Wiatr i pochyłą ulicę/ I noc, co taka niezwykła”. Wiersz nosi tytuł „Ech, muzyka, muzyka” i wydaje się najlepszym wprowadzeniem do atmosfery lutniczej pracowni, gdzie instrumenty w ciszy czekają na ożywienie. Andrzej dobrze wie, że dostają życia, kiedy płynie z nich muzyka, dlatego sam nauczył się grać. – Tyle dobrze, że mieszkam w zagłębiu muzykantów, to mi się tak naturalnie udało – mówi. – Nie znam wszystkich chwytów, ale jak zaczynam grać naszą góralską muzykę, nie mogę skończyć.

Z jawora i świerka

– Jakoś mi się to robienie skrzypiec samo udawało – mówi skromnie. Wszyscy uznają go za mistrza, choć stale zaznacza, że jest jedynie dobrym rzemieślnikiem, że jego niepowtarzalne instrumenty smyczkowe to wynik doświadczenia. – Nie ma co tworzyć mitów, że jedynie mistrz robi dobre skrzypce – przerywa, gdy go chwalę. – Jak się robi tyle instrumentów, człowiek widzi, że liczy się zwyczajna, solidna robota, i wszystkie przechwałki wydają mu się śmieszne.

Na pytanie, jak powstają skrzypce, odpowiada, że trzeba by było opowiadać cały dzień, jak to się dzieje, że z kawałków długo sezonowanego drewna, klejów, żywic, farb naturalnych i spirytusu powstaje pełne dźwięków pudełko. Sprowadza mnie na ziemię, mówiąc, że przy budowie tego cuda najważniejsze jest liczenie się z prawami fizyki. – Od czego zaczyna się robotę? Od boczków – opowiada. – Zwykle biorę dwa symetryczne kawałki drewna z ćwiartek kłody. Sklejam je, rzeźbię i szlifuję.

Wszystkie części spaja klejem do drewna uzyskiwanym z kości i skór zwierzęcych. Każdy instrument jest inny, nie ma dwóch takich samych, choćby dlatego, że każdy powstaje z innego drewna. – Robię je pod kogoś, na czyjąś miarę – wyjaśnia. – Ale przedtem słucham, jak zamawiający gra. Nie musi przyjeżdżać i dawać mi koncertu, ale znajduję jego wykonania w internecie i obserwuję, jaką ma dynamikę gry. Jeśli ma mocną rękę, robię instrument mocniejszy, bo delikatny rozkołysze się jak membrana w głośniku. Z kolei jeśli jest za mocny, a ktoś słabiej gra, nie wydobędzie z niego oczekiwanych dźwięków. Potrafię sobie zaplanować, jaka będzie barwa i głośność dźwięku zależnie od materiału i formy skrzypiec czy wiolonczeli. Barwa zależy od rodzaju drewna – im jest bardziej miękkie, tym cieplej brzmi – wyjaśnia. Zwykle z jawora robi spód, a górę ze świerka. – I jawora, i świerka jest wiele rodzajów. Bardziej miękki niż występujący na Podhalu sprowadzamy z Bieszczadów i ze Stanów, bo tam budulec jest dużo tańszy. Na przykład struny kosztują o połowę mniej, ale same instrumenty są droższe.

Czarodziejskie pudełko

Tłumaczy, że forma instrumentu wpływa na jego brzmienie. – Im większe pudło, tym dźwięk bardziej obszerny i łatwiejszy do wydobycia. Jeśli solista potrzebuje bardziej skupionego dźwięku, łatwiej go uzyskać z mniejszego instrumentu.

Z uwagą oglądamy mały, świerkowy kołeczek – tajemniczą duszkę. W skrzypcach i innych instrumentach smyczkowych lutnik wciska ją pomiędzy płytę górną i dolną pod struną wiolinową z lewej strony. – Jak resor utrzymuje naprężenie między obiema płytami – objaśnia obrazowo. – Przenosi drgania z płyty wierzchniej na spodnią, wzmacniając rezonans.

Każde jej miejsce jest odpowiedzialne za właściwą długość fali dźwięku. Chroni też płytę górną przed załamaniem pod ciężarem strun. Andrzej opowiada, że teraz, po zimie, przynoszą mu do sklejenia instrumenty, które się porozsychały, ponieważ były przechowywane w nagrzanych pomieszczeniach. – Drewno najlepiej trzymać w temperaturze nie wyższej niż 20 stopni. Czasem w skrzypcach czy wiolonczeli tak się ściska, że duszka wypycha „języczek”.

Od lat kolekcjonuje stare instrumenty, które czasem wypożycza do grania. – Przed koncertem czasem informują, na jakim instrumencie ktoś gra. Jeśli na starym – to prestiż. W starych instrumentach drewno pracuje bardziej niż świeże. W wiolonczelach podstawki letnie i zimowe potrafią się przemieścić nawet o centymetr, są bardzo grymaśne.

Opowiadając o instrumentach, Andrzej przypisuje im cechy ludzkie. Mówię, że formę skrzypiec porównuje się do sylwetki kobiety. – Faktycznie, wyglądają, jakby miały talię – przyznaje.

Rozmawiamy o lutnictwie, a kiedy pytam go o życie, śmieje się, że mógłby o nim opowiedzieć góralską muzyką. A najlepiej grając „Idzie Janko lasem”. Bardzo ważna jest dla niego 13-letnia córka Maryla. – Kiedyś dosłownie mieszkała w moim warsztacie – wspomina. – Kiedy była małą dziewczynką, byliśmy ze sobą tak zżyci, że chodziła ze mną na granie. Ja grałem, a ona kładła się w futerale i na mnie czekała.

Myślę sobie, że chyba Gałczyński widział podobną scenę i dlatego tak zakończył swój wiersz: „Przez liście/ Światło na smyk sypie/ Słuchajcie – to dziecko nuci/ W czarodziejskim pudełku skrzypiec”. Córka wyrosła, zajmuje się sportem, ale czar tamtej muzyki musi w niej trwać. Czar muzyki czuć też w lutniczej pracowni, gdzie jeszcze nie gotowe instrumenty czekają, by dać koncert.•

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Reklama

Więcej nowości

Reklama