Wszystko jasne

O tym, jak wypełnić katowicki Spodek i przestać narzekać, że „się nie da”, opowiada Adam Guzdek.

Marcin Jakimowicz: Scena muzyczna podniesie się po pandemii?

Adam Guzdek: Na razie się nie podnosi. Leży na całej linii. Jesteśmy w martwym punkcie.

Wrócą koncerty?

Bardzo dobre pytanie… Rozmawiamy 26 maja, a nie wiadomo nawet, czy można będzie organizować koncerty na Boże Ciało…

Dlaczego w takim razie Jurek Owsiak ogłasza „spis lokatorów” Pol’and’Rock Festival?

Może ma nadzieję, że jednak się odbędzie? Patrząc na uruchamianie niektórych branż, widać jak na dłoni, że zatrzymanie akurat branży muzycznej jest nieracjonalne i głęboko nieuzasadnione. Ludzie związani z tą branżą doskonale wiedzą, że nikt za darmo im niczego nie dał, i chcą ciężko pracować, mieć nadzieję. I to nadzieja powoduje, że ogłaszają trasy, festiwale, nie wiedząc kompletnie, czy koncerty będą możliwe.

Żaden rynek nie dostał tak mocno w kość jak ten. Dla wielu muzyków granie było jedynym źródłem utrzymania.

Trzeba to rozszerzyć na cały rynek kultury, która od piętnastu miesięcy regularnie dostaje po plecach. Czy to celowe działanie? Zaczynam się nad tym zastanawiać… W chwili gdy wycina się kulturę, gasi się ducha narodu. Wystarczy zerknąć na nowe normy klasyfikacji filmów do Oscarów, by zrozumieć, że komuś zależy na tym, by zaserwować ludziom ideologicznie poprawną nihilistyczną papkę. Obserwując od lat podobne działanie, stopniowo tracę złudzenia… Myślę, że po okresie pandemicznego pozamykania rynku muzycznego w Polsce zaczniemy bez gwiazd. Od zera. Rynek będzie często tworzony od nowa.

Dlaczego wciąż inwestujesz w scenę muzyki chrześcijan? Bywało, że chciałeś rzucić wszystko?

Pan Bóg obdarzył mnie talentem organizacyjnym i staram się nim służyć. Od wczesnej młodości robiłem coś dla innych. Wychowało mnie harcerstwo, przez lata byłem zuchmistrzem. Robiliśmy mnóstwo rzeczy dla dzieciaków, młodzieży, kadr… Harcerstwo i oaza wprowadziły znakomity mechanizm: rówieśnicy wychowywali rówieśników. Świetny system wychowawczy!

Jan Góra zwołał młodych nad Lednicę, by zobaczyli, że jest ich dużo, by poczuli moc wspólnoty.

A dlaczego chodzimy na wielotysięczne koncerty, pielgrzymki na Jasną Górę czy do Piekar? Musimy zobaczyć, że nie jesteśmy sami. Że jest wielu innych, którzy podobnie jak my wierzą, wyznają podobne wartości, którym to samo gra w duszy.

Gdy z ks. Adamem Pradelą ruszałeś z koncertem „Bądź jak Jezus” w Piekarach, przypuszczałeś, że za kilka lat wypełnisz szczelnie katowicki Spodek?

Nie. Nikt z nas sobie tego nie wyobrażał. Pomagałem technicznie w przygotowaniach do koncertu, a gdy skończyły się fundusze, które płynęły z miasta, powiedziałem ks. Adamowi: „Nadszedł czas, by wyjść na ulice, na zewnątrz, poza zakrystię, na osiedla, do ludzi”. Zadawałem sobie pytanie, dlaczego przestrzeń publiczna jest zarezerwowana jedynie dla działań mainstreamowych. Dlaczego w parku Słupna, czyli w miejscu, gdzie startował OFF Festiwal, nie można urządzić imprezy dla chrześcijan, święta dla rodzin?

Jak reagowały władze śląskich miast, słysząc nazwę „Bądź jak Jezus”? Były spłoszone?

Na początku bardzo. (śmiech) Nazwa festiwalu jest wyjątkowo precyzyjną deklaracją, więc nic dziwnego, że niektórych wprawiała w popłoch. Nie chciałem bawić się w półśrodki, niedomówienia. Od początku wszystko było jasne. Zanim zorganizowaliśmy festiwal w Mysłowicach, odbywał się on w chorzowskim Parku Śląskim. Koncert i całe wydarzenie, które finansowałem, były darmowe. Przyszło na nie dziesięć tysięcy ludzi. Świetnie się bawili. Pomysł był taki, by była to impreza dla rodzin; fantastyczne koncerty, poruszające świadectwa, sporo atrakcji dla dzieci. Powiedzieliśmy sobie: pieniądze nie są ważne.

Odważna deklaracja…

Ile razy słyszę młodych organizatorów, którzy zaczynają od zamartwiania się: „Mamy tyle planów, a nie ma na to funduszy”. Królem nie jest już wówczas Jezus, wartości, ale pieniądz, bo wokół niego wszystko zaczyna się kręcić. To podcina skrzydła i wielu wycofuje się na starcie.

Warto ryzykować?

Oczywiście! Patrząc po ludzku, można powiedzieć, że wiele koncertów, inicjatyw, które organizowałem, nie miało prawa się odbyć. I niezbyt duże było wsparcie na takie wydarzenia. Zdarzały się wyjątki (na trasie „Betlejem w Polsce” niektórzy prezydenci dorzucali się do wydarzenia). A przecież miasta mają spore fundusze na tego typu imprezy! Samorządowcy przecierali oczy ze zdumienia, widząc, że koncert „Bądź jak Jezus” gromadzi od 10 do 30 tys. ludzi. Nie sądzili, że można zorganizować tak liczne chrześcijańskie imprezy. Pytałem ich, dlaczego w czasie Dni Miasta nie mogą zorganizować jednego dnia dla rodzin? Bez piwa, z atrakcjami dla dzieci. Działa niestety powszechna zasada: „Nie wychylajmy się. A nuż komuś się narazimy”.

Rodzina nie starała się wybić Ci z głowy tego dofinansowywania muzyki chrześcijan?

Starała, ale odpuściła. (śmiech) A poważnie: żona uwolniła mnie od chęci posiadania. To ogromne błogosławieństwo! Pieniądz nie jest celem. Jest narzędziem, którym można zrobić coś dobrego lub złego.

Co zrobiłeś, gdy nazwa „Bądź jak Jezus” zaczynała uwierać władze?

Gdy wiedziałem, że kolejnej edycji nie możemy zrobić w Parku Śląskim, „przypadkowo” po latach spotkałem kolegę ze szkoły. „Zrób koncert w Mysłowicach, w miejscu narodzin kardynała Hlonda!” – zaproponował. To był strzał w dziesiątkę! Gdy napotkałem opór materii, poprosiłem o patronat Jerzego Buzka, wówczas wiceprzewodniczącego Parlamentu Europejskiego. Gdy ludzie innych orientacji politycznych, którzy nie rozumieli tej decyzji, pytali, dlaczego tak postąpiłem, odpowiadałem: „Bo on nie wstydzi się przyznać do takiej imprezy”. By pomóc zorganizować podobne wydarzenie, naprawdę trzeba mieć odwagę.

Jak reagowali twoi akustycy, którzy dotąd na hasło „muzyka chrześcijańska” reagowali uśmieszkiem odsyłającym do skojarzeń z przedszkolnymi jasełkami i parafialną scholką?

Na początku nie wiedzieli, po co się w to pakujemy. Myśleli, że szef zwariował. Ale gdy wysłuchali tego, co zespoły „mają do powiedzenia”, gdy zobaczyli entuzjazm tysięcy ludzi, gdy przekonali się, że nie ma żadnej rozróby, spiny za sceną, wulgaryzmów, gwiazdorstwa, przestali szemrać. Co więcej, te muzyczne świadectwa miały wpływ na życie wielu z nich.

Czułeś ciarki na plecach, gdy 11 tysięcy ludzi w Spodku śpiewało „Dzisiaj w Betlejem”?

Mam wówczas taki organizacyjny młyn i gonitwę, że nie mam czasu na wzruszenia. Dopiero po trasie, gdy mogę usiąść i odsapnąć, gdy opadają emocje, odczuwam ogromną wdzięczność, że jestem częścią takiego wydarzenia. Stawali przy mnie prezydenci, hierarchowie i mówili poruszeni: „Panie Adamie, ja tego nie rozumiem”…

Dlaczego tłumy przychodziły rok w rok do Spodka, by śpiewać kolędy?

Bo człowiek szuka człowieka, z którym może się spotkać, pogadać, złożyć życzenia, poświętować, pośpiewać. A ponieważ w tym śpiewie prowadzili ich co roku artyści z najwyższej półki, przychodzili.

Tu naprawdę nie trzeba było nikogo zachęcać: „Cała sala śpiewa z nami”. Było jak na meczu: „Wszyscy wstają i śpiewają”.

Wbrew krakaniu sceptyków okazało się, że z kolęd można zrobić niezwykły, pełen emocji koncert. Sami artyści to ludzie świadomi tego, w czym uczestniczą. Autentyczni w tym, co robią, o czym śpiewają…

Katolicy stawali na scenie obok protestantów. Nie pozabijali się.

Naszą misją jest łączenie, a nie tworzenie nowych podziałów i gett. Budujemy mosty, staramy się zrobić coś razem, a nie przeciw sobie. Kościół katolicki jest dziś wystarczająco podzielony, by zacząć gorąco wołać o jedność. Lubimy zwalać winę i odpowiedzialność na innych, zamiast sami uderzyć się w piersi. Wiesz, na czym najbardziej mi zależy? Na tym, by ludzie brali odpowiedzialność za decyzje, które podejmują. Na każdym szczeblu. Mam wrażenie, że my Polacy jesteśmy anarchistami, bo gdy pytam ludzi, na czym polega wolność, słyszę najczęściej: „Na tym, że mogę robić to, co chcę”. A to jest anarchia, samowolka! Nie lubimy brać odpowiedzialności, uciekamy od tego. Przykład? Wybór trójki klasowej na pierwszej lepszej wywiadówce. Wszyscy udają, że nie słyszą pytania. Trwa spychologia. Boimy się wziąć los we własne ręce, a potem narzekamy, że „inni” zrobili nas w balona. Zamiast narzekać, że „się nie da”, powinniśmy wejść z rynkiem muzyki chrześcijan do nowoczesnych sal…

By „robić dobro dobrze”?

Tak jest! Nie można robić czegoś na pół gwizdka. Zawsze starałem się zagwarantować najwyższą jakość.

Pamiętam scenę ze Strefy Zero. „Przepraszam bardzo – spytał ktoś, widząc, że organizatorzy serwują pyszną markową kawę – czy to nie podraża kosztów?”. „Podraża” – uśmiechnęli się organizatorzy.

Świetne! Dziś trzeba inwestować w młode pokolenie. Pomóc młodym artystom wystartować. Na tegoroczny konkurs Non Stop CCM otrzymaliśmy aż 17 zgłoszeń młodych grup. I to w czasie pandemii, gdy nie było przecież zbyt wielu okazji do wspólnego grania! To pokazuje, że są nowe zespoły, jest świeża krew. Kościół powinien być mecenasem takich inicjatyw. Salki parafialne nie mogą świecić pustkami i przypominać trupiarni. Nie lepiej, by zamieniły się w tętniące życiem przykościelne domy kultury?•

Adam Guzdek

organizator koncertu „Bądź jak Jezus”, trasy „Betlejem w Polsce” oraz setek koncertów i imprez masowych. Założyciel i dyrektor Target Sound i Śląskiej Agencji Reklamy i Marketingu.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Reklama

Więcej nowości

Reklama