Jak Nikifor został królem

Film jak życie: piękny, dramatyczny, w którym są i łzy, i śmiech. Bo ten film to trochę zwierciadło.

Przedziwna to sytuacja i – nie ukrywam – dość dla mnie trudna. Bo oto czas napisać recenzję filmu, w którego sukces nie bardzo się wierzyło. Filmu, którego scenariusz najpierw napisało życie, a później własnoręcznie się to życie opisało, w dodatku dwukrotnie, i to po raz pierwszy w polskich mediach. O co chodzi? Już wyjaśniam.

Pamiętacie Grześka?

Wierni czytelnicy „Gościa Niedzielnego” pamiętają: najpierw reportaż „Szkoła wiolinowych cudów” z 2008 roku, w którym pisałam o niewidomych i niedowidzących, uczniach szkoły muzycznej w Laskach. Jednym z bohaterów był – kilkunastoletni wówczas – Grzesiek Płonka z Murzasichla. Dwa lata później znałam już rodzinę Grześka prywatnie. I napisałam o Płonkach, walce Grześka o, godność, a przede wszystkim o ukochaną muzykę. Powstał reportaż „Fortepianowy Nikifor”.

Później temat rodziny podejmowały inne media. Po latach, gdy o Grześku było już dość głośno, pojawił się pomysł nakręcenia filmu o nim. Wydało mi się to wtedy pomysłem dość karkołomnym, wręcz niebezpiecznym. Dlaczego? Bez owijania w bawełnę: by nie skrzywdzić Grześka i całej rodziny. By nie wywołać dodatkowego bólu, zniechęcenia. Łatwo jest, robiąc fabularny film o realnym życiu, zrobić... parodię. Szczególnie gdy trzeba w fabularnym przekazie zamknąć dramat, miłość, wiele lat walki i życia w nadziei, ale i bólu. Bo przecież pewnego rodzaju uproszczenie jest w pisaniu scenariusza nieuchronne. Na projekcję filmu poszłam więc sceptycznie nastawiona. Niesłusznie.

Film nie z księżyca

Scenariusz i reżyseria: Bartosz Blaschke. Mówiąc wprost: podwójne mistrzostwo! Scenariusz jest spójny, sprawnie napisany, nie ma żadnej dłużyzny, żadnego niepotrzebnego słowa. Tu każdy dialog jest napisany po coś. Nie ma tanich zabiegów, naginania historii, chociaż przecież pewne wątki można było nieco szerzej pokazać. Mimo delikatnej materii film momentami aż skrzy się od humoru. Nie jest to jednak tani dowcip, lecz genialna umiejętność uchwycenia słowa, relacji, sytuacji, które czasem dają efekt komiczny, a czasem liryczny. Film wręcz „zatyka” emocjami i wzruszeniem, by za chwilę dać widzowi możliwość refleksji. Widz ogląda, trochę jak w zwierciadle, rodzinę Płonków. Z jednej strony mającą problemy inne od większości rodzin, z drugiej jednak – przeżywającą takie same jak one emocje .

Blaschke zrobił też coś niebywałego. Musiał doskonale poznać obyczaje Płonków, rodziny mieszkającej w Murzasichlu, by poradzić sobie z reżyserią. Film nie udaje dokumentu, ale nie wypacza prawdy o opisywanych ludziach. Udało się stworzyć obraz rodziny prawdziwej, chociaż w pewien sposób symbolicznej. Tak więc to film o realnej rodzinie Płonków, ale też o rodzinie po prostu. Rodzinie i cierpiącej, i doświadczonej, i pięknej. I bardzo się kochającej.

Opowiadając o ludziach, o ich dramatycznej historii, łatwo wpaść w przesłodzone szpony lukru. W „Sonacie” tego nie ma. Jeśli czasem bywa nieco bardziej „słodko”, to po prostu dlatego, że i codzienność czasem staje się nieco bardziej różowa.

Aktorskie mistrzostwo

Nie byłoby jednak tak dobrego filmu, gdyby nie aktorzy. Po pierwsze Małgorzata Foremniak w roli matki Grzesia, Małgorzaty Płonki, pokazała nieprawdopodobną klasę aktorską, ale i wrażliwość czysto ludzką, umiejętność obserwacji, głębię! Ta kreacja jest wzruszająca. Foremniak w roli Płonki to kwintesencja macierzyństwa, kobiecej siły w delikatnym ciele. Siły, która inspiruje i staje się przykładem. Również – co tu dużo mówić – dla mnie osobiście.

Po drugie: Łukasz Simlat jako Łukasz Płonka, ojciec Grześka. Mistrzostwo kolejne – zarówno gry, jak i umiejętnego wczucia się w emocje ojca, który dla niepełnosprawnego syna robi tak wiele, ale który jest też człowiekiem przytłoczonym wydarzeniami z przeszłości. Z jednej strony jest pełen nadziei, z drugiej brutalnie zderza się z rzeczywistością, podłymi ludźmi. Simlat – ojciec Grześka boryka się z życiem, ale życie go nie pokonuje.

Po trzecie w końcu, choć może po pierwsze: Grzesiek Płonka zagrany przez Michała Sikorskiego. To absolutny fenomen aktorski! Mówić o doskonałym warsztacie to w zasadzie nie powiedzieć zupełnie nic. Aktor zagrał wstrząsająco prawdziwie, opisując sobą Grześka. Opisując – nie naśladując. Robi to w sposób zdumiewający, wybitny, zarówno jeśli chodzi o warstwę fizyczną (gesty, mimika, sposób mówienia), jak i o wnętrze. To jest Grzesiek: z jego wrażliwością, poczuciem humoru, uporem, spostrzegawczością. Zagrać tak osobę mocno skomplikowaną, doświadczoną, wydaje się niemożliwością. A jednak Sikorski tego dokonał. Pozwolił też zżyć się z bohaterem wszystkim widzom, pozwolił zapaść w serca i wstrząsnąć. Jako widzowie zaczynamy się z Grześkiem przyjaźnić, mądrze go podziwiać, bynajmniej nie litować się i niepatrzeć wyłącznie przez okulary współczucia. Poznajemy najpierw niepełnosprawnego dzieciaka, nierozumianego przez świat, zbuntowanego gdzieś w środku, zapewne też przez to nieszczęśliwego. By towarzyszyć potem jego przemianie, następującej dzięki rodzicom, mądrym ludziom, ich miłości. Przemianie, która nie odbyła się wyłącznie za przyczyną implantu słuchowego, lecz w wymiarze znacznie szerszym i głębszym. Na poziomie serca, wiary w siebie, chęci do walki o przyszłość. Niewątpliwie tak zmieniać może tylko miłość – do drugiego człowieka, do muzyki, ale też do samego siebie. W rezultacie – fortepianowy Nikifor został królem. Królem nie tyle muzyki, co własnego życia.

W „Sonacie” są i świetna muzyka, i przepiękne zdjęcia. Dlatego ten film to rodzaj oddechu dla odbiorcy. Jest też w tym filmie nadzieja, której wszyscy tak bardzo potrzebujemy. •

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Reklama

Reklama