Nic zwyczajnego

Anegdota jest szlachetniejsza od dowcipu. To literatura towarzyska. Fabuła o różnych narracjach, o różnych bohaterach.

Przekazywana ustnie. Nie do publikacji, przynajmniej etymologicznie. Koniecznie z puentą. Opowiadana zamiast poważnej narracji, intymnego wyznania, płomiennej deklaracji.

Szymborska była mistrzynią anegdot. Skupienie się na nich – ograniczenie opowieści o niej do cytowania jej anegdot – nie ma jednak sensu. Im dłużej ją obserwowałem, tym bardziej dochodziłem do wniosku, że jej anegdoty były zasłoną dymną, obroną przed pytaniami, na które nie chciała odpowiadać, kokonem, w którym czuła się bezpiecznie. Dziennikarz zadający jej trudne pytanie dostawał często anegdotyczną odpowiedź, którą z radością cytował, bo spełniała wszystkie wymogi, jakie stawia się teraz medialnym wypowiedziom: była zwięzła, zabawna i miała puentę. Ale była zarazem unikiem, atrapą odpowiedzi.

Zamiast mówić „nie rozmawiajmy na ten temat”, Szymborska opowiadała anegdotę. Po puencie nie można już nic powiedzieć – taka jest jej natura; ona jest zamknięciem rozmowy, powiedzeniem „nie rozmawiajmy na ten temat” bez wypowiadania tej nieeleganckiej przecież frazy.

Wiosną 2002 roku odwoziłem WS do Konstancina, do domu pracy twórczej ZAiKS-u. Zaprosił ją ówczesny prezes Stowarzyszenia Antoni Marianowicz. Po dwóch dniach po nią przyjeżdżam i pytam, czy nie molestowali jej zanadto koledzy i koleżanki po piórze. Ona na to: „Wie pan, tutaj są w zasadzie same rówieśniczki Tuwima. One się nie zadają z takimi małolatami jak ja”.

Po drodze do Konstancina zafascynowały ją powtarzające się billboardy z napisem „Luksfery”. Powtarzała to słowo i wymyślała mu coraz to zabawniejsze znaczenia (niestety, nie pamiętam ich; pamiętam tylko, że prawdziwe znaczenie mocno ją rozczarowało).

Mawiała, że poczucie humoru pozwoliło jej przetrwać okołonoblowskie zamieszanie. I spowodowało, że nie przewróciło jej się w głowie. Otaczała się ludźmi z poczuciem humoru, ale wśród jej najbliższych przyjaciół byli też ludzie niemający go prawie wcale. Nie wysyłała im swoich wyklejanek, ale zwykłe kartki pocztowe z widokami. Przyjaciele obdarzeni poczuciem humoru dostawali natomiast nie tylko wyklejanki. Ponoć Władysław Lech Terlecki dostawał od Szymborskiej co roku na imieniny taką samą pocztówkę – z wizerunkiem aktora Bogusza Bilewskiego. „Kiedyś kupiłam ich spory zapas w jakiejś księgarni – mówiła WS. – Wiedziałam, że on to doceni”.

Nie lubiła satyryków i chyba w ogóle satyry. Humoru zaangażowanego w naprawianie świata. Jej zdaniem humor powinien być całkowicie bezinteresowny. Pod tym względem Szymborska była Angielką, bo to przecież w Anglii najmocniej rozwinęła się literatura purnonsensu. Nie była anglofilką. Owszem, uważała Klub Pickwicka za arcydzieło, ale głębiej zanurzona była w kulturę francuską i niemiecką. Oba te języki znała, przynajmniej na tyle, żeby czytać, bo nie na tyle, żeby swobodnie rozmawiać. Za to chyba nigdy nie próbowała uczyć się angielskiego (uważała, że nie można poważnie traktować języka, w którym zaimek „ja” pisze się wielką literą). Być może namiętnością do brytyjskiego purnonsensu zaraził ją Maciej Słomczyński, który twierdził, że limeryki śpiewała mu angielska niańka. A może po prostu atmosfera Domu Literatów przy Krupniczej 22 sprzyjała uprawianiu tego rodzaju twórczości. Żeby nie być gołosłownym: pisarze tam skoszarowani wpadli kiedyś na pomysł, by podnieść poziom literacki napisów w toaletach, zwykle wulgarnych i prostackich. „Odpędź kler / od dwóch zer” – napisał podobno Adam Włodek. „Siusiać możesz śmiało w łodzi, / wszędzie mokro, nic nie szkodzi” – napisał (ale gdzie?) Sławomir Mrożek.

Teoretycy są zdania, że aby rozumieć (i uprawiać) literaturę purnonsensu, trzeba mieć poczucie sensu: twardo stać na ziemi, mieć ustabilizowaną pozycję zawodową, widoki na przyszłość. Jeśli to prawda, to są to zarazem powody, dla których purnonsens nie rozwinął się na przykład w czasach PRL-u, czasach pełnych nonsensów codziennych. Owszem, uprawiano tego typu literaturę w dwudziestoleciu międzywojennym, ale wojna i czasy powojenne już się do tego nie nadawały. No, może właśnie poza takimi enklawami jak Krupnicza 22, gdzie umiano docenić estetyczną stronę owych nonsensów codziennych i humor niezamierzony, jakim błyskała od czasu do czasu ówczesna arcypoważna rzeczywistość. 

Kiedy w 1993 roku Wydawnictwo a5 opublikowało "Fioletową krowę. Antologię angielskiej i amerykańskiej poezji niepoważnej", książka ta nie sprzedawała się najlepiej. Polacy nie znajdowali jeszcze miejsca na półkach na literaturę, która nie ma żadnych powinności względem rzeczywistości: nie pokrzepia serc, nie opisuje białych plam, nie pobudza do czynów. Było jeszcze za wcześnie, zaledwie cztery lata po upadku komunizmu i jego nonsensów. Drugie wydanie, opublikowane w 2007 roku, sprzedało się o wiele lepiej. Za sprawą czasu, który upłynął od końca PRL-u, oraz dzięki Wisławie Szymborskiej. Jestem przekonany, że rok 1996 był dla poezji purnonsensu i w ogóle zabaw literackich rokiem przełomowym. W tym bowiem roku okazało się, że poważna poetka, nagrodzona najważniejszą nagrodą literacką świata – uprawia także twórczość niepoważną. Można? Można.

Podział na powagę i niepowagę jest fałszywy. Większą wagę przykładamy do powagi, to jasne. Myśl w stanie czystym to rzekomo myśl poważna: jasno i precyzyjnie odnosząca się do rzeczy; natomiast kaduceusz niepowagi ponoć mąci przejrzystość myślenia. Nawet sam język sugeruje nam, że powaga jest stanem „naturalnym”, a nie-powaga jego zaprzeczeniem, pasożytującym na zdrowym ciele powagi. Język nie-powagi wydaje się językiem gorszym, którym wolno się posługiwać wyłącznie w specjalnych miejscach i wyłącznie odpowiednim osobom: kiedyś dyżurnym błaznom, dziś dyżurnym satyrykom. Taki stan jest bezpieczny, bo wyklucza możliwość pomyłki: te miejsca i ci ludzie mają charakterystyczne atrybuty, a ich język jest wyraziście inny – wiadomo, że to, co mówią, mówią nie na serio i nie trzeba się dopytywać, czy to był, czy nie był żart.

Poza tą przestrzenią powinno się mówić wyłącznie serio. Szczególnie jeśli jest się poetą, bo poetów traktuje się u nas szczególnie poważnie, nieomal jak wyrocznie, które mają się wypowiadać na wszystkie bieżące tematy, od zmian w rządzie po wyniki rozgrywek pierwszoligowych.

To nie jest hiperbola, to historia z życia wzięta: pewnego razu zadzwoniono do WS z pewnej redakcji radiowej i poproszono, by wypowiedziała się na temat mundialu. Dziennikarce szczególnie zależało, by Szymborska powiedziała, kto jej zdaniem wygra. Odpowiedziała wówczas, że od kiedy Szombierki Bytom wypadły z pierwszej ligi, przestała interesować się futbolem.

Po kilkunastu latach ta anegdotyczna odpowiedź trafiła do klubu Szombierki i jego kibiców. Przesłali jej wówczas list, a w liście – wiersz:

„Szombierki Bytom wypadły z pierwszej ligi…”
powiedziała Noblistka w odpowiedzi gawiedzi,
że Szombierki wypadły z ligi pierwszej,
więc teraz zajmie się wierszem…

Skoro tak – to nie ma wyboru dla kopaczy górniczych,
tylko znów zacząć się w piłce liczyć,
by oderwać poetę od pióra.

W podziękowaniu za pamięć o istnieniu naszego klubu –
Zarząd GKS Szombierki Bytom.

Potem jeszcze wysłali kartkę świąteczną z obietnicą: „Droga Pani Wisławo, dołożymy wszelkich starań, aby mogła Pani znów interesować się futbolem”.

*

Powyższy tekst jest fragment książki „Nic zwyczajnego. O Wisławie Szymborskiej” autorstwa Michała Rusinka. Wydawcą publikacji jest ZNAK

Nic zwyczajnego

«« | « | 1 | » | »»
Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg