Syberyjska epopeja

O „Syberiadzie polskiej”, pierwszym polskim filmie przedstawiającym losy ludzi deportowanych na Syberię po napaści Związku Radzieckiego na Polskę 17  września 1939 roku, z reżyserem filmu Januszem Zaorskim

Edward Kabiesz: Realizacja „Syberiady polskiej” trwała od chwili, kiedy otrzymał Pan scenariusz, prawie sześć lat. Dlaczego tak długo?

Janusz Zaorski: – Praca nad tym filmem była gehenną. Przede wszystkim nie mogliśmy znaleźć rosyjskiego koproducenta. Rosjanie wprowadzali nas w błąd – myślę, że była to sprawa polityczna. Sam temat nie jest po myśli władzy rosyjskiej, być może też z obawy, że o podobne filmy zaraz upomną się inni, np. kraje bałtyckie. Nikt z rosyjskich producentów, mimo wcześniejszych obietnic, nie chciał wejść w koprodukcję, ciągnęło się to latami. Z kolei po zakończeniu zdjęć nastąpiła przerwa, bo przez dwa lata nie było pieniędzy na udźwiękowienie. Dlatego produkcja trwała tak długo.

Jednak część zdjęć udało się na Syberii nakręcić.

– Ostatecznie wynajęliśmy ekipę z Krasnojarska, która po prostu wykonała dla nas usługę. Na szczęście to już nie czasy Związku Radzieckiego, gdzie wszystko musiało iść przez Moskwę. Kiedy oficjalnie się nie udało, nawiązaliśmy kontakty tam, na miejscu. Zdjęcia realizowaliśmy w Krasnojarsku przez kilka tygodni. To bardzo specyficzny, prawie trzykrotnie większy od Polski kraj. Ma 900 tysięcy kilometrów kwadratowych i cały czas widzi się tajgę. Chciałem pokazać ten bezmiar z lotu ptaka. Po raz pierwszy w historii polskiego kina w tak wielkim wymiarze kręciliśmy zdjęcia z motolotni. Na Syberii powstały m.in. sceny wyrębu, sceny w mieście i sceny w cerkwi, do której trafia Jan Dolina. W czasie dokumentacji okazało się, że z powodu mrozu nie tylko sprzęt przestaje pracować, ale człowiek też nie jest w stanie wytrzymać dłużej niż kilka minut. Dlatego na zdjęcia pojechaliśmy w końcu marca, gdy temperatura sięgała już tylko minus 15 czy minus 10 stopni. W Polsce natomiast pobudowaliśmy obóz zesłańców. Powstał w autentycznym lesie, w zimie, na śniegu. W naszej przyrodzie, np. w Puszczy Spalskiej czy Białowieskiej, mamy elementy przyrody syberyjskiej. Cała scena z 17 września została nakręcona w Sanoku, w największym w Polsce skansenie, gdzie jest cała wieś z lat 20. i 30. ubiegłego wieku.

Czy uważa Pan, że film o martyrologii Polaków wywiezionych do Związku Radzieckiego w 1940 roku zainteresuje widza? Dzisiaj do kina chodzi przede wszystkim młodzież.

– Moim zdaniem film historyczny, a takim jest „Syberiada polska”, ma szansę, ale jednocześnie musi być filmem współczesnym. W filmie na plan pierwszy wyciągnąłem temat bardzo współczesny, czyli dojrzewanie młodych ludzi w warunkach ekstremalnych. Takim bohaterem jest młody Staszek Dolina. Mam nadzieję, że to zainteresuje młodych ludzi. A starszych? Przecież tam wywieziono według szacunków od pół do półtora miliona ludzi. Byłoby ich jeszcze więcej, gdyby Hitler nie zaatakował ZSRR. Te deportacje ustały dopiero po 21 czerwca 1941 roku. Część wysiedlonych została i nigdy już nie wróciła do Polski. Żyją ich dzieci i wnuki. Część mojej rodziny ze strony matki dotknął właśnie taki los. Starałem się dotrzeć do różnych pamiętników. Korzystając z wyjazdów na festiwale filmowe, spotykałem ludzi, którzy przychodzili na pokazy polskich filmów, a wcześniej przeżyli wywózki na Sybir. Myślę, że jest duża ciekawość, by wreszcie wypełnić tę białą plamę w historii nie tylko polskiego filmu.

W filmie przedstawia Pan relacje pomiędzy zesłańcami i ich strażnikami. Wśród zesłańców te stosunki są idealne, choć z pamiętników wynika, że wyglądało to czasem różnie.

– Nie zgadzam się. Społeczność obozu pracy na przykład występuje przeciwko Irenie (granej przez Sonię Bohosiewicz), gdy nawiązuje ona intymne stosunki z Barabanowem z NKWD. Warto jednak pamiętać, że zazwyczaj jednoczymy się wobec największego wroga. Natomiast stalinowski terror uosabiany jest przez Barabanowa i Sawina, którzy odreagowywali na zesłańcach własne niedowartościowanie. Chcą wdeptać Jana Dolinę (granego przez Adama Woronowicza) w ziemię i bohater musi szukać sprzymierzeńców, by przeżyć. Chciałem zrobić film epicki, szeroki, wielowątkowy. Może następne realizacje, które podejmą tę tematykę, będą mogły z czegoś zrezygnować. Ponieważ jest to pierwszy film, czułem w sobie odpowiedzialność, żeby czegoś ważnego nie pominąć, mając jednocześnie nadzieję, że nie ma tu grzechu wszystkoizmu.

Unika Pan wyrazistych obrazów przemocy, charakterystycznych dla współczesnego kina.

– Nie pokazuję łagru, tylko obóz zesłańców. Nie jestem reżyserem, który celebruje okrucieństwo. Chciałem pokazać wiele pięknych postaw patriotycznych, żeby tchnąć nadzieję, że nawet w tak strasznych warunkach nasi rodacy nie dali się zbydlęcić, pozostali ludźmi.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg