Jak umiera artysta?

Opis śmierci Chopina ma w sobie piękno godne jego muzyki. Pisać o umieraniu w środku gorącego lata? Śmierć nie zważa na pory roku. Wniebowzięcie Maryi to wspomnienie Jej odejścia. Patrząc na Nią, powtarzamy: „Módl się za nami teraz i w godzinie śmierci naszej”.

W czasach SMS-ów, niechlujnie pisanych e-maili, agresywnej medialnej mowy i przekleństw lecących z każdej strony przeczytanie listu napisanego piękną polszczyzną jest doświadczeniem prawie metafizycznym. Jak pójście do filharmonii. Tym bardziej że list dotyczy Fryderyka Chopina. Zwrócił mi na niego uwagę jeden z naszych czytelników, za co jestem bardzo wdzięczny.

Nasz Chopin jest TAM

„Dlaczego nikt mi o tym wcześniej nie powiedział?” – napisał pan Andrzej Bobiec. „Nie pamiętam innego tekstu, który by wzbudził we mnie równie silne, autentyczne i pozytywne emocje. Tak silne, że nie ustaje potrzeba mówienia o tym liście innym. Gdy ostatnio czytałem go swoim rodzicom, ich reakcja była identyczna: dlaczego o tym nikt nie mówi?!”. Chodzi o list ks. Aleksandra Jełowickiego (patriota, powstaniec listopadowy, pisarz, wydawca, tłumacz, kapłan ze zgromadzenia zmartwychwstańców, piękna biografia!) do księżniczki Ksawery Grocholskiej, późniejszej karmelitanki, m. Marii Ksawery od Jezusa, z 21 października 1849 r. Tekst powstał cztery dni po śmierci Fryderyka Chopina. Jest zapisem naocznego świadka umierania wielkiego polskiego artysty. Bezcenne uzupełnienie naszej wiedzy o Chopinie. „W słuchanie idealnej muzyki Chopina – pisze pan Andrzej – wkrada się trudny dysonans naszej wiedzy o znacznie mniej idealnym życiu rodaka. (…) List ks. Jełowickiego jest niezwykłym raportem jego niestrudzonej walki o duszę swojego drogiego przyjaciela – Fryderyka. Walka kończy się pełnym zwycięstwem Jezusa i Chopina. Czy może być wspanialsza dla nas wiadomość? Wierzę, że miłosierny Bóg poradzi sobie z każdym »beznadziejnym przypadkiem«. (…) Dlaczego nie mielibyśmy wszyscy słuchać Chopina z wdzięcznością za Boże Miłosierdzie oraz za wiarę i męstwo ks. Jełowickiego, wzór prawdziwej przyjaźni? Dzięki niemu (ks. Jełowickiemu) nasz Chopin jest TAM”. No właśnie, w niebie nie może zabraknąć doskonałych dźwięków muzyki kompozytora z Żelazowej Woli.

O Niebie nie myślał

Posłuchajmy więc listu – raportu z walki o duszę artysty. „I. M. J. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. Przeza- cna Pani! Jeszcze pod wrażeniem śmierci Chopina piszę o niej słowo. Umarł 17 października 1849 roku o godzinie drugiej z rana. Od lat mnogich życie Chopina było jak na włosku. Ciało jego, zawsze mdłe i słabe, coraz bardziej się wytrawiało od ognia jego geniuszu. Wszyscy się dziwili, że w tak wyniszczonym ciele dusza jeszcze mieszka i nie traci na bystrości rozumu i gorącości serca. Twarz jego jak alabaster zimną była, białą i przejrzystą; a oczy jego, zwykle mgłą przykryte, iskrzyły się niekiedy blaskami wejrzenia. Zawsze słodki i miły, i dowcipem wrzący, a czuły nad miarę, zdawał się już mało należeć do ziemi. Ale niestety, o Niebie nie myślał. Miał on niewiele dobrych przyjaciół, a złych, tj. bez wiary, bardzo wielu; ci zwłaszcza byli jego czcicielami. A triumfy jego w sztuce najwnikliwszej zagłuszyły mu w sercu Ducha Św. jęki niewypowiedziane. Pobożność, którą z łona matki Polki był wyssał, była mu już tylko rodzinnym wspomnieniem. A bezbożność towarzyszów i towarzyszek jego lat ostatnich wsiąkała coraz bardziej w chwytny umysł jego i na duszy jego jak chmurą ołowianą osiadła zwątpieniem. I tylko już mocą wykwintnej przyzwoitości jego się stawało, że się nie naśmiewał głośno z rzeczy świętych, że jeszcze nie szydził. W takim to opłakanym stanie schwyciła go śmiertelna piersiowa choroba. Wieść o tym, blada zbliżającą się śmiercią Chopina, spotkała mię więc przy powrocie moim z Rzymu do Paryża. Wnet pobiegłem do tego od lat dziecinnych przyjaciela mego, którego dusza tym droższa mi była. Uścisnęliśmy się wzajem, a wzajemne łzy nasze wskazały nam, że już ostatkami gonił. Nędzniał i gasł widocznie; a jednak nie nad sobą, ale nade mną raczej zapłakał użalając się morderczej śmierci brata mego Edwarda, którego też kochał. Skorzystałem z tej tkliwości jego, aby mu przypomnieć Matkę... i jej wspomnieniem rozbudzić w nim wiarę, której go była nauczyła. »Ach, rozumie cię, rzekł mi, nie chciałbym umrzeć bez Sakramentów, aby nie zasmucić Matki mej ukochanej; ale ich przyjąć nie mogę, bo już ich nie rozumiem po twojemu. Pojąłbym jeszcze słodycz spowiedzi płynącą ze zwierzenia się przyjacielowi; ale spowiedzi jako Sakramentu zgoła nie pojmuję. Jeżeli chcesz, to dla twej przyjaźni wyspowiadam się u ciebie, ale inaczej to nie«. Na te i tym podobne słowa Chopina ścisnęło mi się serce i zapłakałem. Żal mi było, żal mi tej miłej duszy. Upieszczałem ją, czym mogłem, już to Najświętszą Panną, już Panem Jezusem, już najtkliwszymi obrazami miłosierdzia Bożego. Nic nie pomagało. Ofiarowałem się przyprowadzić mu, jakiego zechce, spowiednika. A on mi w końcu powiedział: »Jeśli kiedy zechcę się wyspowiadać, to pewno u Ciebie«. Tego się właśnie po tym wszystkim, co mi powiedział, najbardziej lękałem”.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg