Letnie osy kąsają jesienią

Wszystkie sztuki Iwana Wyrypajewa są niejednoznaczne, chociaż troje ludzi, których poznajemy w sztuce, wydaje się podobnych do nas: tak jak my nie potrafią się porozumieć z najbliższymi.

W spektaklu „Letnie osy kąsają nas nawet w listopadzie”, ostatniej premierze Teatru na Woli, występują Sara, jej mąż Robert i przyjaciel domu Donald. Dlaczego nie potrafią wyjaśnić nieporozumienia? Przecież kwestia dotyczy błahego zdarzenia: czy w zeszły poniedziałek Markus, brat Roberta, był u nich w domu, czy tak jak utrzymuje z niezbitą pewnością Donald, był w tym czasie u niego i jego żony Marty?

Im bardziej upierają się przy swoich racjach, tym bardziej jesteśmy przekonani, że nie dowiemy się, jak było naprawdę. I w gruncie rzeczy przestaje nas to interesować. Tak jak przestają nas interesować fakty. Dochodzimy do wniosku, że mamy do czynienia z iluzją, w której z nieznanych powodów pogrążają się bohaterowie.

Brytyjski psychoanalityk Wilfried Bion nazywa to „zniszczeniem postrzegania aparatu rzeczywistości”. W programie teatralnym znajdziemy więcej wywodów filozoficznych, poczynając od Fromma, a kończąc na Kępińskim. Ale mamy pewność, że intelektualne formułki nie pozwolą nam znaleźć odpowiedzi, dlaczego słowa przestały znaczyć to, co jeszcze niedawno znaczyły. Bo tak naprawdę sami musimy zmierzyć się ze swoją świadomością.

W pewnym momencie przestaje być istotne, gdzie Markus spędził poniedziałek, bo oto porusza nas moment, w którym bohaterowie otwierają się, odkrywając swoje urazy. Zaczynają mówić o Bogu, o miłości, o smutku, zmęczeniu. Życiem, padającym deszczem, poczuciem pustki. Gdy wyznają swoje winy, gdy odsłaniają, jak bardzo boli ich skrywany grzech, jak zawiódł ich świat, w którym cierpią niewinni. Jak mówi Robert: „Padający deszcz jest jak płacz, który nigdy nie nadszedł”. I jak refren powtarzają zdanie, które jest jednocześnie tytułem sztuki.

Zaczynamy pojmować tę metaforę: te osy są jak wspomnienia, które kąsają i drażnią. I które pojawiają się nieoczekiwanie. Ale jak to u Wyrypajewa, nikt nie chce nikogo ranić, miłość, która połączyła tych ludzi, nie wygasła, życie potoczyło się tak, jak się potoczyło, i będzie toczyć się dalej. Dlatego finał sztuki jest niemal radosny, jak dziecięca zabawa, w której wszystko musi się skończyć dobrze.

Stary niedźwiedź mocno śpi i chcemy wierzyć, że się nie zbudzi. Autor pozbawia nas jednoznacznego finału. Bo letnie osy kąsają nawet w listopadzie. I nic na to nie możemy poradzić.

Aktorzy grają lekko, aluzyjnie. Słowa bolesne padają mimochodem. Przy czym ani Katarzyna Herman, ani Witold Dębicki czy Zdzisław Wardejn nie gubią nic z wyrafinowanego humoru i refleksji autora. Z podobnym wyczuciem prowadzi spektakl reżyser Wojciech Urbański.

«« | « | 1 | » | »»
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.