Kultura wyboru

Nie pomoże tutaj mówienie: biologia cię ogranicza i definiuje. Bo dziś już ograniczać nie musi. Definiować też nie. Chyba że ktoś tę definicję zaakceptuje, a w ograniczeniach zobaczy skarb.

Kilka dni temu Sejm uchwalił ustawę o uzgodnieniu płci. To kolejny z przepisów prawnych negujących chrześcijańską antropologię, za to doskonale wpisujących się w obowiązującą kulturę wyboru. Bo tutaj należy szukać źródła kolejnych roszczeń.

Zasada jest prosta: twoje życie twój wybór. Życie będzie takie, jakim je uczynisz. Jak układanka z klocków: dowolnie montowanych. Cel jest „szczytny”: pełne szczęście, tu i teraz. Bez strat.

Nie mam nic przeciw szczęściu. Ale cel określony przez „poczucie szczęścia, brak strat” to po prostu utopia. Nie mam także nic przeciw wyborowi. Wręcz przeciwnie. W tej zasadzie jest dużo prawdy. Pod jednym wszakże warunkiem: że nie oznacza to przyjęcia założenia, że każdy może być kim chce i zrealizować wszystko.

Nie tylko dlatego, że ma ciało podlegające prawom biologii, więc stwarzające ograniczenia. Nie tylko dlatego, że w jakimś kierunku ma talent, w innym wcale. Nie tylko dlatego, że niesie w sobie pewien zasób doświadczeń, które sprawiają, że w jednym jest mistrzem, w czymś innym co najwyżej rzemieślnikiem. Także dlatego, że nie da się wybrać wszystkiego. Każdy wybór otwiera jedną drogę, ale zamyka inną. Wybór „drogi próbowania wszystkiego” także. Nie daje szansy, by wejść wgłąb którejś ze ścieżek. To tak, jakby zamiast dogłębnie smakować potrawy jedynie je wąchać. No, czasem polizać.

Mamy do czynienia z ideologią, która będzie żądać kolejnych praw do uczynienia siebie kimkolwiek. Tożsamość przestaje tu mieć znaczenie: jest czymś przybieranym. Czasem na chwilę. „Jestem tym, kim chcę być teraz, nic mnie nie wyznacza.” To ważne: argument z tożsamości nie ma znaczenia. Wręcz przeciwnie: jej brak jest czymś pożądanym. W końcu to jeden z najbardziej „ograniczających” czynników.

Jest jeszcze drugie założenie, równie utopijne. Polega na tym, że można wybierać jakiś element bez jego konsekwencji. Wszystko jest do użycia. Także inni ludzie. Także dzieci. Renata Salecl, skądinąd bardzo lewicowa autorka, pisze w „Tyranii wyboru” m.in. o tym, że pragnienie dziecka zamieniło się dziś w żądanie dziecka. Czym innym jest jednak – zauważa – pytać, czemu rodzice mnie pragnęli i czemu mnie żądali? Dodaje, że wyborowi „posiadania dziecka” powinien towarzyszyć choćby w minimalnym stopniu wybór „bycia rodzicem”. A nie musi. Można żądać dziecka z różnych powodów. Niekoniecznie dla niego samego. To po prostu klocek mojego życia, który powinien być.

Czy da się nie ponosić konsekwencji? Autorka uważa, że nie. Ja jestem bardziej sceptyczna. Pytań żądanego dziecka i jego indywidualności, jego pragnienia poznania korzeni można po prostu nie zauważać. Problem w tym, że konsekwencje nie znikają od tego, że ktoś ich unika. Po prostu ponosi je inny. A ich ciężar bywa nie do udźwignięcia.

Czy „ludzie wyboru” są szczęśliwi? Okazuje się, że nie. Nie dość, że skupieni na konstruowaniu własnego życia do niczego poza tym nie są zdolni (wybór naprawdę zabiera masę energii), to jeszcze próbują budować coś, co po prostu nie istnieje i istnieć nie może. Renata Salecl pisze, że tę tyrańską ideologię trzeba odrzucić. Podkreślam: to autorka lewicowa, aktywnie niewierząca, proaborcyjna itd. Nie ma nic wspólnego z żadnym Kościołem. Jej motywacje nie mają nic wspólnego z religią ani prawem naturalnym. I dlatego przywołuję właśnie jej opinię. Naprawdę to nie jest "katolicki obraz świata, jak zwykle przesadzony i histerycznie reagujący na współczesność".

Po co o tym pisać? Bo niezależnie od prawa stanowionego z odpryskami tej ideologii mamy do czynienia na co dzień. I musimy umieć podjąć z nią dyskusję. Na każdym poziomie, tym antropologiczno-filozoficznym i tym codziennym, gdy wybierać będzie chciało nasze dziecko. Nie pomoże tutaj mówienie: biologia cię ogranicza i definiuje. Bo dziś już ograniczać nie musi. Definiować też nie. Chyba że ktoś tę definicję zaakceptuje, a w ograniczeniach zobaczy skarb.

Pytanie brzmi: jak warto żyć, by być szczęśliwym? Dlaczego lepiej być sobą, niż kimś innym, o kim mówią, że osiągnął sukces? Dlaczego warto wchodzić wgłąb rzeczywistości zamiast jej tylko próbować? Dlaczego mam brać pod uwagę konsekwencje, których mogę uniknąć?

Tylko odpowiadając na te pytania – słowem i życiem - możemy zwyciężyć ideologię wyboru.

«« | « | 1 | » | »»

TAGI| KOŚCIÓŁ

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg