Mistrz Jedi mówi „Zdrowaś, Maryjo”

Zanim jako Obi Wan wyratował z opresji księżniczkę Leię, sam został uratowany. Pomocy doświadczył w Kościele, którego… nie znosił.

Ta historia nie zapowiadała się dobrze. W niczym nie przypominała efektownego happy endu rodem z Hollywoodu, z niebem skrzącym się sztucznymi ogniami oraz nieodłącznym „i żyli długo i szczęśliwie”.

Alec Guinness był bękartem. Urodził się w 1914 roku w ubogiej rodzinie „z problemami”. Nigdy nie poznał ojca. Zaledwie domyślał się, kto mógł nim być. A to – wierzcie mi – nie ułatwiło mu wejścia w dorosłe życie. Co musiało się wydarzyć i jak wiele rzeczy musiało ulec przewartościowaniu, skoro po latach George Lucas, amerykański reżyser, producent i scenarzysta, zatrudniając go do roli w „Gwiezdnych wojnach”, wyjaśniał: „Wziąłem Guinnessa, bo szukałem kogoś, kto jest jednocześnie uosobieniem siły i łagodności; spokoju, zaufania, autorytetu i mocy”.

Kim był Obi Wan Kenobi? Rycerzem, a następnie mistrzem Jedi. Zazwyczaj posługiwał się niebieskim mieczem świetlnym. Był pierwszym nauczycielem Anakina Skywalkera (przyszłego Dartha Vadera).

Jak płachta na byka

Alec wychował się jako anglikanin (będąc młodym chłopcem, myślał nawet przez chwilę o tym, by zostać anglikańskim księdzem), ale później, jak sam opowiadał, „stracił wiarę”. Zaczął szukać sensu życia w wielu różnych ideologiach, filozofiach i religiach (fascynował się marksizmem, buddyzmem).

W 1938 roku ożenił się z aktorką Merulą Salaman, dwa lata później na świat przyszedł ich syn Matthew. Podczas II wojny światowej służył w Royal Navy.

Został okrzyknięty przez krytyków jednym z największych aktorów XX wieku. Zasłynął rolami w adaptacjach powieści Dickensa i sztuk Szekspira, a także w takich filmach jak „Szlachectwo zobowiązuje” i „Jak zabić starszą panią?”. Za rolę podpułkownika Nicholsona w słynnym „Moście na rzece Kwai” otrzymał Oscara.

Nie lubił katolików, nigdy tego nie ukrywał. Przyjaciele nieraz słyszeli jego kąśliwe uwagi skierowane pod adresem Watykanu.

Zanim niezmordowany ojciec Mateusz (Artur Żmijewski) w pocie czoła zaczął pedałować po sandomierskiej starówce w poszukiwaniu rodaków, którzy żyją na bakier z prawem, jego wielki poprzednik, ks. Brown, rozwiązał już setki mrożących krew w żyłach kryminalnych zagadek. W czasie jednej z filmowych adaptacji rozchwytywanej książki Gilberta Keitha Chestertona w rolę Sherlocka Holmesa w sutannie wcielił się Alec Guinness. Sam autor kryminalnych historii o ks. Brownie przeszedł na katolicyzm w 1922 roku, a fakt ten porównywano z samą konwersją kard. Newmana.

Był rok 1954. Guinness grał rolę tytułową, więc w czasie zdjęć, które kręcono we Francji, musiał założyć sutannę – szatę, której dotąd, nie ukrywajmy, nie darzył większym szacunkiem. Ruszając na plan filmowy, nie przypuszczał, że jedno niepozorne zdarzenie będzie miało ogromny wpływ na jego życie duchowe i wszelkie wybory, jakich później dokona.

W przerwie między nagraniami Guinness wybrał się na spacer po niewielkim francuskim miasteczku. Nie ściągnął sutanny. Gdy przechodził obok pewnego domu, mieszkający tam chłopiec wybiegł, złapał go z pełnym zaufaniem za rękę i zaczął coś z przejęciem opowiadać. Wziął aktora za prawdziwego księdza. „Au revoir, mon père!” – zawołał chłopiec na zakończenie spaceru. Guinness wrócił do hotelu i – jak wspomina – nie mógł opędzić się od myśli, że to niepozorne zdarzenie, ta impresja, krótki błysk, jest czymś w rodzaju odgórnego komunikatu.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg