Żeby Polska była w kinie

Kto by pomyślał, że obecnie powstaje tak wiele filmów dokumentalnych o naszej najnowszej historii? Festiwal „Niepokorni Niezłomni Wyklęci” dowodzi, że Polacy są głodni prawdy o własnych dziejach.

Jak opowiadać o współczesnej historii Polski? Jak ją pokazać, żeby stała się atrakcyjna dla młodych ludzi? Jakie postaci i wydarzenia z niej wydobyć, by skutecznie uczyć patriotyzmu? Na te i wiele innych pytań próbowali odpowiedzieć goście Festiwalu „Niepokorni Niezłomni Wyklęci”, który już po raz ósmy odbywał się w Gdyni.

Od ofiar do morderców

Nowa sytuacja polityczna okazała się dla imprezy sprzyjającą okolicznością. Udało się pozyskać strategicznych sponsorów i zamienić niszową niegdyś imprezę w ogromne przedsięwzięcie. Przez cztery dni równolegle w kilku miejscach odbywały się pokazy filmów, dyskusje, koncerty, wystawy, promocje książek, a nawet inspirowany historią pokaz mody.

Najważniejsze jednak było kino. Wrażenie robiła już sama liczba filmów dotyczących lat 1939–1989, które można było obejrzeć w Gdyńskim Centrum Filmowym. Uzmysławiała, że zainteresowanie współczesną historią Polski nie jest wcale zjawiskiem niszowym, ale możemy nawet mówić tutaj o pewnej modzie. Świadczyła o niej także wysoka frekwencja podczas większości pokazów. – Uważam, że bitwa o Polskę i jej rozpoznawalność poza naszymi granicami odbędzie się na polu popkultury – przekonywał Lech Makowiecki, który na festiwalu śpiewał z zespołem Zayazd patriotyczne pieśni w stylu country. – W Szkocji prawdziwą rewolucję zrobił film „Braveheart”. To właśnie po jego obejrzeniu Szkoci zarządzili referendum w sprawie wyjścia z Wielkiej Brytanii.

Jeden z paneli dyskusyjnych poświęcony był właśnie przekazywaniu naszej historii odbiorcom z innych krajów. Już na początku dyskusji atmosferę podgrzał prowadzący – reżyser Maciej Pawlicki. Przypominając skandaliczną wypowiedź Baracka Obamy o „polskich obozach śmierci”, postawił dość szokującą tezę: – To nie jest tak, że w oczach Amerykanów nie jesteśmy aż tak piękni, jak sobie wyobrażamy. My dla nich jesteśmy mordercami, sprawcami Holokaustu.

Komunizm upadł bez nas

Mieszkająca na co dzień w USA Anna Peck, która badała amerykańskie podręczniki pod kątem obecności w nich polskich wątków, mówiła, że użycie takiego określenia przez prezydenta Stanów Zjednoczonych nie jest niczym dziwnym, bo ono funkcjonuje w amerykańskiej debacie publicznej. – Nie mówi się tam o ruchu oporu w Polsce, więc ludzie nie uzmysławiają sobie, że byliśmy ofiarami – tłumaczyła. – Myślę, że powinniśmy także silniej promować wkład „Solidarności” w upadek komunizmu w Europie. Już teraz przy omówieniach tego tematu jako główny przywódca przedstawiany jest nie Lech Wałęsa, tylko Václav Havel, a kluczowym wydarzeniem okazuje się zburzenie muru berlińskiego.

Dyskutanci mówili o własnych udanych próbach wypełniania białych plam i odkłamywania naszej historii za granicą. Filmowiec Wojciech Sawa, autor wystawy „Ściana mówi – głosy niesłyszane”, prezentowanej podczas festiwalu, opowiadał, że pokazał swoją ekspozycję w Muzeum Holokaustu na Florydzie: – W USA obecność wystawy w tym miejscu jest najlepszą legitymizacją – przekonywał. – W ten sposób wszyscy mogli przekonać się, że nie szkaluje ona Żydów, a jednocześnie udało się dotrzeć do Amerykanów z przekazem, że Polacy byli ofiarami II wojny światowej. Jeśli chcemy przekonać do siebie inne narody, nie możemy być zacietrzewieni. Trzeba szukać wartości ogólnoludzkich, wokół których będziemy budować nasz przekaz.

Dla masowej wyobraźni

– Istotne jest dopasowanie przekazu do odbiorcy – podkreślał Paweł Ukielski z Muzeum Powstania Warszawskiego, które stało się symbolem sukcesu w opowiadaniu o dziejach Polski. – Na przykład w Niemczech słowo „patriotyzm” jest podejrzane. Leży blisko nacjonalizmu i szowinizmu, dlatego trzeba tam tłumaczyć naszą tradycję, posługując się raczej kategoriami z dziedziny społeczeństwa obywatelskiego. Nam, przy okazji wystawy o powstaniu warszawskim w Berlinie, udało się powiedzieć o zbrodniach niemieckich, a nie tylko „nazistowskich”, co w tym miejscu nie zdarza się zbyt często.

Jednak najgorętsze dyskusje na festiwalu dotyczyły kina. W panelu „Jak pokazywać historię na dużym ekranie” prezes TVP Jacek Kurski zastanawiał się, jak to jest możliwe, że tak wybitny obraz jak „Wołyń” został na Festiwalu Filmów Fabularnych w Gdyni niemal całkowicie zignorowany przez jurorów.

– Moją ambicją jest, żeby nasze kino historyczne było kinem masowej wyobraźni – deklarował prezes Kurski. Na dowód tego, że telewizja podjęła już pewne kroki w tym kierunku, przedstawiono czterominutowy trailer serialu „Wyklęci”, który powinien pojawić się na szklanych ekranach jesienią przyszłego roku. Trailer faktycznie wyglądał efektownie, jednak trudno coś więcej powiedzieć o serialu, który nie ma jeszcze nawet scenariusza.

Kino do odbudowy

Filmowcy biorący udział w dyskusji podkreślali, że nawet najbardziej fascynująca biografia nie jest nigdy gotowym materiałem na scenariusz, z kolei znakomity scenariusz nie gwarantuje jeszcze wcale dobrego filmu. Stworzenie obrazu na światowym poziomie wymaga bowiem przemysłu filmowego z prawdziwego zdarzenia, a nie, jak to określił scenarzysta Jarosław Sokół, „manufaktury”, z którą mamy do czynienia w Polsce. – Nasz filmowy przemysł wymaga odbudowy – przekonywał reżyser i producent Robert Kaczmarek. – Jeśli Wojciech Smarzowski musiał robić zbiórki publiczne, żeby zgromadzić środki na swój film, to trudno to nazwać przemysłem.

Minister kultury Piotr Gliński zapewniał uczestników dyskusji o działaniach, które już zostały podjęte w celu naprawy tej sytuacji: o rozpisanym konkursie na film historyczny, na który wpłynęły aż 854 projekty, a także o przygotowywanej ustawie o zachętach podatkowych dla producentów filmowych. – Mam plany trochę głębszej reformy polskiego kina, ale na pewno nie będę jej robił wbrew wszystkim – zapewnił. – Tu potrzebna jest współpraca większości środowiska filmowego.

O ile jednak podczas festiwalu podkreślano niedostatki fabularnego kina historycznego w Polsce, o tyle cała impreza dowiodła, że nasz film dokumentalny ma się całkiem dobrze. Mimo że w konkursie startowały często obrazy zrealizowane skromnymi środkami, to jednak oddziaływały na widza mocą opowiadanej historii. Rozrzut tematyczny był duży, choć tym razem przeważały obrazy dotyczące II wojny światowej i czasu, który nastąpił tuż po niej. Cenne jest to, że wielu twórców postanowiło wydobyć z ukrycia historie bohaterów mniej lub bardziej zapomnianych. Tak było chociażby w przypadku nagrodzonego Złotym Opornikiem filmu „Hieronim Bednarski. Wyklęty z czerwonej wsi” w reżyserii Henryka Jureckiego.

Nazywali nas bandytami

Było także podczas festiwalu sporo pokazów specjalnych. Na szczególną uwagę zasługuje dokument Beaty Januchty „Bitwa Wrocławska”, ukazujący największą w stanie wojennym manifestację, w której wzięło udział ok. 50 tys. osób. Były wówczas ofiary śmiertelne – ich dokładna liczba nie jest jednak znana. Bohater filmu, Waldemar Kras, który jako nastolatek brał udział we wrocławskich wydarzeniach i sporządzał z nich szczegółowe notatki, po latach przeprowadza prywatne śledztwo w tej sprawie. Dociera do świadków i bada m.in. dokumenty przechowywane w IPN. Wprawdzie znakomity pomysł na film trochę psują sztucznie „doklejone” komputerowe animacje (być może to ukłon w stronę młodego widza, ale zupełnie niepotrzebny przy takiej ilości arcyciekawego materiału), a całość mogłaby mieć nieco większe tempo, ale i tak autorce udało się pokazać ważny fragment współczesnej historii Polski, w którym nadal wiele faktów domaga się wyjaśnienia.

Właśnie wypełnianie białych plam na mapie naszych dziejów wydaje się największą zaletą Festiwalu „Niepokorni Niezłomni Wyklęci”. Tym, co dodatkowo wyróżnia tę imprezę, jest możliwość spotkania na żywo prawdziwych bohaterów. Kiedy na gali zamykającej festiwal odbierali statuetki i odznaczenia, wielu z nich miało łzy w oczach, bo wreszcie doczekali się Polski, o którą walczyli. – Byliśmy naprawdę wyklęci, nazywali nas bandytami – mówili. Wzruszenie udzieliło się także publiczności, która nagradzała ich owacjami na stojąco, podobnie jak muzyków wykonujących znakomity program do fragmentów „Pamiętnika z powstania warszawskiego” Mirona Białoszewskiego. Katarzyna Groniec, Adam Nowak, Leszek Możdżer i kompozytor Mateusz Pospieszalski, wraz z zespołem i chórem, nadali uroczystości najwyższy poziom artystyczny. Spotkanie z bohaterami naszej historii zyskało godną oprawę. •

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg