Apokalipsa na Kresach

„Wołyń” Wojciecha Smarzowskiego to film nie tylko rzezi wołyńskiej. To coś znacznie więcej. To film o końcu kresowego świata.

Temat epicki. Takie jest również jego przedstawienie.

Bohaterów poznajemy na kresowym weselu. Pełnym obrzędów, świętowanym we wspólnocie. Córka polskiego chłopa wychodzi za Ukraińca. W powietrzu wisi jednak przemoc. Obecna jest w obrzędach, ale również w rozmowach, skargach, frazeologii („Polak Pan, Ukrainiec – cham”). Te obrzędy wrócą w formie wynaturzonej. Już na weselu, gdy w pijanym widzie, rodzi się przemoc.

Bo jest to cecha tego filmu, świetnie pasująca do jego epickiego charakteru. Rzeź zostaje umieszczona w kontekście historycznym. Po pierwsze: kresowych konfliktów, po drugie: wojny.

Wojny, która z przemocą oswaja, rodzi ją, pozwala na nią. Uruchamia także nadzieje autochtonów na niepodległość, ale przede wszystkim sprawiedliwość.

Jednak kolejne zabójstwa, deportacje powroty, ukrywanie dobroci (bo jest niebezpieczna, niewybaczalna, grozi za nią śmierć) wyjaławiają świat z ludzkich uczuć (pomoc sąsiadom jest głupotą). Siłą i przystąpieniem do zwycięzców można zdobyć wszystko.

Przemiana, dorastanie do czasów, w których przyszło żyć głównej bohaterce zostaje pokazana również (bo nie tylko) przez zmianę jej podejścia do mężczyzn. Od romantycznej, pierwszej, miłości po szukanie obrońcy, bezpieczeństwa - bez nadziei na uczucie.

Ewoluuje świat przedstawiony. Sąsiedzką pomoc zastępują kradzieże, coraz brutalniejsza przemoc i strach. Dobroć zmienia się w interes. Nawołującego do zgody księdza (pojawia się w filmie również podobny pop), zastępuje nienawistny duchowny prawosławny. Stosunki rodzinne przechodzą w konieczność zabijania. Niesprawiedliwy polski sołtys zostaje zastąpiony nawołującymi do zbrodni przywódcami ideologicznymi i narodowymi. Stare nie było czyste, nowe jest niszczycielskie.

Każdy człowiek staje się zagrożeniem, niepewnością, potencjalnym niszczycielem, nosicielem brutalnej przemocy. Świat przedstawiony przyjmuje znamiona swojego odpowiednika we współczesnym horrorze, w którym w każdej chwili może wybuchnąć brutalność, niepohamowana przemoc biegnąca w każdą stronę. Tak dzieje się w tym obrazie.

W finale świat, który widzieliśmy na początku (który nie był sielanką) zmienia się w piekło, mowa - w milczenie, a domostwa - w zgliszcza. Świat ten zostaje unicestwiony. I nikt nie jest bez winy.

I tu jest chyba filmu największa wada. Epickość i szerokość ukazania tematu była niezbędna. Konieczna, by wydarzenia pokazać sprawiedliwie i by film nie padł – jak wtedy Ukraina – łupem narodowych ideologów (w jakim świecie żyjemy, że tworzący dzieło artysta myśleć o tym musi, starań dokładać, a – jak wiem z lektury samych okładek niektórych czasopism, wcale się o nie udało). Jednak w filmie niezbędni są bohaterowie. Postaci, których losem będziemy żyli. Tymczasem główna bohaterka - pewna wątpliwości - wydaje się być przeładowana pozytywnymi cechami.

Dodatkowo w finale tego obrazu bohaterka ta „gubi się”, przestaje być ważna. Ostatni fragment filmu wydaje się zbędny, doczepiony na siłę. Jakby tylko po to, by reżyser mógł zakończyć film w tak charakterystyczny dla siebie sposób.

„Wołyń” ma więc swoje wady i zalety. Jest to jednak może pierwszy zrealizowany z epickim rozmachem horror.

«« | « | 1 | » | »»
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.