Sekrety i kłamstwa

Trzy nagrody na festiwalu w Cannes (w tym ta najważniejsza, Złota Palma). Do tego pięć nominacji do Oscarów, Złote Globy, BAFTY…

Nagrody i nominacje, jakimi obsypano ten film można by wymieniać bardzo długo. Kiedy jednak zaczynamy go oglądać, zdumiewa przede wszystkim jego forma. Przecież to zwykły, obyczajowy film. Niemalże ciesząca się fatalną reputacją telenowela. Cóż, „nie oceniaj filmu po gatunku”, pozory bowiem mylą.

Reżyser Mike Leigh wraz z Kenem Loach’em od dekad uchodzą za mistrzów brytyjskiego kina społecznego. Niezwykła wrażliwość obu tych twórców na problemy niższych warstw społecznych to najbardziej rozpoznawalna cecha ich kina. Ale nie jedyna.

Jak pisał Tadeusz Sobolewski w książce „Kino swoimi słowami”: „Wielkim tematem Mike’a Leigh jest nieumiejętność życia, błędne koło uczuć, lęk przed odrzuceniem i wysiłek przełamywania obcości, samotności, nieuniknionej także w rodzinie”. I to właśnie rodzina jest głównym bohaterem „Sekretów i kłamstw” z 1996 roku.

Czarnoskóra Hortense od lat wiedziała, że jest adoptowana, ale dopiero po śmierci wychowującej ją kobiety, postanawia odszukać swoją biologiczną matkę, Cynthię. Cynthia nie bardzo radzi sobie w życiu. Nie najlepiej dogaduje się ze swoją drugą córką, Roxanne, by o relacjach z bratem i bratową nie wspomnieć. Rozpacz, apatia, alkohol… - właściwie żyje tylko i wyłącznie tym. Niespodziewane pojawienie się Hortense, początkowo szokuje ją, ale z czasem między matką i córką zacznie rodzić się niezwykła więź, która pomoże Cynthii stanąć na nogi, a i relacje z innym członkami rodziny ulegną zdecydowanej poprawie.

Zanim jednak do tego dojdzie, nastąpi wielka rodzinna awantura, wygarnięcie sobie tytułowych - skrywanych przez lata – sekretów i kłamstw. Katharsis? Bez wątpienia. Finałowa scena  to popis realizatorski Mike’a Leigh.

Ale przecież i wcześniej oglądamy inną, może nawet jeszcze genialniejszą scenę (pierwsze spotkanie Hortense i Cynthii). Przez kilka minut, w jednym, nieruchomym kadrze, widzimy matkę i córkę, siedzące w barze. Antykino – ktoś mógłby powiedzieć. Zero efekciarstwa, montażu, żadnego ruchu kamery… A jednak to jedna z najbardziej poruszających scen w historii kina.

Kunszt aktorski Brendy Blethyn (nagrodzonej zresztą za rolę Cyntii Złotą Palmą), to coś nieprawdopodobnego. Emocje jakie pokazuje w tamtym momencie (śmiejąc się, trzęsąc ze strachu i płacząc na przemian) to wyczyn, który nieczęsto ogląda się kinie. Wyczyn, który koniecznie trzeba zobaczyć.

*

Tekst z cyklu Filmy wszech czasów

«« | « | 1 | » | »»
Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Więcej nowości