Artysta kompletny

110 lat temu zmarł Stanisław Wyspiański, a narodził się czwarty wieszcz.

Krakowski „Czas” w wieczornym wydaniu z 2 grudnia 1907 r. pisał: „Jak cichym był w życiu codziennem i rodzinnem, tak cichy miał pogrzeb, którego uroczysty nastrój podniósł jeszcze spiżowy dzwon Zygmunta, w chwili gdy kondukt zbliżał się pod stoki Wawelu”. Pogrzeb Stanisława Wyspiańskiego był cichy, ale spektakularny. Pełna asysta duchowieństwa, 100 świec płonących przed ołtarzem Wita Stwosza, 14 chorągwi cechowych, delegacje wsi podkrakowskich, młodzież szkolna niosąca 400 smolnych pochodni. Kondukt w kierunku Skałki liczył ponad 40 tys. osób, a cały Kraków zamieszkiwało wówczas około 100 tys. dusz. Wyspiańskiego żegnano jak czwartego wieszcza, choć za życia (a na pewno do wystawienia „Wesela”) jego twórczość nie cieszyła się zbyt wielkim uznaniem. Niezrozumiałe dla współczesnych mu dramaty wydawał własnym sumptem, „dziwnych” obrazów nie chciano wystawiać, a większość witraży pozostała w formie projektów. Żył w biedzie i niezgodzie ze światem, wadząc się nieustannie nawet z najbliższymi. A jednak 110 lat po śmierci Wyspiańskiego nikt nie ma wątpliwości, że był geniuszem.

„Dopóki starczy życia”

Obrazy, grafiki, witraże, szkice do polichromii, projekty rozwiązań architektonicznych, meble, stroje, edytorskie arcydzieła, teksty dramatyczne i poetyckie. Być może byli w XX wieku lepsi malarze, pisarze, edytorzy, projektanci – ale tylko on połączył te wszystkie talenty.

Gdy umierał, miał zaledwie 38 lat. Żył z wyrokiem śmierci, więc wszystko, co stworzył, ma w sobie jakieś piętno pośpiechu. Wiele dzieł jest niedokończonych, ileż pozostało w fazie projektów, planów, wizji… „Dopóki starczy życia” – tytuł wydanej właśnie biografii artysty, pióra Moniki Śliwińskiej, wydaje się również mottem Wyspiańskiego, który przez ostatnie lata życia starał się nie zmarnować ani dnia. Choć obracał się w środowisku krakowskiej moderny, był człowiekiem osobnym. W słynnej cukierni Jana Michalika bywał, ale popołudniami, by samotnie przeglądać gazety. Tylko najbliżsi znajomi mogli mu tę samotność zakłócać, i to wyłącznie pojedynczo.

Demon pychy

Na pewno nie był człowiekiem łatwym we współżyciu. Miał grono oddanych przyjaciół, ale ze wszystkimi zdążył się za życia poróżnić. Józef Mehoffer, Tadeusz Stryjeński, Lucjan Rydel – każdy zostawił po tych waśniach ślad w swoich listach i wspomnieniach. Ale co ciekawe, wszyscy oni geniuszem usprawiedliwiali raptusa i choleryka. Nie znosił oporu. „Nie wiedział, co to znaczy »nie można«, gdy o wykonanie jego artystycznych zamiarów i poczynań chodziło, stawał się bezwzględny. Gotów był wszystko poświęcić, byleby tylko postawić na swoim” – oceniał kolegę z redakcji „Życia” Stanisław Przybyszewski. Miał duże poczucie własnej wartości i bardzo źle znosił krytykę. Starał się czytać wszystko, co o nim pisano, i mocno przeżywał oceny, które brały się z całkowitego niezrozumienia jego twórczości. A z tym mieli problemy nawet (zwłaszcza!) ówcześni krakowscy arbitrzy elegancji.

Ogromną popularnością cieszył się anonimowo wydany pamflet „Czyściec Słowackiego”, w którym autor „Kordiana” za pokutę dostaje… czytanie utworów Wyspiańskiego. „A kiedy Wyzwolenie (Najcięższe udręczenie)/ Od deski przeczytałeś do deski/ Wtedy Ojciec Niebieski/ Tak rzekł do aniołów/ leć tam do czyśćca który/ Sprowadź go tu do góry/ Spełnione win zadość uczynienie/ Skończone już cierpienie”. Dopiero w 1922 r. ujawniono, że autorem tego żartu literackiego był hrabia Stanisław Tarnowski, przywódca krakowskich konserwatystów.

Ostali się tylko franciszkanie

Prawda jest jednak taka, że najwyższą cenę za swój nonkonformizm artysta płacił sam. Nie był bowiem w stanie zaakceptować żadnych uwag do zamawianych u siebie prac, co najczęściej kończyło się ich odrzuceniem. I nieważne, czy chodziło o ilustracje do „Iliady”, czy o witraże do najważniejszych polskich świątyń. Najbardziej spektakularnym przykładem takiej sytuacji było zamówienie, jakie Wyspiański otrzymał na ozdobienie katedry we Lwowie. Z tej okazji powstały dwa słynne kartony witrażowe „Śluby Jana Kazimierza” i „Polonia”. Można je oglądać na krakowskiej wystawie, ale nie tam, gdzie być powinny, bo projekt Wyspiańskiego został odrzucony. Poszło o detale i w 1898 r. lwowska rada miejska rozpisała nowy konkurs.

Podobny los spotkał wykonane w 1900 r. witraże do katedry wawelskiej, przedstawiające św. Stanisława, Kazimierza Wielkiego i Henryka Pobożnego. Godnej ekspozycji dzieła te doczekały się dopiero… 2 czerwca 2007 roku. Otwarto specjalny Pawilon Wyspiańskiego, nieopodal bazyliki oo. franciszkanów, jedynej świątyni, którą artyście udało się ozdobić, choć nie bez wieloletnich zatargów. Zaprojektował i częściowo wykonał tu polichromię złożoną z motywów kwiatowych, heraldycznych i geometrycznych, a przede wszystkim słynne witraże: bł. Salomei i św. Franciszka oraz Boga Ojca „Stań się”. Osadzenie tego najsłynniejszego chyba dzieła mógł obserwować osobiście, 3 lata przed śmiercią.

Najpilniejszy członek rady

Przez całe życie cierpiał na brak pieniędzy, co pogłębiało jego depresję. Był zbyt dumny, by przyjmować zapomogi, więc gdy już bardzo chorował, przyjaciele uciekali się do podstępów, takich jak zamówienie u niego pejzażu z francuskiej Riwiery (by „przy okazji” się tam podleczył) albo zorganizowanie przez Lucjana Rydla loterii fantowej w Zakopanem, w której uczestniczyli m.in. Leon Wyczółkowski i Henryk Sienkiewicz.

Co ciekawe, mimo trudnego charakteru i słabego zdrowia Wyspiański gorliwie poświęcał się w służbie publicznej. Za życia Kraków nie obszedł się z nim dobrze, za to on z oddaniem służył miastu, także jako radny. Chęć kandydowania zgłosił sam i nie zrobił tego dla zaszczytów. Józef Skąpski wspomina: „Należał do najpilniejszych członków rady, nie opuścił żadnego posiedzenia, należał do paru sekcji, wizytował szkoły miejskie”. Aktywny był też w licznych stowarzyszeniach, radach i komitetach. Królewskie kartony witrażowe ofiarował Muzeum Narodowemu, marzył też, by kierować miejskim teatrem. Startował nawet w konkursie, ale przegrał z Ludwikiem Solskim.

Julian Nowak, przyjaciel i lekarz Wyspiańskiego, potwierdza, że był on głęboko pobożny. Uczęszczał regularnie na Msze, nie opuszczał procesji, lubił emausowe odpusty na Zwierzyńcu (zaprojektował strój Lajkonika). Zawsze w dzień św. Stanisława widywano go na Skałce, gdzie ostatecznie spoczął. Mocna wiara przebija jednak przede wszystkim z jego twórczości: uduchowionej, mistycznej, często na granicy zrozumiałości. Ale potrafił też pisać prosto i przejmująco, jak w liście do Adama Chmiela, gdy wierszem odpowiadał na pytanie o zdrowie: „Ach któryż jestem żywy, czy ten co leci wzwyż/ czy ten co zmarł szczęśliwy, ściskając w dłoni krzyż?”.

Rodzina jedyną ostoją

Już jako uznany twórca zdecydował się poślubić Teodorę Pytko, która służyła u jego wujostwa. Jeszcze przed ślubem urodziły się ich dzieci: córka Helena i syn Mieczysław. To małżeństwo najpierw uznano za szlachetny gest wobec prostej kobiety, potem za najdziwniejszy związek w Krakowie. Teodora miała fatalną opinię, ale Wyspiański nic sobie z tego nie robił. Kotarbiński przyznaje, że „dom rodzinny był dla Stanisława jedyną ostoją wśród kontrastów i chaosu życia”.

Artysta gwałtowny i despotyczny dla przyjaciół, niepokorny wobec wielkich tego świata, był zarazem całkowicie oddany żonie i dzieciom. Z tej miłości zrodziły się jego najpiękniejsze wiersze i pełne czułości pastele. We wspomnieniach Heleny, Mieczysława i Stanisława, najmłodszego z synów, ich ojciec jawi się jako zupełnie inny człowiek. Łagodny, serdeczny, czasem wręcz szalony w okazywaniu uczuć.

Trochę podobne były jego emocje wobec ojczyzny. Wszyscy wiedzieli, że to jego czuły punkt. Gdy w gronie przyjaciół grano „Boże, coś Polskę”, potrafił publicznie się rozpłakać, a intratne zlecenie dotyczące wystroju Izby Przemysłowo-Handlowej w Krakowie porzucił z jednego powodu: w centralnym punkcie sali miał pojawić się portret miłościwie wówczas panującego cesarza Franciszka Józefa.•

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.