Wielki mały człowiek

Mieszkanie Jana Matejki w domu przy Floriańskiej 41 w Krakowie wygląda jak za życia artysty. Zachowały się nawet jego okulary z grubymi szkłami, bo ten geniusz malarstwa miał słaby wzrok.

Na początku marca tego roku ekspozycja Domu Matejki, będącego oddziałem Muzeum Narodowego, została zaaranżowana według scenariusza, jaki był na początku. W tym roku jest kilka powodów, żeby wspominać artystę: 120. rocznica otwarcia tej właśnie wystawy, 180. urodzin malarza i 125 lat od jego śmierci.

Dom Matejki to pierwsze muzeum biograficzne, jakie powstało na ziemiach polskich. Dziś można w nim oglądać nie tylko kolebkę, w której autor „Stańczyka” leżał po urodzeniu, jego łoże śmierci, ale i przedmioty, wśród których żył. Dostępne do zwiedzania są też pracownia, obrazy i bezcenne zbiory, bo malarz był kolekcjonerem i antykwariuszem. Dzień po pogrzebie artysty w krakowskim „Czasie” ukazał się list Mariana Sokołowskiego, przekonujący o konieczności stworzenia miejsca pamięci o zmarłym: „Urbino ma dom Rafaela, Florencja – Michała Anioła, Norymberga – Albrechta Dürera” – pisał w nim. Pięć lat później z pieniędzy Sejmu, Rady Państwa, rad miast, m.in. Krakowa i Lwowa, oraz prywatnych datków powstała ta wyjątkowa ekspozycja. – Po otwarciu zwiedzający sypialnię artysty wręcz żądali, żeby koło łóżka, na którym zmarł, nieustannie paliła się świeca – opowiada Marta Kłak-Ambrożkiewicz, kustosz wystawy, od 22 lat zajmująca się Matejką. – To było dla nich prawie miejsce kultu.

Miał duszę

– Matejko niepotrzebnie został zaszufladkowany – komentuje jego twórczość Marta Kłak-Ambrożkiewicz. – Od dzieciństwa deklarował, że będzie się zajmował ilustrowaniem polskiej historii. Jego kolega Izydor Jabłoński we wspomnieniu pisze, że jako chłopiec narzucił sobie taką misję. Pierwszy obraz, który sprzedał jako 17-latek, jest właśnie historyczny i nosi nazwę: „Carowie szujscy na sejmie warszawskim”. Na wystawie można oglądać owoce na talerzu, które namalował jako nastolatek, ale malowanie martwych natur uznawał za stratę czasu. Na archiwalnych portretach autora „Hołdu pruskiego”, z których w muzeum zrobiono naścienną fotografię, widać, że był niewysoki. Miał niewiele ponad półtora metra wzrostu. Przy wejściu do salonu wyeksponowano płótno przedstawiające wizytę cesarza Franciszka Józefa w domu przy Floriańskiej. Zdecydowanie wyżsi od Matejki są cesarz i żona artysty – Teodora. Nie ograniczał go wzrost, delikatna budowa ani słaby wzrok. Stworzył ogromne dzieła, świadczące o sile talentu i pracowitości. – Spod jego ręki wyszło kilkanaście tysięcy rysunków, 322 obrazy olejne, w tym 107 portretów – wylicza pani kustosz. Podkreśla, że każdy stworzony przez niego portret jest wyjątkowy, bo pokazuje tajemnicę wnętrza portretowanego. Zaprojektował też polichromię kościoła Mariackiego i dwa cykle polichromii „Dzieje cywilizacji w Polsce”, przechowywane obecnie na Zamku Królewskim w Warszawie. Jego dziełem jest „Poczet królów polskich”, czyli wizerunki 44 władców. – Z korespondencji z przyjaciółmi wynika, że nie dawała mu spokoju myśl, czym jest dar, który otrzymał od Boga, i co ma robić, żeby go nie zmarnować – opowiada Marta Kłak-Ambrożkiewicz. Bardzo dbał o rozwój swojego życia duchowego. Nie rozstawał się z książką „O naśladowaniu Chrystusa” św. Tomasza à Kempis. Doktor Adolf Sternschuss – autor wznowionego przewodnika po muzeum, wydanego w 1898 r. przez Bibliotekę Krakowską – zapisał to tak: „Miał duszę i ludzką duszę umiał oddawać w jej niezliczonych zjawiskach i rodzajach uczuć, cierpień, popędów”.

„Odsiecz” dla papieża

Dom Matejki należał do rodziców Joanny Rossberg, zacnych obywateli i rzemieślników krakowskich. W 1826 r. w tę rodzinę wżenił się ojciec malarza – Franciszek, który przyjechał do Krakowa z Hradec Králové. Jan Matejko po śmierci rodziców wykupił budynek od rodzeństwa i przebudował go. Obecny wygląd domu nie zmienił się od tamtego czasu. To tu malarz urodził się 24 czerwca 1838 r. i przeżył 55 lat, z przerwami na wyjazdy na stypendia, wystawy i podróże. Zmarł 1 listopada 1893 r. na skutek krwotoku wynikłego z perforacji zniszczonych wrzodami ścian żołądka. Zachowało się pamiętające tę chwilę łóżko w sypialni, tzw. pokoju pod gwiazdami, ze sklepieniem jak w kościele, a nie kamienicy. Przy łóżku na szafce stała pasyjka, a nad nią wisiał obraz Matki Bożej Ostrobramskiej.

Warto obejrzeć też wyeksponowany w gablotach letni kapelusz Matejki, jego laseczkę i czarne buty. Patrzy na nas z kilku autoportretów pochodzących z różnych okresów życia. Panie zwiedzające wystawę zatrzymują się przed młodzieńczym, ustawionym na sztalugach w salonie, i komentują: jaki był przystojny! W salonie brak właściciela, ale przedmioty przywołują jego obecność – politurowane na czarno meble w stylu weneckiego renesansu, ozdobnie rzeźbione szafki, stoły, kanapa, lustro, krzesło weneckie, stoliczek turecki ośmiokątny, przy którym pod koniec życia co wieczór rozgrywał partyjkę szachów. Wśród odznaczeń, którymi został uhonorowany, znajduje się medal od papieża Leona XIII. – Otrzymał go za orędownictwo dyplomatyczne w sprawie polskiej – opowiada Marta Kłak-Ambrożkiewicz. – Był niezwykłym ambasadorem-malarzem. Wiedział, że nie wszystko da się wywalczyć bronią, i działał na rzecz ojczyzny w swojej dyscyplinie. W 1883 r. maluje „Odsiecz wiedeńską”, jak wszyscy sądzili – dla rodaków. Jednak po jej ukończeniu w wynajętej przez siebie w Wiedniu sali eksponuje dzieło przez miesiąc. Wiedeńczycy od rana do wieczora za darmo oglądają płótno, przypominając sobie to wiekopomne wydarzenie. Potem, w tajemnicy przed rodziną i przyjaciółmi, udaje się do Lwowa na posiedzenie galicyjskiego Sejmu, gdzie ogłasza, że daruje obraz Watykanowi. Mimo ostrego sprzeciwu zebranych stawia na swoim i jedzie do papieża. Do historii przeszedł moment, kiedy Ojciec Święty błogosławi nie tylko artyście, ale całej Polsce, której wtedy nie było na mapie. „Odsiecz wiedeńska” znajduje się w Muzeach Watykańskich i jest najczęściej oglądanym dziełem artysty.

Miłość do Polski

Przez 20 lat pani kustosz organizuje w Domu Matejki wykłady popularnonaukowe w cyklu „Czwartki u Matejki”. – Artysta fascynuje mnie nie tylko ogromem dokonanej pracy, ale też niezwykłym oddaniem bliskim i w ogóle – innym ludziom – opowiada. – Bardzo ciężko przeżywał chorobę żony, która cierpiała na cukrzycę, zaburzenia równowagi hormonalnej i poważne kłopoty nerwowe. To była jego wielka miłość i ogromna tragedia. Kiedy umarła, miał 44 lata i został sam z czworgiem dzieci. Był oddanym, empatycznym ojcem, co nie było typowe dla tamtych czasów. Bez zarzutu zajmował się edukacją dzieci, chodził z córkami na bale, brał aktywny udział w życiu Krakowa. Przez cały czas był bardzo popularny jako artysta. Jedenaście razy z sukcesem wystawiał swoje prace na światowych salonach sztuki. Cieszył się tak wielkim uznaniem, chociaż przedstawiał historię Polski w czasach, kiedy tego państwa nie było na mapach.

Pani kustosz docenia jego znakomity warsztat artystyczny. – Potrafił na płótnie stwarzać teatr, budował scenę, na której poruszał postaciami – mówi. Doktor Adolf Sternschuss w przewodniku po pierwszej ekspozycji docenia warsztat jego szkiców: „Artysta, mając z natury wzrok krótki, mógł na niewielkim szkicu łatwiej objąć od razu okiem całość kompozycji aniżeli na obrazie olbrzymich rozmiarów”. A jednak konsekwentnie malował robiące wrażenie płótna wielkoformatowe, takie jak „Bitwa pod Grunwaldem”. O tym, jak wielkim był patriotą, świadczy decyzja, którą podjął, kiedy w 1873 r. dostał od władz cesarskich propozycję objęcia dyrektury Akademii Sztuk Pięknych w Pradze. Oferowano mu też stworzenie swojej galerii malarstwa. – Odwoływano się do jego czeskich korzeni ze strony ojca – mówi pani kustosz. – Kiedy się wahał, nikt z wybitnych ówczesnego Krakowa nie próbował go zatrzymać. Został na prośbę studentów Uniwersytetu Jagiellońskiego i adeptów sztuki plastycznej, którzy w tym czasie kształcili się w szkołach artystycznych Wiednia i Monachium. W słynnym liście odpowiedział wtedy Czechom, że żywi do nich przyjaźń, ale miłość ma tylko do Polski. Podczas mowy pogrzebowej, którą wygłosił ks. Chotkowski, świat dowiedział się, że prowadził działalność dobroczynną, pomagał różnym stowarzyszeniom, wspierał młodych i mniejszości narodowe. Doprowadził do tego, że władze austriackie reaktywowały Szkołę Sztuk Pięknych, której przez 20 lat był dyrektorem. Uczył 102 uczniów w klasie malarstwa historycznego, zdolnym fundował stypendia, a samą szkołę wspierał finansowo i zabiegał o nadanie jej statusu akademii. Pierwszym stałym kustoszem ekspozycji był Maciej Szukiewicz – prawnik i poeta, i to jemu poświęcona jest wystawa na trzecim piętrze. Można tam zobaczyć tabliczkę z instrukcjami zwiedzania muzeum. „Młodzież może je zwiedzać pod opieką nauczycieli jedynie w ilości 10 osób naraz”. Dziś na wyjątkowe lekcje z wyobraźni najczęściej przychodzą tu dzieciaki z podstawówki. Dobrze by było, gdyby to miejsce odwiedzali także studenci z pobliskiej Akademii im. Jana Matejki. •

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.