Jestem człowiekiem wierzącym

O nawracaniu się, show-biznesie i potrzebie wybierania niższych tonów mówi Józef Skrzek.

Barbara Gruszka-Zych: Z tego, co wiem, lubisz kobiety.

Józef Skrzek: Od zawsze jestem niesiony przez kobiety. Jako pierworodny byłem ulubieńcem mamy. Kupowała mi kolorowe stroje, uczyła piosenek. Na rodzinnych spotkaniach mama i wszystkie ciocie prosiły: „Józinek, zaśpiewaj coś”. No to śpiewałem śląskie piosenki.

Mama jest dla Ciebie kimś wyjątkowym.

Przez lata była najbliższą mi osobą, najlepszym przyjacielem w każdym momencie życia. Kiedy się ożeniłem, to się zmieniło. Miałem już wtedy dwie ważne kobiety – mamę i Alinę. To były miłości uzupełniające się. Jestem pełen podziwu dla mojej żony, dziewczyny z Wybrzeża, która w nastroju morskich zachodów słońca poszła za miłością, za takim Ślązokiem jak ja. To było niesamowite, że od początku czuliśmy, że to wielka miłość i musimy być razem. W czasie naszych różnych małżeńskich trudności żona okazała się bardzo oddana. Czułem, że zawsze pójdzie za mną w ogień. To ma znaczenie pierwszorzędne, jeśli chodzi o rozumienie sakramentu małżeństwa. Jeśli kobieta, z którą idziesz przez życie, jest pewna i masz do niej całkowite zaufanie, to ty w pewnym momencie musisz się stać prawdziwym facetem. Ja to zawdzięczam właśnie Alinie.

Wasze córki mogą zaśpiewać Twój przebój „z miłości jestem”.

No właśnie. Jak widzisz, tych kobiet w moim życiu jest więcej. Jestem tatą trzech córek – Kariny, Luizy, Eli i dziadkiem wnuczek – Julii i Leny. Cieszę się, widząc, jak przepięknie zakwitła moja rodzina. A przecież na początku z tego rodzinnego ciepła kobiet poszedłem w męskie granie. Zacząłem pracować z męskim składem – z grupą Czesława Niemena, a potem z SBB. Kobiety pojawiły się znowu podczas mojego grania na pielgrzymkach mężczyzn do Piekar Śląskich. Mimo że przychodzili tam mężczyźni, czułem w tym miejscu obecność świętej kobiety, Matki Bożej.

Już jako chłopczyk jeździłeś do Piekar z rodzicami.

A potem jako dorosły pielgrzym. Pierwszy raz poczułem, że muszę tam zagrać podczas pielgrzymki mężczyzn w 1981 r. Kiedy chopy zaśpiewały po śląsku, wiedziałem, że tu jest moc. Ks. Stanisław Puchała, wtedy duszpasterz akademicki, załatwił mi to w następnym roku. To było wielkie przeżycie. Miałem tremę, nie wiedząc, czy ta moja muzyka, grana w czasie Sumy na syntezatorach, przejdzie. Siedziałem cicho w kapliczce, gdzie miałem swoje miejsce, i czekałem na wyrok. Aż wreszcie odezwał się bp Herbert Bednorz: „Ty, Skrzek, pójdź tu ino”. Oniemiałem z wrażenia, że biskup stojący na wzgórzu pokazuje mnie ręką. Poszedłem do niego, a on zapytał zebranych: „No i co chopy, fajnie groł?”. Nie zapomnę do końca życia, jak rozległo się wtedy długie: „Jaaaa”. Nie krótkie „tak”, ale śląskie „ja”.

Jak partia chóru męskiego.

Biskup powiedział, że skoro tak się spodobało, to mogę tu grać. I grałem na piekarskim wzgórzu przez 25 ostatnich niedziel maja.

Czy w takim miejscu gra się inaczej?

Wiedziałem, że nie wolno mi tam grać wyżej niż modlitwa. Albo inaczej – musiałem się pilnować, żeby modlić się razem z pielgrzymami w muzyce.

To nowa jakość, zwykle artyści lubią się popisywać.

To fatalne, tak nie wolno. Przecież to przejaw pychy.

A co Ty robisz ze swoją pychą?

Ona jest nieunikniona, kiedy co chwilę słyszysz pochwały. Cały ten show-biznes jest naćpany gwiazdorami, celebrytami, spragnionymi komplementów. I jak ci to nie odpowiada, to albo będziesz stał w kącie, albo jesteś tak silny, że decydujesz się pozostać postacią skromną, a jednocześnie wyrazistą, i dzięki temu trafiasz do ludzi. Wydaje mi się, że idę w tę stronę, przekonany, że tak jest najlepiej.

W latach 80. Ty, znany rockman, z dużym powodzeniem dawałeś koncerty w kościołach.

Granie w kościołach to wielki zaszczyt. Występując tam po ogłoszeniu stanu wojennego, zacząłem w moich kompozycjach iść w stronę łagodności. Nie chciałem we wszechobecnym strachu jeszcze na ludzi napierać. W tej muzycznej przemianie pomogły mi pielgrzymki do Piekar Śląskich. Grałem nową muzykę, będącą połączeniem muzyki organowej z elektroniczną, na dodatek wypełnioną treściami religijnymi. Dostałem wtedy od ks. Puchały zbiorki poezji Romana Brandstaettera „Pieśń o moim Chrystusie” i „Hymny Maryjne”. Pierwsza pieśń, którą w latach 70. zagrałem z SBB w kościele na zaproszenie właśnie ks. Puchały, zaczynała się od słów: „Zbliż się do mego serca”. Okazało się, że znajduję się w tym, bo jestem człowiekiem wierzącym.

Co to znaczy być człowiekiem wierzącym?

Trzeba trzymać się Dekalogu. Dochodzenie do zgodności życia z Dekalogiem to wielka sztuka. Przecież człowiek stale się łamie i już od południa, a czasami nawet od rana jest grzeszny. Muszę to przyznać, że teraz moim głównym zadaniem jest codzienne nawracanie się. Oczywiście można być takim żonglerem, lawirującym w marzeniach oraz na trasach koncertowych. Ale co z tego zostaje? Efektem prawdziwej wiary jest to, że zachowałem rodzinę. Wybrałem ją, dokonując odpowiednich wyborów, i cieszę się nią każdego dnia.

Jednak w swoim czasie królowałeś na scenie, śpiewając „Freedom”.

Nie byłem takim typowym rockmanem. Podobało mi się freedom, taka wolność na maksa, ale wiedziałem, że ona musi mieć ograniczenia. Dlatego protestuję przeciw hasłu „Róbta, co chceta”, bo każdy musi ponosić odpowiedzialność za swoje czyny. W tamtych czasach niekiedy brakowało mi całkowitej odpowiedzialności. Bo wiesz, kiedy ludzie ci kadzą, wywyższają cię, to przez moment masz wrażenie, że jesteś nie wiadomo jaki. Ale za chwilę okazuje się, że oni nagle zmieniają front i odwracają się od ciebie.

Zwłaszcza kiedy masz jakąś pauzę, chorujesz, brak Ci weny...

Dlatego jest takie istotne, w jakiej dyspozycji jesteś jako człowiek. Jaki masz charakter, jakimi zasadami się kierujesz, jak pracujesz nad tym, żeby podobne doświadczenia nie wytrąciły cię z równowagi. Trzeba stale zastanawiać się nad tym, co jest dla ciebie najważniejsze.

Na początku kariery też musiałeś się zastanowić, czy grać w sprawdzonych składach, czy robić coś swojego.

Grając z zespołem Break- out i z Czesławem Niemenem, stwierdziłem, że w tym pogmatwanym show-biznesie lepiej stworzyć własny zespół. Wyczułem, że mogę robić coś więcej. A poza tym te trasy na okrągło były coraz bardziej wykańczające. Z kilkoma kolegami założyłem blues band SBB, którego nazwa znaczyła: „Szukaj, burz, buduj”. Dotąd byłem klasykiem, uczyłem się grać na fortepianie i skrzypcach w szkole muzycznej im. Karłowicza w Katowicach. Potem zaliczyłem cztery semestry na Akademii Muzycznej i nagle zwróciłem się ku innej muzyce. Zawsze miałem lokate włosy, ale wtedy zapuściłem je do pasa. Graliśmy z przekonaniem, że musi się nam udać. W tamtych czasach ludzie bardziej się kochali i chętnie przyjmowali nasze propozycje. Potem wciągnąłem w nasze granie brata Janka, który ciężko pracował na kopalni. Siostra była mistrzynią Polski w jeździe figurowej na lodzie, ja byłem na scenie, a on w kopalni. Tę decyzję podjęliśmy z mamą, która miała do mnie ogromne zaufanie, a ja do niej jeszcze większe. Janek świetnie grał na harmonijce ustnej, najpierw w SBB, a potem wyszedł w świat ze śląskim bluesem. Jego utwór „O mój Śląsku, umierasz mi w biały dzień” stał się szlagierem przerabianym przez raperów. Nasze granie zaczęło się bardzo partyzancko, bo dawaliśmy koncerty w klubach, piwnicach. Potem nagle znaleźliśmy się na scenach światowych.

To zasługa Twojej ciężkiej pracy.

To prawda, ciężko pracowałem, żeby znaleźć się na rynku. Ale szybko przyszły sukcesy – łącznie z moim koncertem urodzinowym na największym festiwalu w Europie, w Roskilde w Danii. Grałem tam po takim tuzie, jak noszony na rękach Bob Marley, który wtedy zaśpiewał mi „Happy birthday”. To wszystko mnie budowało. Wiesz, kiedy jesteś na scenie i czujesz, że trafiasz do widowni, że ci ludzie ciebie potrzebują, to dostajesz dodatkowych sił. Jak śpiewasz „Freedom” w Brnie i widzisz, że 50 tys. młodych manifestuje, że jest za wolnością, to ty też czujesz się wolny.

Nadal masz ogromne grono fanów.

Bardzo szanuję tych, którzy kochają moją muzykę, bo zawsze gra się dla kogoś. Nie można zamykać w sobie tej siły, która idzie z nieba. Ona przychodzi do ciebie, żebyś ją komuś przekazał. Masz tę muzykę w sobie, ale nagle wychodzisz na scenę, zamykasz oczy i grasz, znajdując się w niesamowitym świecie marzeń, który ty zamieniasz w dźwięki. Co innego, kiedy jesteś tylko kompozytorem, a co innego, kiedy wychodzisz na scenę i dajesz z siebie wszystko. Nie dziwię się, że muzycy, którzy tak uczciwie grają, szybko umierają. Bo każdy koncert to oddychanie z tymi, którzy cię słuchają. Teraz wiem, że granie to dotykanie różnorodnej materii. Jest nią wnętrze człowieka, akustyka, a także, zwłaszcza w kościołach – Bóg.

Grasz na różnych instrumentach, ale organy mają największą moc.

Kiedy na nich gram, jestem facetem, który sobie skubie tę muzykę gdzieś na orlim gnieździe. Widzę stamtąd wzniesione do góry dzióbki siedzących w ławkach, które wołają „daj nam jeść”. Za każdym razem nie wiem, czy jak zejdę z chóru, to oni będą chcieli jeszcze na mnie patrzeć.

Ile koncertów dałeś?

Nie ma szans, żeby je policzyć. To już piąta dekada, odkąd jestem na scenie.

Siedemdziesiątka, którą właśnie świętujesz, ma znaczenie?

Ma, bo jeśli chodzi o głos, to już go trzeba modulować. To już nie są te tonacje. Już nie śpiewasz w „a”, ale w „fis”, a może „e” i niżej.

To brzmi jak metafora życia.

To wyjawienie tego, jak się czujesz. Są momenty, że idziesz jak błysk, jakbyś był niesiony przez anioły. A kiedy indziej jesteś po prostu zachrapociały.

Jesteś najstarszy w rodzinie Skrzeków.

Po śmierci taty, mamy, brata, została mi młodsza o 9 lat wspaniała siostra Teresa. Zamiast jechać do Stanów, bo miałem takie propozycje, zostałem na ojcowiźnie, w domu zbudowanym przez pradziadków. Czuję niesamowitą więź z tym miejscem i pewność, że dobrze wybrałem. Najstarsza córka Karinka mieszka blisko nas i to sprawia, że czuję, iż to miejsce będzie mieć opiekunkę. Po latach podróży po świecie doszedłem do wniosku, że jestem domatorem. Jeździsz, zachwycasz się innymi stronami, bo są piękne…

…ale najlepiej Ci jest w Michałkowicach.

Nawet nie wiesz, jak mnie cieszy mój dom z ogródkiem.

Nie przez przypadek wspomniałam, że jesteś najstarszy. Tylu bliskich musiałeś już pożegnać. Czy da się oswoić śmierć, towarzysząc odchodzącym?

Najbliżsi umierali na moich rękach. Śmierć taty Ludwika była nagła. Przyszedł z szychty i przestał oddychać, a ja próbowałem go ratować. To było prawie 50 lat temu, a wciąż pamiętam to jak dziś. Została mi mama Maria, mój wielki przyjaciel, skromny w swojej wielkości. Jakiś czas przed śmiercią wyjechała za granicę, żeby pomagać siostrze. Była oddana ludziom, miała niesamowitą witalność. Moment nieuwagi w domu spowodował jej kontuzję. Potem zaczęło się leczenie, które zamieniło się w walkę o przetrwanie. 19 marca, w świętego Józefa, lekarze stwierdzili, że to stan krytyczny. Wtedy straciłem najlepszego przyjaciela na ziemi. Trzymałem ją za ręce, kiedy oddychała, a kiedy przestała oddychać, nadal trzymałem ją za ręce, ale już były zimne. Wcześniej odszedł brat Janek, który dwa tygodnie walczył o życie po przebytym w domu udarze. Już się wydawało, że z niego wyjdzie, ale nastąpił drugi wylew. Przez te dwa tygodnie grałem mu na harmonijce i próbowałem z nim rozmawiać, kiedy już sam nie mógł mówić. Wtedy najbardziej się do niego zbliżyłem. Kiedy umarł, pomyślałem, że śmierć to przejście z jednej temperatury do drugiej. Przecież ręce zmarłych, które trzymałem, były te same, tylko miały inną temperaturę. To było nieprawdopodobne, kiedy widziałem, jak ich ciała nagle zmieniają się w rzeźby. W tym momencie było dla mnie jasne, że najważniejsza w tym wszystkim jest ich dusza. Potem zaczynały się ceremonie, płacze, ale ja wiedziałem, że ich dusza nie płacze, czekając na zbawienie.

Za miesiąc Twoja mama skończyłaby 92 lata.

Właśnie z wujkiem Jankiem świętowaliśmy wczoraj jego 93. urodziny. Mojej mamy nie ma tutaj, bo Bóg tak chciał. Musimy mieć na uwadze, że kiedy modlimy się w „Ojcze nasz”: „Bądź wola Twoja”, to trzeba wypowiadać te słowa z wiarą, bo tylko wtedy życie układa się w sens. Jestem coraz bardziej pewny swojej wiary, będącej kontynuacją wiary idącej od pokoleń.

Dajesz jej przykład młodszym, także przy okazji swojego jubileuszu.

Nie wiedziałem, że taki jubileusz można świętować tak entuzjastycznie. To radość, satysfakcja, zadośćuczynienie, ale jednocześnie zadanie, bo jeszcze trzeba coś robić. Bo tuż przed nami są pokolenia, które uczą się żyć. •

Józef Skrzek

multiinstrumentalista, wokalista i kompozytor. Starszy brat muzyka Jana Skrzeka „Kyksa”. Założyciel legendarnego zespołu SBB. 25 razy grał na pielgrzymkach mężczyzn do Piekar Śląskich. 2 lipca br. skończył 70 lat.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

  • Jacek
    21.07.2018 11:16
    Wszystkiego najlepszego Panie Józefie!
  • Lars
    22.08.2018 14:27
    Wspaniały muzyk i piękny człowiek.
  • Helenka
    22.08.2018 18:12
    Wszystkiego najlepszegoPanie Jozefie!
  • Ya
    23.08.2018 19:05
    .....
    O ziemio niedobra, o ziemio przegrana
    Jam ci wierny jak gołąb szybujący w niebo.

    O ziemio piękna, o ziemio kochana
    Jam ci wierny jak gołąb szybujący w niebo.

    O ziemio śląska ziemio
    Jam ci wierny jak gołąb szybujący w niebo.
    ......

    Nasza ziemio... Przeżyliśmy tu kupę lat, nigdzie nie wyjechali,
    donikąd nie odlecieli. Wierni - przede wszystkim sobie.
    Nieraz za gardło chwytał ból, nie mogliśmy wydobyć głosu.
    Ziemia czarna, a jednak wspaniała.
    Nie byliśmy tu nigdy przegrani. Bo w każdej chwili mogliśmy posłuchać
    muzyki Pana Józefa. W mroku Katedry, kiedy w przerwach między dźwiękami,
    czasem długimi, pełnymi namysłu,
    nie zrywały się oklaski, lecz trwała wspólna cisza.
    Żegnaliśmy się też krótko, jak z majstrem, który dobrze wykonał swoją pracę i wychodzi objuczony narzędziami. Zostawiająć nam Piękno. I naprawił duszę...
    I my wychodzimy w milczeniu, grać na swoich instrumentach. Tym ludziom, i Tej Ziemi.
    Tak jak i On. Nie da się inaczej Dziękować. Panie Józefie.



Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.