Nieopisane obszary

O tym, czy możliwy jest renesans powieści katolickiej, mówi Wojciech Kudyba.

Szymon Babuchowski: Powiedziałeś o swojej najnowszej książce „Imigranci wracają do domu”, że jest to „powieść katolicka”. Co to właściwie znaczy?

Wojciech Kudyba: Historyczne znaczenie tego terminu odnosi się do nurtu powieściowego, który swe apogeum osiągnął w dwudziestoleciu międzywojennym i zaowocował wieloma wybitnymi dziełami. Ale pragnienie, aby doświadczenia współczesnych polskich katolików miały swoją opowieść, także dziś manifestuje się pod postacią tego pojęcia. Przypomnę, że o powieść katolicką na miarę naszych czasów gorliwie upominał się Czesław Miłosz. Bohaterem „Imigrantów” jest ktoś, kto po latach wraca do wartości chrześcijańskich. Czy to wystarczy, aby nazwać tę powieść katolicką – niech ocenią krytycy…

Wśród mistrzów powieści katolickiej wymienia się często nazwiska François Mauriaca czy Gilberta Keitha Chestertona. Pierwszy z nich mistrzowsko ukazywał dylematy człowieka wierzącego, drugi w pomysłowy, dowcipny sposób objaśniał wiarę. Czy któryś z tych nurtów jest Ci szczególnie bliski?

No cóż, i Mauriac, i Chesterton tworzyli wiele lat temu. Stawiam na Chestertona, ale trudno dziś bezkrytycznie traktować dawne języki, bo one odnoszą się do innej rzeczywistości. Współczesny pisarz chrześcijański musi wynaleźć własny sposób mówienia o doświadczeniu wiary i problemach ludzi wierzących. Przypomniałeś wielkie nazwiska, mam jednak wrażenie, że tamte źródła wyschły i musimy budować powieść katolicką na nowo. W jakimś sensie – od zera.

W Polsce powieść katolicka utożsamiana jest często z powieścią historyczną: Sienkiewicz, Kossak, Gołubiew, Malewska… Ty, wprowadzając czytelnika w świat człowieka cierpiącego na zanik pamięci, trochę eksperymentujesz z językiem i kompozycją. Dla wielu będzie to zaskoczenie, że powieść katolicka może być taka.

Istotnie, to, co nazywamy polską powieścią katolicką, w dużej mierze było powieścią historyczną. I moi koledzy po piórze, i ja jesteśmy jednak ukierunkowani na współczesność, chcemy o naszym „dziś” mówić dzisiejszym językiem, a zarazem nadawać naszej opowieści atrakcyjne artystycznie formy. Część z nas boryka się, niestety, z problemem dotarcia do czytelnika. Mamy wrażenie, że duzi wydawcy patrzą sceptycznie na nasze propozycje, małych zaś nie stać na promocję.

Myślisz, że możliwy jest renesans w dziedzinie prozy inspirowanej wiarą? Dałoby się już wskazać pisarzy, którzy w sposób ciekawy podejmują wątki ważne dla katolicyzmu?

Mamy wybitną muzykę inspirowaną chrześcijaństwem. Mamy ogromny nurt poezji chrześcijańskiej. Tymczasem w prozie największe laury zbiera autorka, której teksty wyrastają z ruchu New Age. Czy to nie świadczy o zaniedbaniu ze strony autorów i wydawców? Pierwszym zwiastunem możliwości, jakie otwiera proza katolicka, była powieść Krzysztofa Koehlera „Wnuczka Raguela” – świetna, lecz słabo reklamowana. Wiem też o dwóch zbiorach opowiadań złożonych właśnie do druku. Jeden z nich to właściwie quasi-powieść Marty Kwaśnickiej, wybitnej eseistki, drugi to miniatury prozą Macieja Bieszczada, skądinąd utalentowanego poety. Od razu też wyjaśnię: nie są to żadne nabożne czytanki, tylko gęste kawałki prawdziwego życia.

Mam wrażenie, że w polskiej prozie brakuje dziś nie tylko wiarygodnego ukazania problemów współczesnych katolików, ale i jakiejś głębszej diagnozy społecznej. Nie doczekaliśmy się nowego „Przedwiośnia”, nie widać też szans na panoramę w stylu „Lalki”.

Myślę, że w obszarze prozy jak w soczewce przeglądają się problemy współczesnej kultury, która próbuje wypychać doświadczenie wiary w Boga poza granicę języka – poza to, o czym wypada mówić. W pisarzach istnieje obawa, że jeśli będą eksponować światopogląd chrześcijański, będą mieli kłopoty z wydaniem książki, jej reklamą i kontaktem z odbiorcami. W związku ze spadkiem czytelnictwa w stosunku do lat przed 1989 r. trwa ostra walka o klienta. Można odnieść wrażenie, że obronną ręką wychodzą z niej albo propozycje komercyjne – artystycznie przeciętne – albo te, które skrywają w sobie ostrze antychrześcijańskie. Wydaje się, że wciąż nie wypracowaliśmy mechanizmów promocji takich książek, które nie tylko nie są uwikłane w antykatolickie ideologie, ale także stawiają sobie ambitne cele.

Ale czy etykietki typu „powieść katolicka” w ogóle są potrzebne? Wybitny filozof i teolog Jacques Maritain pisał: „Jeżeli chcecie stworzyć dzieło chrześcijańskie, bądźcie chrześcijanami i szukajcie sposobu stworzenia dzieła pięknego, w które przejdzie wasze serce; nie starajcie się »robić po chrześcijańsku«”. Może w prozie chrześcijańskiej po prostu za dużo łopatologii?

Kiedy akurat w prozie, prawdę mówiąc, jesteśmy w sytuacji pustyni! Chciałbym ponarzekać, że polska powieść katolicka jest artystycznie przeciętna, ale jej nie ma w ogóle! Wcale nie jestem za tym, żeby szukać łatwych etykiet, ale jakieś znaki rozpoznawcze są potrzebne, żeby pomóc czytelnikowi w drodze do książki. Rzeczywiście, najbardziej pożądana sytuacja to taka, kiedy chrześcijanie tworzą prozatorskie arcydzieła. Tyle że i funkcjonowanie, i powstawanie arcydzieł jest możliwe wyłącznie w specyficznych warunkach kulturowych i ekonomicznych. Ktoś musi książkę wydać i wypromować, czyli przekonać odbiorców, że jest ona arcydziełem. Mam czasem czarne myśli, że nawet gdyby dziś powstało arcydzieło katolickiej prozy – jakaś wielka, epicka panorama, wiarygodna i głęboka – prawdopodobnie nikt nie chciałby zainwestować w jego reklamę…

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.