Pieczęć

Dzięki Bogu kilka razy uniknęłam śmierci – opowiada Antonina Krzysztoń.

Marcin Jakimowicz: Miewałaś chwile, że patrzyłaś w lustro i czułaś, że jesteś ostatnią osobą, którą On może kochać?

Antonina Krzysztoń: Nie. Od kiedy pamiętam, czuję się otoczona opieką. Wyrastałam w domu, w którym nie mówiło się o Bogu, ale zawsze miałam poczucie tego, że jestem chroniona. Był nade mną parasol…

A chwile, gdy wołałaś do nieba, a odpowiadało Ci echo?

Oczywiście. To naturalne doświadczenie. Wiem, że ono jest „po coś”. Co trzeba zrobić? Przeczekać. Nie szarpać się. Staram się wówczas zachować spokój, wytrwać. Chodzę na Msze, modlę się, czekam. Zwykły plan zajęć. Po takim czasie inkubacji zawsze przychodzi coś nowego, ważnego. Czasem po prostu uświadamiam sobie, że muszę coś zmienić w sobie, w swym postępowaniu. Działam tak jednak dopiero od drugiego nawrócenia – bo przeżyłam dwa mocne nawrócenia.

To był jednorazowy impuls czy długi proces?

To drugie nawrócenie wiąże się z pewną karmelitanką. Mam przekonanie, że ona mi je wymodliła. Po powrocie z jej ślubów wieczystych zobaczyłam, w jakiej sytuacji duchowej jestem. Wcześniej myślałam, że jest zupełnie dobrze. Nie mogłam wprawdzie przystępować do Komunii, ale trzymałam się Kościoła i starałam się postępować przyzwoicie… Nagle jednak zdałam sobie sprawę, co dzieje się z moim duchem.

Przeraziłaś się?

Zobaczyłam, że leżę na marach. Dziś widzę, że był to potrzebny wstrząs, impuls do tego, bym jeszcze mocniej zatęskniła za Bogiem.

Ciągnie Cię do ludzi rozdartych…

Może dlatego, że sama doświadczyłam podobnego rozdarcia? Współczuję. Jesteśmy mizerią. Staram się nie osądzać innych. Czyny – tak, ale nie osobę.

Sporo wiem o ludziach, przede wszystkim o sobie, ale przecież nawet samej siebie nie potrafię ocenić. A co dopiero mówić o innych?

Byłaś kiedyś osądzona i wytykana palcami?

Tak. Był taki czas. Poczułam się oskarżona, osądzona. Straszna sytuacja. Niektórzy nie podawali mi nawet ręki, choć byłam niewinna, niczego złego nie zrobiłam. Było to kolejne… dobre doświadczenie.

Bo?

Zaczęłam uważać na to, co sama mówię o ludziach. Czy ich nie osądzam, nie potępiam.

Miałaś doświadczenie błogosławienia przez zaciśnięte zęby, uwielbienia w czasie koncertu, gdy wszystkie „okoliczności przyrody” krzyczały: „nie rób tego!”?

Nie. Zawsze staram się o solidną duchową „obstawę” moich koncertów. Proszę o modlitwę wielu kapłanów.

I nie wstydzisz się mówić tego w samym centrum Warszawy na Marszałkowskiej?

Mnie już nie interesuje, co ludzie będą mówili. Usłyszałam kiedyś od o. Jacka Salija: „Nie musisz podobać się ludziom. Staraj się podobać Panu Jezusowi”. To niełatwa praktyka, nie zawsze się udaje, ale jestem na takiej drodze. Na szczęście znam wielu dobrych, świętych kapłanów, ludzi pełnych światła. Osoby konsekrowane od lat towarzyszą mi i wspierają mnie. Bez nich nie dałabym rady.

Po koncertach przychodzą ludzie, by Ci podziękować?

Tak. Nie wiążę tego jednak z moją osobą, ale cieszy mnie to. Myślę sobie wtedy: widocznie mam jeszcze śpiewać. (śmiech)

Jesteśmy bliźnimi ze względu na… blizny?

Nasze rany mogą stać się przestrzeniami, przez które może przeniknąć Boże światło, jeśli tylko nasz Pan tego zechce. One mogą być naszym skarbem. Ale to już jest łaska… Nie trzeba się wstydzić ran. Uważam, że one są naszym skarbem.

Chodzisz śpiewać do hospicjów, a jak mawiała Matka Teresa z Kalkuty, do cierpiących nie da się podejść „w białych rękawiczkach”. Trzeba się „pobrudzić”. Wracasz czasem z trasy przytłoczona ciężarem cierpień ludzi?

Czasem tak, ale nigdy tylko tym. Są różne spotkania – przejmujące, bardzo prawdziwe. Poznaję tych, którzy na co dzień pomagają chorym, oddają swoje życie za innych. Widzę, że nie są przygnębieni. Osoby te nauczyły się cieszyć się każdą chwilą i starają się uczyć tego swoich podopiecznych. Pomagają im, by czas, który im pozostał, był dobry.

Byłam zżyta ze śmiercią od dzieciństwa; od czasu, gdy zmarł mój tata – ogromna miłość mojego życia. Rodzina nie wzięła mnie na jego pogrzeb. Bali się, że będzie to zbyt wielka trauma dla czterolatki. Dziś widzę, że to był błąd. Dzieci muszą doświadczyć pożegnania, bo inaczej będą tłumiły, tłamsiły w sobie wiele uczuć, emocji, pytań. Przyznaję szczerze, że do pewnego czasu nie wierzyłam w śmierć taty. Myślałam, że rodzina ukrywa przede mną, że zamknęli go w więzieniu. Czekałam, aż wróci. Tę stratę odrobiłam dopiero po latach. Opłakałam tatę już jako dorosła osoba.

Jak zrodziła się „Pieczęć”, twoja najnowsza płyta?

Weszłam do bazyliki w Gostyniu. Nie było nikogo. Często, gdy wchodzę do pustej świątyni, zaczynam śpiewać, improwizować. (śmiech) To moja modlitwa. W Gostyniu zaczęłam śpiewać i nagle przyszła mi myśl: mam tu nagrać płytę; album, o którym myślałam od lat. Do nagrania zaprosiłam Andrzeja Jagodzińskiego, znakomitego pianistę. Pierwotnie chciałam, by na krążku były jedynie improwizacje, ale Andrzej zdziwił się. Usłyszałam: „Nie będzie pieśni?”. To pytanie zaczęło we mnie pracować. Pojechałam na kilka dni do Zagórza, do pustelni kapucynów.

Nie chciałaś zwiewać po kilku godzinach, jak wielu ludzi na początku rekolekcji ignacjańskich, gdy nagle zostają sami ze sobą w pokoju?

Nie, nie boję się samotności. Jestem trochę samotnikiem, choć kocham ludzi. W ciągu pięciu dni powstały (czytaj: przyszły „z góry”) trzy melodie: do „Pieśni słonecznej” Franciszka i dwóch hymnów brewiarzowych. Płytę „Pieczęć” dedykuję wszystkim konsekrowanym. Z wielką wdzięcznością.

Zapytałem kiedyś małych sióstr: „Chcecie zajmować ostatnie miejsca?”. „Nie ma szans – odpowiedziała siostra Zosia – ostatnie jest już zajęte. Przez Jezusa”. Masz doświadczenie Boga wszechmocnego, potężnego czy tęskniącego, delikatnego?

Przyjaciela. On przyszedł do mnie jak przyjaciel.

Miałaś sytuacje, o której możesz z całkowitą pewnością powiedzieć, że uratował Cię Bóg?

Kilka razy uniknęłam śmierci. Była zima, wczesny poranek. Szłam smutna, zamyślona, miałam trudny czas. Była mroźna niedziela. Przechodziłam przez puściutką Marszałkowską. Nagle usłyszałam krzyk dziecka – brzmiał jak głos mojej córki, tyle że ona była już wtedy dorosła. Słyszałam więc krzyk mojej małej Karolinki: „Mamo! Mamo!”, zatrzymałam się i nagle tuż przede mną przejechał rozpędzony tramwaj. Cofnęłam się. Zaczęłam się rozglądać. Czy wołał mnie ktoś z okna? Nie, nie było nikogo. Zima, wszystkie okna pozamykane. Inna historia – jestem w kościele na Mszy. Nagle ni stąd, ni zowąd do mnie – osoby, dla której ostatnią rzeczą, na jaką bym się zdecydowała, jest pójście do lekarza – przychodzi wyraźna myśl: „Idź, zrób to konkretne badanie”. Potem się okazało, że było to święto Aniołów Stróżów. Poszłam wykonać badanie i… trafiłam na stół operacyjny. Lekarz powiedział: „Wyjąłem z pani brzucha bombę atomową. To mogła być sprawa dwóch, trzech tygodni”. To nie była intuicja, to ingerencja nieba. Znak, że mam jeszcze pożyć, może coś zrobić…

Kiedyś pewnych rzeczy nie mówiłam w wywiadach. Dziś wiem, że nie ma już czasu na owijanie w bawełnę. Mam przeczucie, że żyjemy w czasach ostatecznych. Nie wiem, kiedy powróci Jezus, nie chcę bawić się w zgadywanie. Może za rok, może za kilkadziesiąt czy kilkaset lat. Ale mam wrażenie, że coś nagle przyspieszyło. Dziś musisz się określić, zdecydować, wybrać jedną z dwóch dróg. Nie ma już „pomiędzy”.•

Antonina krzysztoń

WOKALISTKA, AUTORKA TEKSTÓW, JEDEN Z NAJBARDZIEJ ROZPOZNAWALNYCH GŁOSÓW „KRAINY ŁAGODNOŚCI”. MIESZKA W WARSZAWIE.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.