Młody do końca życia

O Kazimierzu Wierzyńskim, emigracji i płaceniu za wybór mówi prof. Wojciech Ligęza.

Barbara Gruszka-Zych: W tym roku obchodzimy 50. rocznicę śmierci Kazimierza Wierzyńskiego. Zachęcisz nas do lektury jego wierszy?

Prof. Wojciech Ligęza: Wiele z nich umiem na pamięć. Proszę bardzo: „Piąta pora roku” zaczyna się tak: „Ptak przeleciał przeze mnie, ptak/ i drzwi zostawił otwarte/ i tego wieczoru o zmroku/ zeszły się we mnie/ pory roku/ żywe i martwe”.

Chce się tego słuchać… To wiersz o poecie, który chce być domem dla poezji, ale widzi, że nie da się stworzyć jej schronienia.

W wierszach Wierzyńskiego żyje idea domu, lecz prawdziwy dom nie istnieje. Jego emigracja – fizyczne wygnanie z ojczyzny do Stanów Zjednoczonych – nakładała się na postrzeganie kondycji człowieka w ogóle. Poeta starał się uzmysłowić czytelnikowi metafizyczną obcość każdego z nas w tym świecie. Bo według niego zostaliśmy wygnani z raju i wrzuceni w byt ziemski. Dlatego pisał: „wszystkie strony świata otwarte/ a wyjścia z żadnej”. Mówiący tak „miał obsesję dachu i ścian”, czyli zadomowienia, ale otwarta, wietrzna przestrzeń zastąpiła dom.

Jednak zaraz po I wojnie światowej znalazł dom w Warszawie.

Podczas wojny jako żołnierz austriacki Korpusu Wschodniego trafił do niewoli w Kazaniu. Uciekł stamtąd i przedostał się do Warszawy. Ciekawe, że publikując swoje tomiki, dokonał przestawki czasowej. „Pamiętnik miłości” napisany podczas wojny ukazał się jako tom trzeci, a jako debiut wydał napisaną nieco później, docenioną książkę „Wiosna i wino”. Potem zdarzył mu się kolejny sukces czytelniczy – „Wróble na dachu”.

Już sam tytuł tego tomu pokazuje, że codzienność trafiła do poezji i ma się w niej dobrze.

Radość i codzienność, którymi emanowały wiersze Wierzyńskiego, stanowiły novum w stosunku do wierszy wojennych, gdyż, jak napisała Urszula Kozioł, my, Polacy, mamy bardziej rozwinięty „zmysł horroru niż humoru”… A tu nagle skamandryci, do których Wierzyński należał, zmienili wszystko.

Zaraz po I wojnie skamandryci zawładnęli rynkiem czytelniczym.

Każdy z poetów wchodzących w skład grupy Skamander miał wielki talent, czyli dar od Boga, nad którym, co ważne – pracował poetycko. Dodatkowo sprzyjała im zaistniała wtedy sytuacja polityczna, nowy czas przynoszący zmiany w kulturze i mentalności. Ród ludzki jest bardzo lekkomyślny i dlatego gwałtownie chciał zapomnieć o niedawnym wojennym kataklizmie. Potrzebny był mu zatem zastrzyk młodości, witalizmu, akceptacji. Skamandryci, spełniając te oczekiwania, weszli na rynek i stali się ulubieńcami publiczności.

Musieli się dobrze dogadywać.

O tej formacji napisał Czesław Miłosz w „Traktacie poetyckim”: „Nigdy nie było tak pięknej plejady”. Poeci prawie codziennie spotykali się ze sobą, a w kawiarni Pod Picadorem czytali swoje wiersze.

Z podejrzliwością patrzę na grupy literackie, bo przecież każdemu poecie zależy, by jego głos był najbardziej słyszalny.

Ale właśnie grupa w chwili startu artystycznego podnosi rangę każdego poety. Bardzo istotne było to, że skamandryci mieli wspólną kawiarnię, estradę, czasopisma i przez te instytucje oddziaływali na odbiorców. Z czasem, kiedy zaczęli zajmować półpiętro Ziemiańskiej i obrośli w piórka, gdyż mieli rozpoznawalne nazwiska, stali się znaczącą siłą opiniotwórczą. Każdy poetycki debiutant marzył, żeby przez chwilę znaleźć się w ich kręgu.

Ludzie brali pod uwagę to, co pisali w „Wiadomościach Literackich”.

Prasa była wtedy bardzo ważnym medium. Każdy tzw. inteligent miał obowiązek czytać „Wiadomości Literackie”, „Skamandra” i inne periodyki. Na spotkaniach towarzyskich nie wypadało nie znać ostatnich tomów Wierzyńskiego czy Tuwima. Teraz, niestety, zniknęły tego rodzaju powinności kulturalne. To głównie poeci czytają poetów, a tzw. szersza publiczność, zajęta rozrywką masową, już w tej grze nie uczestniczy.

Skamandryci deklarowali, że nie mają żadnego programu.

Ale wbrew temu mieli wspólne idee. Przede wszystkim liczyła się wielka pochwała życia, a w wierszach ważną rolę odgrywała zabawa, beztroska, młodość. Skończyły się obowiązki wobec wspólnego polskiego losu. Chwilę przed niepodległością Jan Lechoń pisał: „A wiosną niechaj wiosnę, nie Polskę zobaczę”. Oczywiście, każdy ze skamandrytów inaczej odpowiadał na wyzwanie czasu. Słonimski był może najbardziej koturnowy, Tuwim – ekspresyjny, Iwaszkiewicz, który dołączył później – najbardziej kulturowo wyrafinowany, a Wierzyński – piękny, młody.

Był przystojny jako mężczyzna?

Wysoki, z regularnymi rysami i pięknie falującymi włosami.

A jego wiersze?

Były witalistyczne i choć to brzmi jak tautologia, pokazywały, że uzasadnieniem dla życia jest samo życie. Wierzyński zachwycał się pięknym światem. Wędrował po nim lekkim krokiem. Kiedy w jego wierszach pojawia się Bóg, to jest On ziemski i „strzela gole po ludzku, wspaniale”. Wierzyński wykreował też typ ulicznego wagabundy, który w sympatyczny sposób – ale jednak – zaczepia przechodniów. Przed I wojną to było nie do pomyślenia.

Ale przecież nie dlatego zainteresowałeś się nim.

Uważam, że to jeden z najwybitniejszych polskich poetów XX wieku; niestety, nie do końca rozpoznany, przyswojony. Mocno zaważył na tym fakt, że znalazł się na emigracji. Na początku wojny został ewakuowany do Lwowa, stamtąd wyjechał do Francji, skąd w 1941 r. razem z żoną Haliną przeniósł się do Stanów Zjednoczonych. Po Jałcie ostatecznie zdecydował się na życie poza ojczyzną. Został odseparowany od kraju dlatego, że był współpracownikiem Radia Wolna Europa. Był aktywny na wielu polach, natomiast tuż po wojnie zamilkł jako poeta na 7 lat. Chęć pisania dodatkowo osłabiała depresja, która go dopadła po wojennej śmierci bliskich osób. Natomiast w PRL, tak jak każdy artysta niepokorny, był wrogiem ludu.

A przed wojną w ojczyźnie uznawano go za instytucję literacką.

Bardzo go wtedy doceniano. W 1935 r. Wierzyński został uhonorowany Złotym Wawrzynem Polskiej Akademii Literatury, a w 1938 r., jako jedyny skamandryta, został członkiem Polskiej Akademii Literatury, w której zajął miejsce zmarłego wtedy Bolesława Leśmiana.

Miał też sukcesy – można rzec – sportowe.

To były czasy, kiedy na olimpiadach przyznawano medale za sztukę. W 1928 r. na igrzyskach w Amsterdamie otrzymał złoty medal w konkursie literackim za tom „Laur olimpijski”. Nagrodzony zbiorek został przetłumaczony na wiele języków. Poeta wyraził w tych wierszach uniwersalną ideę sportu, bo w jego rozumieniu sportowiec to ktoś, kto nieustannie przekracza swoje granice. Jeśli skacze o tyczce, a wtedy przekraczano już wysokość czterech metrów, to tyczkę wbija w oś ziemską.

To powinni przeczytać sportowcy.

Oni, zdaje się, nie czytają wierszy, choć może się mylę. Wierzyński przed wojną, już jako 34-latek, mógł się czuć doceniony i spełniony. W 1938 r. napisał wspaniały tom „Wolność tragiczna”. Pojawia się w nim sam Piłsudski, który wygłasza znamienne słowa: „Skazuję was na wielkość”. Pisał je, jakby czując, że w obliczu nadciągającego kataklizmu II wojny Polacy zostaną znów skazani na tragizm postaw heroicznych i przeżywania klęski.

Ale potem nie po drodze było mu z poezją. Co się stało, że wrócił do wierszy?

Świetny dyrygent Artur Rodziński zachęcił Wierzyńskiego do napisania monografii o Chopinie. Książka odniosła sukces, została przetłumaczona na wiele języków. Dzięki niej Wierzyński wrócił na arenę międzynarodową. Kłopot w tym, że listy Chopina do Delfiny Potockiej, będące – jak wiadomo – mistyfikacją, potraktował jako źródło. Ale rzecz jest świetnie napisana! Jak wspomina Wierzyński, równolegle z pracą nad biografią zaczął notować wiersze, które złożyły się na zbiór „Korzec maku”. W znacznej mierze odszedł w nim od reguł poetyki skamandryckiej i zaczął tworzyć wiersze nowoczesne.

To była jego druga młodość?

Wtedy rozpoczął się nowy okres w jego życiu, czyli kolejna młodość. Bo on przez całe życie był młody. Kiedy umierał w wieku 75 lat, także był młody.

Co jest wyznacznikiem młodości?

Ciekawość, ciągła dyspozycja artystyczna, projekt zmieniania siebie, wielka energia polegająca na podróżowaniu po świecie. Już pod koniec życia Wierzyński, który przecież chorował na serce, wszedł na Akropol. Udało mu się to, bo był przecież młodym starszym panem. Stale pozostawał otwarty na nowe idee: zafascynował się kulturą amerykańską i przyswajał tamtejszych poetów. Osobiście spotkał się ze Steinbeckiem i zapisał swoją rozmowę z nim.

Można się od niego uczyć Ameryki?

Zdecydowanie tak. Lektura daje cenne wejrzenie w Amerykę i tamtejszą kulturę. Poeta potrafił docenić rolę lokalnej wspólnoty, niezmiernie ważnej dla tamtejszego społeczeństwa. Studiował przeszłość Sag Harbour na Long Island, gdzie mieszkał i skąd dojeżdżał do Nowego Jorku. Pragnął osiągnąć zgodę ze światem, ale ukazywał też niewesoły los człowieka uwikłanego w meandry najnowszych dziejów.

W PRL prawie nie istniał.

To między innymi z powodu „Czarnego poloneza” – paszkwilu na czasy komunizmu, gomułkowską Polskę, na hańbę domową z 1968 r. oraz spustoszenie moralne społeczeństwa. W tej krytyce przyjął pozycję moralisty. Wystąpił w tym gatunku, mimo że był poetą lirycznym, więc widać, jak mu zależało na tej sprawie. „Czarny polonez” został przypomniany po latach w czasie strajków w stoczni gdańskiej. Trzeba pamiętać, że od „Korca maku”, poprzez „Tkankę ziemi”, „Siedem podków” i ostatni, wydany w 1969 tom „Sen mara” Wierzyński daje się poznać jako wspaniały artysta słowa.

Doceniano go?

Niestety, nie do końca. Cierpiał, że nie ma w Polsce kontynuatorów literackich. Dziś też jego ranga nie jest tak wysoka, jak powinna.

Jak umarł?

Najpiękniej, jak się mogło zdarzyć poecie. Tego dnia pracował nad korektą ostatniego tomu „Sen mara”, którą ukończył, a wieczorem umarł. Niejako na posterunku poetyckim.

Czy dobrzy poeci umierają?

Często się mówi, że śmierć wyzwala nową energię dzieła. Poeta fizycznie umiera, ale zyskuje życie w kulturze. W PRL zmarły emigracyjny artysta był bezpieczniejszy niż żywy, bo nie mógł już niczego więcej napisać, atakując ustrój. Po śmierci Wierzyńskiego ukazały się w Polsce dwa wydania jego utworów – rzecz jasna z pominięciem wierszy wymierzonych w Polskę Ludową. Michał Sprusiński swój świetny szkic o Wierzyńskim zatytułował, sięgając po słowa poety: „Lutnista ciemnego czasu i losu”. Ta skrótowa charakterystyka wydaje się niezwykle celna. •

Wojciech Ligęza

historyk literatury, krytyk, eseista, profesor zwyczajny, kierownik Katedry Historii Literatury Polskiej XX Wieku na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Autor około 550 publikacji.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.