Malarz nie z tego świata

Był jednym z najwybitniejszych polskich malarzy ostatnich dziesięcioleci, a jednak nie zabiegał o zaszczyty, nie dostawał nagród ani orderów. Michał Świder miał w sobie coś z pustelnika.

Wiadomość o jego śmierci nie trafiła na czołówki gazet. Umarł cicho, tak jak żył, choć przecież miał się czym pochwalić. Sztuka, którą tworzył, była najwyższej klasy. Wysoko cenili ją kolekcjonerzy, a miłośnicy jego twórczości, by kupić obraz, czekali nawet po kilka lat. On sam jednak stronił od świata – szukał raczej ciszy i skupienia. Quid mundus est? (Cóż jest świat?) – takie hasło widniało na pieczęci, którą przykładał na odwrocie swoich obrazów. Był też na niej wizerunek Chrystusa uzdrawiającego ślepca. Postać Jezusa nawiązywała do romańskiej płaskorzeźby, zaś ślepca uosabiał gronostaj – zwierzę, które często przewijało się w jego malarstwie.

Po śladach

Jego sztuka była zarazem nowoczesna i zakorzeniona w tradycji. Operująca współczesnym skrótem, a jednocześnie olśniewająca klasycznym pięknem. – Te obrazy uświadamiają, jak wspaniała mogłaby dziś być kultura Europy, gdyby artyści nie uwierzyli w zabobon postępu – twierdzi poeta Wojciech Wencel, którego kilka tomów wierszy ozdobionych jest właśnie reprodukcjami malarstwa Michała Świdra.

Na swoim blogu Wencel napisał, że malarz „był dla niego jak starszy brat”. – Paradoks polega na tym, że nigdy się nie widzieliśmy – zwierza się autor „Ody na dzień św. Cecylii”. – To była raczej świadomość istnienia pokrewnej duszy. Kiedy pierwszy raz zobaczyłem we „Frondzie” reprodukcje jego obrazów, zachwycił mnie ich uniwersalizm, czyli dążenie do pełni. Nie było tak, że podobały mi się z jakiegoś jednego powodu. Interesowało mnie w nich wszystko: rzemiosło, kompozycja, detale, typ wyobraźni, symbolika, pozaczasowość, zakorzenienie w Słowie, zmysłowość, tajemnica. W tym samym numerze „Frondy” przeczytałem słynny już wywiad, w którym Świder wymieniał swoich mistrzów: Giotta, Fra Angelica… Przypomniał, że naśladowanie to nie proste kopiowanie, tylko kroczenie po śladach. Z identycznego doświadczenia wyrastały zawsze moje wiersze – jeden z tomów zatytułowałem nawet „Epigonia”. Michał przywołał też „Rzecz o malarstwie” Cennino Cenniniego, która zaczyna się od słów: „Na początku Bóg Wszechmogący stworzył niebo i ziemię”. Taki powinien być podstawowy punkt odniesienia dla każdego artysty.

Dialog sztuk

Sztukę Michała Świdra cenili też inni poeci. Jego prace zobaczyć można na okładkach tomów wierszy Leszka Długosza czy Janusza Kotańskiego. Jednak to właśnie poemat „Imago mundi” Wojciecha Wencla, przepięknie wydany w 2005 r. przez „Frondę”, okazał się najszerszą prezentacją tego malarstwa w połączeniu ze sztuką słowa. Każda z dwunastu pieśni została tutaj skojarzona z innym obrazem artysty. Tym samym na kartach książki wywiązał się niezwykły dialog dwóch sztuk. Tajemnicze obrazy, pełne symboli, które dadzą się odczytywać na wiele sposobów, jeszcze bardziej podkreślają metafizyczny wymiar poezji Wencla. Co ciekawe, artyści nawiązali kontakt już po wydaniu „Imago mundi”. – Po prostu napisałem do niego z pytaniem, czy ma do sprzedania jakiś obraz – wspomina autor poematu. – Wtedy nie miał, ale po roku czy dwóch odezwał się znowu. „Excitata” z okładki „Podziemnych motyli” [kolejny tom Wencla – Sz.B.] wisi u mnie na ścianie. Potem co pewien czas pisaliśmy do siebie. Było to dla mnie bardzo ważne, choć miałem wrażenie, że każdy z nas mówi trochę innym językiem, używa innych metafor.

Ja, gronostaj

Michał Świder był wychowankiem krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, uczniem m.in. Zbysława Maciejewskiego. W 1995 r. związał się z Galerią Sztuki Współczesnej „Kersten” w Krakowie. W swojej twórczości nawiązywał do wielu kierunków malarskich, m.in. do symbolizmu, modernizmu, sztuki włoskiego trecenta, a nawet Dalekiego Wschodu. Choć w swojej czernichowskiej pracowni tworzył głównie obrazy sztalugowe, to rzemiosła uczył się, pracując nad freskami. Jego dzieła zdobią ściany refektarza w Płokach koło Trzebini czy kaplicy św. Barbary w Czyżówce, a także w kościele we włoskim Fabriano. To właśnie ta świątynia stała się miejscem narodzin w sztuce Świdra wspomnianego gronostaja, który stał się jego alter ego: „Tak po prawdzie to namalowałem zwierzę fantastyczne – pisał na swojej stronie internetowej malarz – ale Włosi, podrapawszy się po głowach, uznali, że to pewnie ermellino [gronostaj – Sz.B.]. Później i na mnie tak wołali, bo wymówienie: »Mihaoo Zzvider«, było dla nich nieco przytrudne. Od tamtego czasu zwierzątko to przylgnęło do mnie i pojawia się w moich obrazach w różnych kontekstach i sytuacjach. Moim zdaniem, prócz zakończonego czarno ogonka, niewiele ma wspólnego z rzeczywistym gronostajem, ale pomyślałem: niech tam! Jakby co, będę mówił, że namalowałem go w oparciu o opowieści; powiem, że nigdy go naocznie nie napotkałem. Przecież w średniowieczu artyści, tak właśnie – z opowieści – malowali różnych nosorożców i wielbłądów, że już nie wspomnę o słoniach, lewiatanach i innych, bardziej jeszcze przebrzydłych potworach”.

Bez pośpiechu

W tych autobiograficznych wpisach, które można znaleźć w autorskiej witrynie malarza, ujawnia się jeszcze jedna jego cecha: duże poczucie humoru. Choć przecież swoją pracę traktował niezwykle poważnie. – Cały czas zdaję sobie sprawę, że jestem umieszczony w pewnym porządku stworzenia, więc gdy zaczynam malować, to nie mogę powiedzieć, że nieważne, co namaluję; że mi wszystko wolno – podkreślał w rozmowie z krakowskim GN. Stawiał sobie wysokie wymagania, dlatego był trochę rozczarowany współczesną twórczością wypełniającą wnętrza rodzimych świątyń. Mówił, że źle się czuje w kościołach, które „są popisami architektów, ale nie ma w nich żadnego sacrum”. – Dostałem propozycję odnowienia jednego z polskich kościołów – opowiadał na naszych łamach. – Kiedy jednak powiedziałem, że potrzebuję na to dwóch lat, proboszcz zrezygnował, twierdząc, że lokalni twórcy zrobią mu to w dwa miesiące.

Pośpiech współczesności był Świdrowi obcy, bo wzorował się na średniowiecznych mistrzach. „Malarstwo średniowiecza uczyło pewnej pokory. Ta pokora wyrastała z dosko­nałego warsztatu. Własnoręczne i cierpliwe sporządza­nie farb powodowało, że artysta wyłączał się w jakiś sposób z rytmu codziennego życia. Wyciszał się, skupiał na swojej pra­cy” – mówił we „Frondzie”.

Życie za furtą

Sam też wcielał w życie ten ideał. – Jego dzieła świadczą o tym, że był artystą z powołania, pełnym pokory i wytrwałości – podkreśla Wojciech Wencel. – Tworzył swoje obrazy zgodnie z dawnymi regułami rzemiosła, więc musiał poświęcać wszystkie siły – jak to określał Jacques Maritain – „dobru zamierzonego dzieła”. Wiem, że mieszkał z żoną w domu z ogrodem, za wysokim murem. Na kopercie przy nazwie ulicy trzeba było dopisać: „za furtą”. Było w nim coś z pustelnika, który stroni od świata, szuka ciszy i skupienia. Nie tylko w mojej opinii był najwybitniejszym polskim malarzem przełomu wieków, a jednak nie zabiegał o zaszczyty, rzadko udzielał wywiadów, nie dostawał nagród ani orderów.

Trwają starania o pośmiertne uhonorowanie malarza medalem Zasłużony Kulturze – Gloria Artis. Jan Kazimierz Kapera, propagator twórczości Świdra za oceanem, pisał, że być może zwiastuje ona „nadejście nowej epoki i nowej sztuki”, która „będzie pogłębiona duchowo”. Malarz miał nadzieję, że taki czas nadejdzie: – W człowieku tkwi potrzeba piękna, więc myślę, że ono wróci do kościołów. Ale od artystów też trzeba wymagać, a nie przyklaskiwać im bez względu na wartość dzieła – podkreślał. Sam od siebie wymagał, czego dowodem jest oddziaływanie obrazów, które pozostawił. – Na mnie działają jak lektura Biblii – mówi Wojciech Wencel. – Opowiadają o świętości i grzechu, czuwaniu i lekkomyślności, samotności i śmierci, a jednak dają ukojenie. •

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.