Pocieszenie

– W dobrej sztuce jest jakaś wielkość będąca znamieniem Pana Boga – mówi ks. Władysław Podhalański. – Choć ja, jako twórca, przed Boskim obliczem jestem prochem i niczem.

Prawdziwa sztuka unieśmiertelnia tego, kto ją tworzy, bo ma taką moc, że nie zginie – jest pewien ks. Władysław. – Taki Michał Anioł będzie żył wiecznie przez swoje dzieła. To, co w człowieku Boskie, wychodzi na zewnątrz i trwa. Nie po to jest wielkie, żeby uległo zniszczeniu, bo w jakiś sposób w tym pięknie znajduje odbicie Pan Bóg.

Ksiądz w rodzinnym Groniu-Leśnicy, w domu po cioci Zofii Wróbel, urządził wyjątkową galerię. Zgromadził w niej imponujący zbiór obrazów, świętych figurek, krzyży, nawet witraży, ale też swoich własnych obrazów na szkle, bo maluje od dzieciństwa. Wszystko po to, żeby uchronić je przed trafieniem na śmietnik lub zapomnieniem. Teraz nie mieszka tu sam, ale w towarzystwie setek świętych, którzy patrzą na niego wzrokiem widzącym więcej. – Obrazy świeżo namalowane nie działają tak jak przemodlone – uważa. – Czasem widzę poczciwy obrazek niewysokiej klasy, na przykład oleodruk. Ale dlatego, że modli się przed nim codziennie jakaś babcia czy dziadek, należy mu się większa cześć niż takiemu ze sklepu – jest przekonany.

Trochę piękna

– Kiedy byłem chłopcem, mieszkaliśmy z rodzicami cztery domy niżej, a tu gospodarowała ciocia z mężem – opowiada. – Możecie ją zobaczyć na tym dobrym portrecie Rostworowskiego – wyławia wzrokiem jedno z płócien zawieszonych na parterze. – Jestem rodem z Gronia-Leśnicy, tylko nazwisko rodzinne zmieniłem. Kiedy poszedłem do seminarium, przełożony powiedział, że „Budz” nie za dobrze brzmi. No to zostałem jegomość Podhalański. W liceum ogólnokształcącym u wielu moich kolegów budziło się powołanie. Wtedy pomyślałem: „Dlaczego nie ja?”. Od wieków ludzi fascynują tajemnice świętości. Chciałem głosić Pana Jezusa, bo nic ciekawszego, piękniejszego i większego nie ma na świecie. I o tym jestem przekonany do dziś.

Szczerą wiarę dostałem od pobożnych rodziców Władysława i Ludwiny z domu Rusin. Słowa pouczają, przykłady pociągają. Na co dzień obserwowałem przykład ich życia. Tata był bardzo dobry, a mama zacna, mądra i rezolutna. Po tacie mam dobroć, a po mamie nie wiem, czy co mam. Ktoś, kto się liczy z Panem Bogiem, żyje zupełnie inaczej niż ten, co Go odrzuca. Mieliśmy sąsiada, który pił, maltretował żonę i dzieci. U nas w domu rodzice zawsze klękali do modlitwy rano i wieczorem. My, dzieci, przykazania i prawdy wiary znaliśmy na pamięć, a ze ścian przypominały nam o Bogu święte obrazy. Od dzieciństwa miałem pociąg do sztuki. Bo jak człowiek coś pięknego zrobi, to sam się cieszy i inni też. Każdemu podoba się prawda, dobro i piękno – triada odzwierciedlająca Boga. Sam chciałem trochę tego piękna stworzyć. Już w szkole nauczyciele mówili, że dość mi się udaje rysowanie. W seminarium w Krakowie zacząłem malować miniaturki na szkle i trochę na płótnie. Z biegiem czasu przyszło wyrobienie – wspomina.

Po drodze

– 20 lat nikt w tym domu nie mieszkał, więc kiedy się tutaj wprowadzałem, musiałem przeprowadzić kilka remontów – opowiada. – Na piętrze dobudowałem galerię, zdziwicie się, że taka mała chałupka, a w środku tyle obrazów. Ludzie nie mogą uwierzyć, że jeden człowiek tyle ich zgromadził. A ja sprzedawałem swoje malunki, żeby kupować dzieła tych, których cenię wyżej. Prowadziłem bardzo skromne życie i nie wydawałem pieniędzy na nic innego – dodaje.

Zanim osiadł w Groniu-Leśnicy, posługiwał w Łapanowie, Makowie Podhalańskim, Szczyrku, Skawinie, Sidzinie, był proboszczem w Zakliczynie i Jurgowie. Jako rezydent mieszkał w parafii w Bukowinie Tatrzańskiej. – Trochę się nawędrowałem, tworząc po drodze swoją kolekcję. Kiedy parafianie zauważyli, że interesują mnie stare rzeczy, a na dodatek za nie płacę, zaczęli mi je przynosić. Byłem wyświęcony na księdza w 1962 r., a gorączki kolekcjonerskiej dostałem na początku lat 70. Bo szkoda mi było tych sponiewieranych starych obrazów, figurek, pocztówek. Widziałem, jak wielu pozbywa się oleodruków, a mnie się podobały, jak wszystko, co wyraża twórcę. Ważne, że kogoś coś inspiruje, nawet jeśli wychodzi z tego kicz. Kicz to jest to, co ktoś tworzy, nie mając pojęcia, jak się to robi, i to nie jest godne, żeby ujrzało światło dzienne. Ale kolekcjonuję kicze, żeby zwiedzający widzieli różnicę między dobrą a złą sztuką – tłumaczy.

Oprócz „świętych” obrazów ma w domu-galerii wiele krajobrazów będących wprowadzeniem do wędrówki w pobliskie Tatry. Już od wejścia uwagę przyciągają pejzaże Stanisława Gałka, jego ulubionego, nieżyjącego już zakopiańskiego malarza. – To Rusinowa Polana. Te owce są puszyste, w dali widać ciemne koliby, lekko zarysowane góry, a na niebie niepokój – wprowadza nas w atmosferę. – Deszcz się zbiera, niedługo przyjdą pierony i trzeba będzie uciekać.

Owce i obrazy

Ksiądz zatrzymuje nas przy„Juhasie beskidzkim”, namalowanym przez Kazimierza Pilarza, jego ucznia ze Szczyrku. – Popatrzcie, jaki ten juhas chudy, pożal się Boże. Po odzieży, baciokach na nogach widać, ile razy zlał go deszcz, jakimi drogami chodził. Ale owce pasie mimo wszystko, bo na tym polega juhasowanie. Dawniej, kiedy w niejednej chałupie była wielka bieda, baca zabierał chłopaków do pracy, żeby pomogli rodzicom. A pasienie owiec to ważne zajęcie. Pan Jezus – pasterz ciągle napomina, żeby dbać o owce. Juhas bez powołania nie poprowadzi ich na łąki, nie przypilnuje i czasem owca wpada w przepaść. Mój tata był juhasem i miał niesłychaną cierpliwość do owiec. Nigdy mu się nie krzywdowało, że nic innego nie robi, tylko pilnuje – opowiada.

Właśnie ze względu na ojca kupił kolejny oleodruk przedstawiający Dobrego Pasterza. – Pójdziemy za księdzem oglądać zbiory – mówię.

– Jak za dobrym pasterzem – śmieje się. Na piętrze otwiera się ogromna przestrzeń ekspozycji. Każde miejsce jest zajęte przez podwójne czy potrójne rzędy obrazów albo rzeźb. – Nie robiliśmy normalnego stropu, żeby więcej się zmieściło – mówi. W kilku pokojach w starym domu zgromadził obrazy dobrane tematycznie. Jeden z nich jest poświęcony kard. Wojtyle, który wyświęcił go na księdza i miał wpływ na jego życie. Można w nim podziwiać 120 obrazów na szkle, które ksiądz sam namalował – portrety papieża z pierwszej pielgrzymki do ojczyzny, obraz kanonizacyjny z placu św. Piotra, moment pogrzebu. Chyba najwięcej miejsca na ekspozycji zajmują wizerunki Matki Boskiej. – Jest tu Matka Boska Jaworzyńska, Matka Boska Cygańska, Matka Boska Dzikowska, są zaślubiny Matki Boskiej ze św. Józefem – wylicza ksiądz. – Mam kilkadziesiąt Matek Boskich Częstochowskich, bo to najczęściej malowany obraz. Choć najbardziej lubię się modlić za wstawiennictwem Matki Bożej Jaworzyńskiej, bo jako chłopiec często chodziłem do Niej z pielgrzymką i miałem ten wizerunek w domu, kiedy Ją malowałem na szkle do Watykanu.

Święci i grzeszni

Idąc przez sale, oglądamy całe korowody świętych. – Obok dziesiątków oleodruków, rosyjskich ikon, posążków świętych w drewnie i bogów greckich, witraża z prowokacyjnym w tym miejscu napisem „Pijciez chłopcy gorzałeckę”, widać nieskończoną ilość dzieł anonimowych malarzy. Ale jest tu też kilka prac Juliana Fałata i Jacka Malczewskiego, którego szczególnie ceni za autorski styl i romantyczność. No i kolegów, takich jak Stanisław Baranowski, który tworzył, ciężko chorując na schizofrenię. Jest tu też sporo dzieł właściciela galerii, który stał się mistrzem malowania na szkle. Odrodzenie tego rodzaju malarstwa na Podhalu uważa za cud po tym, jak lata temu w Zakopanem powodowany pobożnością ks. Stolarczyk topił i rozbijał takie obrazy.

Ksiądz zdradza, że zwykle powstanie obrazu na szkle zajmuje mu tydzień: – Muszę czekać, aż wyschną pewne partie i dopiero wtedy zabieram się za kolejne. Kiedy w lecie dłużej jest jasno, potrafię namalować go w dwa dni. Miejscowy proboszcz uznał, że najpiękniejszy mój obraz na szkle to Madonna z Krużlowej. Jest wielki i łatwo go rozbić, a raz mi się zdarzyło, że siadłem na jednym z obrazów i pękł promieniście.

Kilkakrotnie przynosił do kościoła obrazy, żeby zilustrować nimi kazanie. Ostatnio pokazywał św. Faustynę na szkle. – Ale za mała była – mówi. – Pomyślałem, że w dużym kościele nie będzie jej widać.

Więcej czasu spędza samotnie, bo nie za często zaglądają tu zwiedzający. – Nie ma aż tylu wrażliwych na piękno. Ludzie są bardziej czuli na meble, motory, samochody, stroje. Obraz znajduje się u nich na dalszym planie. A może krępują się księdza, myśląc, że ich będę nakłaniał do spowiedzi? – zastanawia się. Zaraz jednak dodaje, że do spowiedzi przychodzą specjalnie, nie łącząc tego z oglądaniem sztuki. Z praktyki kapłańskiej wie, że nieraz duży talent twórcy kłóci się z jego moralnością: – Bywa, że artysta jest słaby i gmatwa swoje życie, ale w gruncie rzeczy duszę ma wrażliwą i piękną, czuje głębiej i raz przeżywa chwile wzlotu, a drugi raz upada.

Pytam księdza, czy sztuka zmniejsza lęk przed śmiercią. – Każda istota jej się boi, człowiek też, zwłaszcza taki, który ma się czego bać – słyszę odpowiedź. – Trzeba mieć wiarę, że Pan Bóg nie po to nas stworzył, żebyśmy się bali, ale byśmy Mu zaufali. Jeśli człowiek potrafi zachwycić się sztuką i w tym zachwycie trwa, to jest to dla niego pocieszenie.•

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg