Patomowa

Wyzywanie obrońców życia i rządzących najgorszymi wyrazami, jakie tylko zna polszczyzna, dokonuje się za przyzwoleniem środowisk, które chcą uchodzić za elity.

Wulgaryzmy są stare jak świat. Nawet w literackiej polszczyźnie były obecne niemal od samego początku – znajdziemy je chociażby we fraszkach Jana Kochanowskiego czy Mikołaja Reja. Zwykle używało się ich dla żartu albo dla podkreślenia szczególnie silnych emocji. Zawsze jednak postrzegane były jako skrajność, a za dopuszczalne uznawano je tylko w sytuacjach prywatnych i – z rzadka – artystycznych właśnie. Nawet poeci dwudziestowieczni, którzy, jak Andrzej Bursa czy Marcin Świetlicki, sięgali w swoich utworach po wyrazy uznawane powszechnie za wulgarne, przykuwali uwagę czytelników dzięki zaskoczeniu, jakie obecność takiego słowa wywoływała.

Dziś mamy do czynienia z niebezpiecznym przesunięciem: wulgaryzmy stały się częścią debaty publicznej. Kiedy gazeta szczycąca się tym, że jest czytana przez inteligencję, a u początków swego istnienia miała w swojej winiecie hasło: „Nie ma wolności bez solidarności”, rozsyła wiadomości zatytułowane „Wesprzyj #wyp…ać” (w oryginale wulgarne słowo zapisane zostało w całości), to znak, że stało się z nami coś naprawdę niedobrego.

Niszcząca siła

Ktoś powie: przecież to język gniewu, bezsilności – inaczej po prostu się nie da. Czy na pewno? 40 lat temu najważniejszym hasłem pokolenia naszych rodziców i dziadków było słowo „Solidarność”. Nie: „J…ać PZPR”, a „Solidarność”, choć to oni naprawdę żyli w zniewalającym systemie. Oczywiście zdarzały się też czasem wulgarne napisy na murach, wymierzone w przedstawicieli ówczesnej władzy, jednak były to raczej incydenty, a nie naczelne hasła protestów. Wśród wiodących wówczas zawołań najostrzejsze wydaje się może: „Precz z komuną”, ale nawet i ono mieściło się w granicach dobrego smaku. Było wyrazem gniewu, pragnienia zmiany, ale nie szerzeniem nienawiści.

Wielu komentatorów chciałoby widzieć obecne protesty jako wielki zryw na miarę tamtego z początku lat 80. XX w. Ale różnica jest zasadnicza, nie tylko ze względu na temat sporu. Najlepszym miernikiem, papierkiem lakmusowym tej różnicy okazuje się właśnie język. „Solidarność to znaczy: jeden i drugi, a skoro brzemię, to brzemię niesione razem, we wspólnocie. A więc nigdy: jeden przeciw drugiemu. Jedni przeciw drugim” – mówił Jan Paweł II w 1987 r. w Gdańsku. Język dzisiejszych protestów ewidentnie skierowany jest przeciw drugiemu człowiekowi, i to wcale nie dlatego, że jest wyrazem niezgody na wyznawaną przez niego wizję świata. To, że jest „przeciw drugiemu”, znaczy w tym wypadku: jest siłą niszczącą, wznoszącą trudne do obalenia mury, zamykającą jakikolwiek dialog, eskalującą agresję. Na razie ta agresja prowadzi głównie do bazgrania bluźnierczych haseł po świętych miejscach, ale przyzwolenie na tego typu działania może prowadzić agresorów znacznie dalej. Zwłaszcza jeśli jedno z haseł protestu brzmi: „To jest wojna”.

Są jednak i tacy, którzy negują tę niszczącą siłę języka. „Czy ulice mogą spłynąć krwią od przekleństw?” – zapytała mnie niedawno ironicznie jedna ze znajomych. „Tak, mogą” – odpowiedziałem. Atmosfera w kraju jest już tak gęsta, że wystarczy przyłożyć zapałkę, by nastąpił wybuch. Język nie jest przecież rzeczywistością neutralną, oderwaną od życia. Ma wpływ na nasz obraz świata, więc kształtuje także nasze czyny. Jak bardzo można ranić, zabijać słowem, przekonałem się niedawno, czytając dziesiątki ohydnych wpisów komentujących występ naszej redakcyjnej koleżanki Barbary Gruszki-Zych, która broniła życia nienarodzonych w „Loży prasowej” TVN 24. Żaden z tych komentarzy nie nadaje się do powtórzenia – to po prostu morze bluzgów, którymi zwolennicy rzekomej tolerancji próbują zakrzyczeć argumenty drugiej strony.

Wściekłość i determinacja

Oczywiście od zawsze zdarzali się ludzie, którym do opisu świata wystarczyły trzy, cztery wulgarne – najczęściej związane ze sferą seksualną – podstawy słowotwórcze, od których tworzyli kolejne rzeczowniki, czasowniki, przymiotniki. Zawsze też byli tacy, którzy ostrze tych słów wykorzystywali do ranienia innych. Jednak zwykle mówiło się, że jest to język „rynsztoka” albo – w najlepszym wypadku – „spod budki z piwem”. Kiedy w 1991 r. na festiwalu w Sopocie Kazik Staszewski użył w piosence „Dziewczyny” popularnego wyrazu na „k” – w mediach można było jeszcze usłyszeć głosy oburzenia. Dziś to właśnie media są jednym z największych promotorów wulgarnego języka. Przekleństwa słyszymy nie tylko w piosenkach czy filmach, ale i w programach rozrywkowych, satyrycznych, a nawet w audycjach publicystycznych. Rosnące przyzwolenie na takie zachowania językowe sprawia, że stają się one codziennością, ba, zaczynają w naszej mowie dominować. Nic dziwnego, że Polaków za granicą rozpoznaje się coraz częściej właśnie po słowie na „k”. Wulgaryzmy bowiem już nie tylko zastępują przecinki, ale wypierają też szlachetnie brzmiące słowa. Język, zamiast nazywać rzeczywistość, „przezywa” ją.

Podczas ostatnich protestów przekroczona została jednak kolejna granica, bo przekleństw używają (i do ich używania nawołują) nawet zaangażowani w protesty naukowcy. „Nie jako profesorka, ale jako kobieta powiem »je…ć« i »wyp…ć«” – wołała podczas jednego z wieców Inga Iwasiów, profesor nauk humanistycznych z Uniwersytetu Szczecińskiego. Rozentuzjazmowany tłum wkrótce podchwycił te słowa, krzycząc m.in.: „Je…ć PiS” i „Je…ć Godek”.

Jak osoba z kręgów lewicowych, na co dzień piętnujących tzw. mowę nienawiści, może uczestniczyć w tego typu działaniach? To proste: „W naszych hasłach wyrażamy wściekłość i determinację, a mowa nienawiści to odbieranie obiektom praw i zachęcanie do ataku” – tłumaczyła później Iwasiów. Uczciwiej byłoby jednak powiedzieć, że mowa nienawiści jest wtedy, gdy „nas atakują”, zaś wściekłość i determinacja – gdy „my atakujemy”.

„Precz” za słaby?

Tymczasem część środowiska naukowego, zamiast zdecydowanie odciąć się od takiej postawy, pisze listy w obronie prof. Iwasiów. „Profesora [forma gramatyczna oryginalna – przyp. Sz.B.] Inga Iwasiów podczas wspomnianej demonstracji wyartykułowała nasze myśli, nauczycielek i nauczycieli akademickich. Wyartykułowała także puls rewolucji, jaką czynią kobiety i ich sojusznicy obecnie w Polsce” – napisali dr Mikołaj Iwański, prorektor Akademii Sztuki w Szczecinie, oraz dr hab. Tomasz Kitliński z Instytutu Filozofii Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie.

Przeciwko używaniu wulgaryzmów podczas protestów opowiedział się natomiast prof. Jerzy Bralczyk, mimo że, jak podkreślił, osoby biorące udział w manifestacjach „jakoś tam rozumie”. „Paradoksalną sytuacją jest ta, gdy zwolennicy poprawności politycznej, którzy wzbraniają się przed używaniem słowa »Murzyn« czy »Cygan«, teraz ochoczo przyklaskują wulgaryzmom. Wydaje mi się to co najmniej niekonsekwencją” – powiedział Wirtualnej Polsce. Wcześniej, w rozmowie z portalem NaTemat, stwierdził, że hasło „Wyp…ć” źle służy manifestacjom, bo „sugeruje, że protestującym nie tyle chodzi o konkretną sprawę, ile o usunięcie tych, których usunąć chcą – prawdopodobnie rządu, obecnych ustawodawców albo kogoś innego”. „Jestem zdecydowanie przeciwko używaniu takich właśnie słów w przestrzeni publicznej. One oddalają możliwość jakiegokolwiek porozumienia. Być może są wyrazem emocji, która nie znajduje ujścia, ale ci, którzy wypisują je na sztandarach, powinni wiedzieć, że w ten sposób zaogniają dyskurs publiczny. Nie sądzę, żeby zwiększali skuteczność swoich wypowiedzi” – dodał językoznawca, proponując, by wspomniane słowo zastąpić konstrukcją „precz z…”, która skonkretyzowałaby cel protestu.

W odpowiedzi na swoim Facebooku głos zabrał Jerzy Owsiak, grzmiąc, że wspomniany wulgaryzm jest „jedynym dzisiaj zrozumiałym poleceniem wobec ludzi, którzy zdemontowali Polskę i fundamenty państwa” i „jedynym słowem kluczem, które może wziąć nas w garść i przeciwstawić się PiS-owi i brutalnym policjantom”.

Nieparlamentarna demokracja

Podobny ton usprawiedliwiania agresji pojawia się w wielu medialnych komentarzach, ba, znaleźć można nawet elementy zachwytu takim językiem. Na przykład dr hab. Michał Rusinek – literaturoznawca z Uniwersytetu Jagiellońskiego, pisarz, a niegdyś także sekretarz Wisławy Szymborskiej – stwierdził w rozmowie z „Newsweekiem”, że ów tak chętnie dziś używany wyraz na „w” jest „niezwykły pod względem fonetycznym. Kryje w sobie brutalność, siłę, bunt, ale też wyzwolenie. Krzycząc je na ulicy, dajemy upust emocjom, pokazujemy siłę, że tak powiem, nieparlamentarnej demokracji”. Przypomnijmy, że ten sam Rusinek jeszcze kilka miesięcy temu oburzał się na nazywanie opozycji „chamską hołotą”, mówiąc, że „atak na sejmową opozycję jest atakiem zarówno na demokratyczną instytucję Sejmu, a po drugie, na tych wyborców, którzy są przez nią reprezentowani”. Oburzał się oczywiście słusznie, tyle że w kontekście jego ostatnich wypowiedzi wyłania się z tej krytyki moralność Kalego.

To, że bardzo łatwo godzimy się na wulgarność w debacie publicznej, dało się zauważyć już sześć lat temu, kiedy ujawniono tzw. taśmy prawdy. Dramatyczny poziom języka osób, które, przynajmniej teoretycznie, powinny stanowić elitę narodu, wskazywał, że mamy do czynienia raczej z menelami w garniturach. A jednak wielu już wtedy wzruszało ramionami, twierdząc, że „przecież wszyscy tak mówią”. Właśnie ten rodzaj przyzwolenia, obejmujący coraz szersze kręgi społeczeństwa, jest jedną z głównych przyczyn galopującej wulgaryzacji języka.

Nazwijmy więc rzecz po imieniu. Tak jak kiedyś raper Mata nazwał (niestety, też w skrajnie wulgarnym utworze) dzisiejszych „bananowych” licealistów patointeligencją; tak jak transmitowanie w internecie dewiacyjnych zachowań nazywamy patostreamingiem – tak samo język dzisiejszych protestów jest patomową, czyli mową patologiczną, chorą. Chory język to symptom choroby duszy i jednocześnie najprostsza droga do zarażania nienawiścią innych dusz. Dlatego jako chrześcijanie powinniśmy się zdecydowanie przeciwstawiać językowej agresji, zaczynając, oczywiście, od siebie. „Jeżeli ktoś uważa się za człowieka religijnego, lecz łudząc serce swoje, nie powściąga swego języka, to pobożność jego pozbawiona jest podstaw” – pisze w liście św. Jakub (Jk 1,26). Niech te słowa będą dla nas wszystkich rachunkiem sumienia.•

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg