Dźwięki Bogu

Ci, którzy na hasło „muzyka kościelna” reagują uśmieszkiem odsyłającym do skojarzeń z przedszkolnymi jasełkami i parafialną scholką, która nie przejęła się dewizą: „Nasz chór nigdy nie zawodzi”, są w błędzie. To często ekstraklasa. A jednak żaden rynek nie dostał tak mocno w kość jak ten.

O żywotności tej sceny przypominał co roku cieszący się coraz większą popularnością koncert Jednego Serca, Jednego Ducha. Przed rokiem w Boże Ciało w Rzeszowie padł kolejny rekord frekwencji. Aż 50 tysięcy ludzi uwielbiało Boga w parku Sybiraków, a na scenie wystąpiło ponad 200 artystów (wśród nich Beata Bednarz, Lidka Pospieszalska, New Life’m, Tamara Przybysz, Leopold Twardowski, Andrzej Lampert, Krzysztof Antkowiak, Magda Anioł, Adam Szewczyk i jazzman Piotr Baron).

W tym roku scenę tę dotknął ogromny kryzys. I wcale nie z winy muzyków.

Art is work

​Chyba żaden rynek nie dostał tak mocno w kość jak ten. No, może jeszcze przemysł wycieczkowo-wypoczynkowy (na ulicy, którą chodzę do pracy, splajtowały dwa z trzech biur podróży). Rozmawiam ze znajomymi muzykami, których kalendarz, do tej pory szczelnie wypełniony koncertami, nagle niespodziewanie skurczył się do zaledwie kilku występów w roku. I to przy dramatycznie przerzedzonej przez pandemiczne obostrzenia publiczności.

To koszmarny rok dla tych, którzy żyją z muzyki. W ostatnich miesiącach wielu muzyków desperacko zmieniało sobie zdjęcia profilowe w mediach społecznościowych na hasło „Art is work” (Sztuka jest pracą), by zaznaczyć, że nie jest ona jedynie przyjemnym hobby, któremu oddają się z dziką rozkoszą po roboczogodzinach pracy w korpo. Znam doskonale to środowisko od ponad trzydziestu lat i widzę, że dla wielu z nich granie było jedynym źródłem utrzymania.

Tak fatalnego roku jeszcze nie było. Nawet ci, którzy jednego dnia mieli dotąd dwa, a nawet trzy koncerty, w tym roku musieli potulnie zostać w domach. Pół biedy, jeśli grali dotychczas w małych, kameralnych składach (tych udało się jeszcze jakimś cudem upchnąć na scenie z zachowaniem limitów i dwumetrowej odległości), gorzej, gdy należeli do wielkich kościelnych chórów czy zespołów, które zazwyczaj wypełniały, jak słynne rozchwytywane TGD, połowę sceny. Ci mieli najtrudniej, a wielu w tym roku pozostawało bezrobotnych. A ponieważ nie jest żadną tajemnicą, że to właśnie w czasie występów artyści sprzedają ogromną część swych płyt, zasada naczyń połączonych przestała być zagadnieniem stricte teoretycznym.

Zamknięcie auli, sal koncertowych i domów kultury, a w chwilach odwilży radykalne cięcia i limity „ilości widza przypadającego na metr kwadratowy” sprawiły, że imprezy, które jakimś cudem się odbyły, były kompletnie nierentowne i nie zarabiały na siebie.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Reklama

Reklama