Ślady „bolesnej linii” po 100 latach od plebiscytu na Górnym Śląsku

„Zamienię moje piękne, czteropokojowe mieszkanie z telefonem, położone w centrum Katowic, 3 minuty od dworca kolejowego, na podobne lub większe w Bytomiu” – dziś to ogłoszenie prasowe wzbudziłoby sensację. Pochodzi jednak z lat 20. minionego wieku, gdy tysiące Górnoślązaków poszukiwało dla siebie nowego miejsca.

Mija 100 lat od plebiscytu na Górnym Śląsku. 20 marca 1921 r. za Polską opowiedziało się 40,3 proc. głosujących, a za Niemcami 59,4 proc. Ostatecznie, kilka miesięcy później, po zakończeniu III Powstania Śląskiego i na mocy decyzji Ligi Narodów granica polsko-niemiecka na Górnym Śląsku przebiegała nieco korzystniej (po polskiej stronie znalazło się 46 proc. ogółu ludności).

Dziś, wędrując dawną granicą, wciąż jeszcze napotkać można budynki po domach celnych i granitowe słupki z literami P i D. Te znaki to tylko fragment spadku po tamtym podziale. Od Bytomia aż po Zabełków granica między archidiecezją katowicką a diecezjami gliwicką i opolską biegnie wzdłuż tej samej linii, która w 1922 r. przedzieliła Górny Śląsk na polski i niemiecki.

Ślady granicy po 100 latach

100. rocznica plebiscytu może być dobrą okazją do edukacyjnej wycieczki (rodzinnej bądź indywidualnej) śladami dawnej granicy polsko-niemieckiej. Potrzebne są samochód i nieco wiedzy historycznej. Ja wyruszyłem z Bytomia. Na mapie obrazującej podział Górnego Śląska po plebiscycie to miasto swoim kształtem przypomina klin wbity w Polskę. Słupy graniczne ciągną się z trzech jego stron. Rzeka Bytomka, która na 17 lat stała się granicą państwową, prowadzi mnie do Orzegowa, Goduli, kolejnych dzielnic Rudy Śląskiej znajdującej się po stronie polskiej. Rudzka Kuźnica, która w plebiscycie również opowiedziała się za Polską, leżała na trasie łączącej niemieckie Zabrze z niemieckim Bytomiem. Przechodziły tędy linia tramwajowa i droga. Na całym Górnym Śląsku nowa granica przecięła 15 linii kolejowych i 7 tramwajowych, co utrudniło podróżowanie. Z pomocą przyszła Konwencja Górnośląska. Jeden z jej zapisów mówił, że pociągi, których początkowa i końcowa stacja znajdowała się w tym samym państwie, nie podlegają kontroli celnej podczas przejazdu przez sąsiedni kraj. Można było więc spokojnie jeździć na przykład z polskiego Chebzia przez niemiecki Karb do polskiego Radzionkowa.    

Ślady „bolesnej linii” po 100 latach od plebiscytu na Górnym Śląsku   Reprod. Piotr Sacha Rozwidlenie tzw. starej szosy i obejścia Rudzkiej Kuźnicy zbudowanego na dawnym terytorium Niemiec. Zdjęcie z lat 30. XX wieku oraz współczesne (poniżej) Ślady „bolesnej linii” po 100 latach od plebiscytu na Górnym Śląsku  

Przejście graniczne w kopalni

Dawną linię graniczną przecinam też jadąc autostradą, między Rudą Śl. a Gliwicami. Gdy skręcimy z  A4 na Zabrze, znajdujemy kolejne znaki podziału Górnego Śląska. Kopalnia „Makoszowy” jest przykładem tego, jak trudnym zadaniem okazało się wytyczenie tamtej granicy, która dzieliła m.in. pola, ulice i podwórka, rozłączając często bliskich sobie ludzi. W dzisiejszej dzielnicy Zabrza Makoszowach brama zakładu pełniła funkcję przejścia granicznego. Ówczesna kopalnia „Delbruck”, o którą latami toczył się dyplomatyczny spór, w końcu znalazła się po stronie niemieckiej. Położony tuż obok niej dworzec kolejowy, jak i cała miejscowość przypadły w podziale Polsce. Odtąd wielu mieszkańców zmuszonych było przekraczać codziennie granicę w drodze do pracy.

W 1933 r. w Makoszowach urodził się prof. Wilibald Winkler, zmarły dziesięć lat temu były rektor Politechniki Śląskiej i wojewoda śląski. Jego ojciec pracował w koksowni miejscowej kopalni. Winklerowie przeprowadzili się do koloni domków robotniczych w Zabrzu, gdy mały Wilek nie skończył nawet trzech lat. – Na tę decyzję złożyło się kilka czynników – opowiadał mi przed laty profesor. – Przede wszystkim ojciec musiał codziennie przechodzić przez granicę, być dwukrotnie kontrolowanym, co stawało się uciążliwe. Poza tym, chciał, żebyśmy mieli blisko do dobrych szkół. Zresztą był bardzo przywiązany do Zabrza, gdzie się wychował.

Sanki w dolinie Czarnawki

Oprócz Makoszów, jeszcze dwie inne zabrzańskie parafie należą administracyjnie do archidiecezji katowickiej – Kończyce i Pawłów. One również po plebiscycie znalazły się po stronie polskiej. Kilka lat temu niedaleko poradni zdrowia w Kończycach spotkałem panią Stefanię. Doskonale pamiętała ten budynek z dzieciństwa. Wtedy nie pracowali w nim jednak lekarze, lecz celnicy.

– Czy przekraczałam granicę? Wiele razy – opowiadała mi mieszkanka Zabrza. – Mieszkańcy z obu stron granicy jeździli do siebie na zakupy. W Kończycach we wtorki był targ z żywnością. Można by powiedzieć, że tego dnia granica się nie zamykała. Zaś po niemieckiej stronie opłacało się kupować m.in. ubrania. Nigdy nie zapomnę dnia, gdy w Zabrzu kupiliśmy dla mnie piękną, aksamitną sukienkę. Celniczka jednak kazała nam zawrócić. Nie zapomnę, jak wtedy płakałam. I nie zapomnę strażnika, który pozwolił nam w końcu przejść bez kontroli celnej – wspominała pani Stefania.

I jeszcze, przypomniała sobie, że najlepsze tereny do jazdy na sankach znajdowały się w Pawłowie. – Polskie i niemieckie dzieci zjeżdżały z dwóch stron rzeki, spotykając się w dolinie Czarnawki i wołając do siebie przez wodę – uśmiechnęła się na to wspomnienie. Granica inspirowała zresztą najmłodszych do wielu innych zabaw. Śląskie dzieci stawiały na przykład jedną nogę na polskiej, a drugą nogę na niemieckiej granicy. Wołały: „Polska, Niemcy, Polska, Niemcy”.

Losy pewnej studni

Wyniki plebiscytu w poszczególnych gminach nie zawsze odpowiadały późniejszej przynależności państwowej. Tym mieszkańcom regionu, którzy byli niezadowoleni z przebiegu granicy, Konwencja Genewska zapewniała prawo do przeniesienia się na drugą stronę Górnego Śląska. Tylko od 1922 do 1924 r. z takiego prawa skorzystało blisko 200 tys. osób. Wraz z ustanowieniem granicy w prasie i na ulicach zaczęły więc pojawiać się ogłoszenia dotyczące przeprowadzki lub chęci przeprowadzki. Kilka przykładów: „Zamienię moje piękne, czteropokojowe mieszkanie z telefonem, położone w centrum Katowic, 3 minuty od dworca kolejowego, na podobne lub większe w Bytomiu”, „Przeprowadziłem się z Bytomia do Katowic. Lekarz chorób kobiecych”, „Kurs języka polskiego”.

Wytyczenie takiej granicy, jaka miała podzielić górnośląską aglomerację w 1922 r., było zadaniem niezwykle trudnym. Nic więc dziwnego, że w jego wyniku powstało mnóstwo kuriozalnych punktów, które realnie wpłynęły na codzienność podzielonych linią graniczną śląskich rodzin. Jednym z przykładów granicznych absurdów jest przypadek z okolic Górek Śląskich (Niemcy) i Suminy (Polska). Dworzec w Suminie znalazł się bezpośrednio na granicy. Oderwanie położonego za nim torowiska uniemożliwiałoby manewrowanie pociągów. W związku z tym tory kolejowe w samym środku niemieckiej wsi Górki przyznano Polsce. Trzeba było odpowiedzieć też na pytanie, co z terytorium pod ziemią. W kopalniach pojawiały się więc bramy oddzielające polskie i niemieckie chodniki. W miejscowości Hanusek granica dzieliła na pół stojącą w polu studnię.

 

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Reklama

Reklama