Książki, o których należy zapomnieć

Samozwańczy progresywni cenzorzy ze szczególną zawziętością rzucili się na literaturę dziecięcą.

Chociaż tak krytykowany kościelny „Indeks ksiąg zakazanych” należy do przeszłości, a państwowa cenzura praktycznie nie istnieje, pojawiają się jej nowe, bardziej wyrafinowane formy. Nie mniej dotkliwe dla twórców i czytelników. Wiąże się to z galopującą epidemią „kultury wykluczenia”, polegającą m.in. na piętnowaniu w internecie czy wzywaniu do bojkotu dzieł i ich autorów, zerwaniu z nimi kontaktów, a nawet uniemożliwieniu publikacji książek napiętnowanych literatów. W tej dziedzinie kulturowa lewica odnosi sukcesy, szczególnie w USA i Europie Zachodniej. W Polsce zjawisko nie jest jeszcze powszechne, ale i u nas początki tej fali są już widoczne. Charakterystyczne, że napływ literackiego rewizjonizmu uderza przede wszystkim w twórczość przeznaczoną dla dzieci. Okazuje się, że wierszyk Tuwima „Murzynek Bambo” czy „Przygody Koziołka Matołka” Makuszyńskiego są apoteozą kolonializmu i rasizmu, podobnie jak „W pustyni i w puszczy” Sienkiewicza. Najlepiej je usunąć z powszechnego obiegu, bo po przeczytaniu „Murzynka Bambo” można zostać rasistą. Takie nieformalne próby rozpoczęły się już dawno.

Zwodniczy argument

W Stanach Zjednoczonych, gdzie kwestie rasizmu i równouprawnienia w każdej dziedzinie stały się dzisiaj najważniejszymi tematami debaty politycznej, przybrało to formę najpierw potępienia, a później usuwania z kanonu lektur czy ze szkolnych bibliotek dzieł uznawanych dawniej za klasykę. Dzisiaj nieżyjący już autorzy nie mogą składać samokrytyki i korygować swoich książek w duchu poprawności politycznej, więc robią to za nich spadkobiercy czy wydawnictwa. Ostatecznie można nie wydawać uznanych za szkodliwe książek, co spotkało już kilku współczesnych autorów.

Z punktu widzenia poprawności politycznej rozgrywająca się na amerykańskim Południu przed wojną secesyjną powieść Marka Twaina „Przygody Hucka Finna”, zaliczana do największych dzieł literatury w USA, dzisiaj nie powinna znaleźć się w księgarniach. Zresztą już w chwili wydania, w 1885 roku, bibliotekarze w Massachusetts uznali ją za „śmieci” odpowiednie tylko dla „ludzi ze slumsów”. Twain, który przecież nie był rasistą, doskonale znał amerykańskie Południe. W powieści precyzyjnie zrekonstruował klimat tych rejonów, ale również język żyjących tam ludzi i ich stosunek do niewolników. Książka uznana została za rasistowską, bo pada w niej podobno około 200 razy słowo „nigger”, dzisiaj uznane za obraźliwe. Tytułowy bohater, który przecież tam się wychował, chcąc ocenić pozytywnie Jima, uciekającego niewolnika, mówi: „Wiedziałem, że jest w środku biały”. Trudno sobie wyobrazić, jak lepiej oddać sposób myślenia znacznej części mieszkańców Południa w tamtych czasach. Sprawa nabrała szerokiego rozgłosu, kiedy w latach 50. XX w. walcząca o równouprawnienie wpływowa organizacja NAACP (Krajowe Stowarzyszenie na rzecz Popierania Ludności Kolorowej) zarzuciła powieści rasizm. Trudno zrozumieć, dlaczego książka, która przedstawia niewolnictwo w krytycznym świetle, wzbudza aż takie kontrowersje. Chyba że autorzy podnoszący te zarzuty nie rozumieją jej przesłania.

Profesor Jocelyn A. Chadwick, wybitna znawczyni twórczości Twaina, która opracowuje również szkolne programy nauczania mające odzwierciedlać różnorodność, w wywiadzie dla portalu American Experience zauważyła, że najnowszym zarzutem pod adresem Twaina jest fakt, że jest biały i jako taki nie powinien pisać o rasizmie. „Dla mnie ten argument jest zwodniczy. Jeśli przyjmiemy, że biali mężczyźni lub kobiety nie mogą pisać o ludziach kolorowych, to znaczy również, że czarni pisarze nie powinni pisać o białych postaciach” – powiedziała Chadwick, która jest Afroamerykanką.

Bajki pozornie nieszkodliwe

Samozwańczy progresywni cenzorzy ze szczególną zawziętością rzucili się na literaturę dziecięcą. Ulubione przez dzieci na wszystkich kontynentach i wydane również w Polsce książeczki o przygodach słonika Babara autorstwa Jeana de Brunhoffa okazują się obecnie tylko pozornie nieszkodliwe, a tak naprawdę usprawiedliwiają kolonializm i neokolonializm. Jedna z nich, „Podróż Babara”, została usunięta z półek biblioteki hrabstwa East Sussex, bo miała przedstawiać stereotypy dotyczące Afrykanów. Obiektem krytyki stała się też znana u nas seria książek Margret i Hansa A. Reyów o Ciekawskim Georgu, której bohaterem jest mała niesforna małpka zabrana przez Człowieka w Żółtym Kapeluszu do wielkiego miasta. Książeczki te, o wybitnych walorach dydaktycznych, w których trudno doszukać się rasistowskich elementów, mają poniżać mieszkańców Afryki, a szczególnie Afroamerykanów. Jedynym argumentem wysuwanym przez krytyków jest fakt, że małpka przywieziona została z Afryki.

W tym roku zabrano się za dzieła Dr. Seussa, autora kultowych książek dla dzieci. Komisja powołana przez organ zarządzający spadkiem po pisarzu uznała, że nie należy wydawać sześciu książek pisarza, który do tej pory cieszył się raczej sympatią lewicy. Odkryto, że w jego dziełach tylko 2 proc. postaci należy do mniejszości etnicznych, a poza tym zostały one przedstawione zgodnie z rasistowskimi stereotypami. Jakie to stereotypy? Otóż w jednej z nich znalazł się rysunek pokazujący Chińczyka ze skośnymi oczami, naszkicowany dwoma kreskami, a w innej zauważono ilustrację przedstawiającą dwóch mieszkańców Afryki w spódniczkach z trawy.

Przedmiotem ataku lewicowych cenzorów stały się także powieści Laury Ingalls Wilder, autorki cyklu „Domek na prerii”, który stał się podstawą kilku telewizyjnych seriali. Co prawda książki dalej się ukazują, ale prestiżowy Medal Laury Ingalls Wilder, przyznawany przez Stowarzyszenie Bibliotek Amerykańskich autorom bądź ilustratorom książek dla dzieci wydanych w Stanach Zjednoczonych, które miały istotny i długotrwały wpływ na literaturę dziecięcą, przemianowano w 2018 roku na Nagrodę Dziedzictwa Literatury dla Dzieci. Jak się okazało, w jej książkach eksperci znaleźli fragmenty mające dowodzić, że przedstawiła rdzennych Amerykanów, czyli Indian, w sposób rasistowski. W jednej z nich dzieci bawią się w „dzikich Indian”, w innej któraś z postaci mówi, że „dobry Indianin to martwy Indianin”, a niektórzy mieszkańcy boją się oskalpowania przez „dzikusów”.

Dobiorą się do Biblii?

Sposób myślenia członków komisji i progresywnych recenzentów może doprowadzić do sytuacji, w której cały dotychczasowy dorobek literacki należałoby usunąć lub poprawić, zastępując wyrazy rzekomo obraźliwe bardziej neutralnymi. Jednym z argumentów za koniecznością rewizji dorobku literackiego, który na razie nie nabrał ustawowego charakteru, ale w niedalekiej przyszłości nie jest to wykluczone, jest m.in. fakt, że takie wyrazy czy zdania obrażają uczucia ludzi, których dotyczą. Rzeczywiście mogą obrażać, jeżeli zostają wyrwane z kontekstu danego dzieła. Czy na przykład użyte w powieści sformułowanie „dobry Indianin to martwy Indianin” odzwierciedla poglądy autorki, czy raczej sposób myślenia części mieszkańców prerii w opisywanym w powieści czasie? Posługując się tymi metodami, można wykluczyć z obiegu całą klasyczną literaturę, która oddaje ducha czasu, w jakim powstała. W każdym utworze można przecież znaleźć cytat dzisiaj niepoprawny politycznie. Czy z tego powodu nie należy już wystawiać „Kupca weneckiego” Szekspira, sztuki napisanej pod koniec lat 90. XVI w., w której jedną z głównych postaci jest Shylock, żydowski lichwiarz? Podobnych przykładów, również w innych dziedzinach kultury, można znaleźć wiele.

Nie przypominam sobie, by te i inne książki utrwaliły we mnie kiedyś jakieś kulturowe stereotypy. Przypuszczam, że i dzisiaj ich nie utrwalają. Natomiast nie mam wątpliwości, że podobne działania rodzą się z inicjatywy lewicowych fanatyków i ich entuzjastów. Czy w tej sytuacji obawy o to, że narastająca fala rewindykacji dobierze się do Biblii, która zawiera przecież sporo mało poprawnych politycznie fragmentów dotyczących rożnych sfer życia, są pozbawione podstaw? •

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg