Światło w ciemności

Film dokumentalny „Mully” pokazuje, jak wiele może zrobić jeden człowiek dla ludzi pozbawionych wszelkiej nadziei na lepsze życie.

Złe wiadomości sprzedają się tak dobrze, że dobre pozostają w ich cieniu. Sensacje i skandale stały się też pożywką dla ludzi kina, którzy wykorzystują je w nadziei na sukces filmu. Często uważają, że widzów do obejrzenia zachęci sam temat, niezależnie od tego, jak film został zrobiony. Zło wydaje się bardziej fotogeniczne niż dobro.

Ulice beznadziei

Zdarzają się oczywiście wyjątki, będące wynikiem talentu i umiejętności warsztatowych reżysera, czego przykładem jest pełnometrażowy dokument „Mully”. Jest to autorski debiut aktora Scotta Haze’a, znanego z wielu ról w popularnych amerykańskich filmach. Tym filmem dowiódł on, że jest nie tylko dobrym aktorem, ale także reżyserem obdarzonym niezwykłym talentem narracyjnym i wrażliwością na ludzką dolę.

Ta opowieść wydawałaby się żywcem wzięta z jakiejś cukierkowatej hollywoodzkiej produkcji, gdyby nie to, że jest prawdziwa. Ten długi dokument oglądamy z zainteresowaniem od początku do końca, co w dużej mierze jest też zasługą charyzmatycznego bohatera filmu, Charlesa Mutua Mully’ego. To obraz, który otwiera serca, pokazując, jak wiele może zrobić jeden dobry człowiek kierujący się głosem Boga dla ludzi pozbawionych wszelkiej nadziei na lepsze życie. W tym przypadku dla sierot błąkających się po ulicach wielkiego afrykańskiego miasta.

Kenia, gdzie żyją 42 skłócone ze sobą plemiona, jest zarówno krainą turystycznych atrakcji, jak i ekstremalnych wyzwań humanitarnych. Pięćdziesiąt jeden procent mieszkańców żyje poniżej granicy ubóstwa, kraj ten zajmuje trzecie miejsce na świecie pod względem liczby sierot z powodu AIDS.

Pierwsze sceny filmu zdają się sugerować, że będzie on kolejnym dokumentem przedstawiającym obraz nędzy i rozpaczy w jednym z afrykańskich miast. Ukazuje Kiberę w Nairobi, stolicy Kenii, drugą co do wielkości dzielnicę slumsów w Afryce. Mieszkający, a właściwie wegetujący w prowizorycznych chatkach ludzie, jak napisał jeden z dziennikarzy: „niczego się nie boją, bo nie mają nic do stracenia”. Wśród mieszkańców slumsów tej dzielnicy jest aż sto tysięcy osieroconych dzieci, z których co piąte nie dożyje 5 lat. Dokument przedstawia, w jakich warunkach mieszkają i czym się zajmują. W pierwszej dekadzie XXI w. Kibera stała się nawet popularnym miejscem tzw. turystyki slumsowej. Dochodzi tam, najczęściej po wyborach, do walk pomiędzy członkami różnych społeczności plemiennych, a także pomiędzy mieszkańcami i policją. Padają ofiary po obu stronach. W filmie znalazły się archiwalne materiały obrazujące skalę przemocy, do jakiej tam dochodzi. Są to najbardziej przygnębiające sceny filmu.

Niewidzialny bohater

Czy w tych warunkach pozbawione opieki kilkuletnie lub starsze dziecko ma szansę na godną przyszłość? Praktycznie nie. Chyba że ktoś mu poda pomocną dłoń. W Kiberze i innych podobnych dzielnicach takie wydarzenia należą do wyjątkowych. Mieszkańcami slumsów nie interesuje się państwo. Mogą oni liczyć tylko na pomoc organizacji charytatywnych, w tym katolickich misjonarzy i misjonarek, a także indywidualną pomoc osób przejętych ich losem. Film Haze’a opowiada właśnie o jednej z nich, której osiągnięcia w zakresie pomocy dzieciom wydają się wprost nieprawdopodobne. Podobne wątpliwości zrodziły się także w głowie reżysera, kiedy w 2013 roku przyjaciel zaproponował mu realizację dokumentu o Charlesie Mullym z Kenii. Haze przeczytał książkę „Ojciec osieroconych. Historia Charlesa Mully’ego” i nie mógł uwierzyć, że to historia prawdziwa.

„Jestem człowiekiem wierzącym, ale co zrobić, kiedy idziesz z nim, a on wskazuje mi miejsce, gdzie, jak twierdzi, Bóg pokazał mu, że tam będzie woda” – wspominał Haze w jednym z wywiadów. „Charles Mully poszedł w swoim życiu za głosem Boga. Mogłem o tym nie wspominać w filmie, ale Bóg stał się w jakiś sposób główną, chociaż niewidzialną postacią, która prowadzi Charlesa i Esther, jego żonę. Chciałem, by film był prawdziwy w stu procentach i nie unikał religijnego aspektu tej opowieści tylko dlatego, że niektórym się to nie podoba, albo uznają to za niepoprawne politycznie. Ta historia była dla mnie darem. Dałem z siebie wszystko, aby pokazać ją na ekranie najlepiej jak potrafię”. Słowa reżysera o wątku religijnym okazały się prorocze, bo część krytyków w recenzjach po premierze zarzucała mu, że za bardzo akcentuje religijne motywy działania Mully’ego. Z tego wniosek, że prawda jest politycznie niepoprawna, a antychrześcijańska fobia na Zachodzie rośnie.

Historia życia Mully’ego przypomina opowieść z cyklu „od pucybuta do milionera”, ale tylko do pewnego momentu. W chwili kiedy bohater filmu miał już wszystko, czyli pieniądze i wspaniałą rodzinę, nagle bez namysłu zaczął kwestionować własne osiągnięcia. Zaczął szukać sensu życia. Film przedstawia jego biografię, poczynając od naznaczonego biedą i cierpieniem dzieciństwa. Chłopiec mieszkał w małej chatce z braćmi i rodzicami. „Mój tata był bezrobotny i wracał do domu codziennie pijany. Bił matkę” – mówi w filmie Mully, który pewnego dnia obudził się rano i zobaczył, że rodzice i bracia zniknęli. Zrozumiał, że został porzucony. Nie wiedział, co robić. Przez 10 lat musiał żebrać, by przeżyć. „Zacząłem sobie zadawać pytanie, po co żyję. Nie widziałem już w życiu żadnego sensu”.

Widziałem w nich siebie

Nie wiadomo, jak potoczyłyby się jego losy, gdyby nie pewien młody człowiek, który zaprosił go na spotkanie wiernych do kościoła. Tam z ust miejscowego kaznodziei usłyszał, że „nie ma nic niemożliwego dla Boga”. Przejęty tymi słowami wyruszył pieszo do Nairobi szukać odmiany losu. Na co mógł liczyć, nie mając ukończonej szkoły ani żadnego zawodu? Ale to właśnie w Nairobi rozpoczęła się jego droga do sukcesu.

O tym wszystkim opowiadają po latach do kamery sam Mully, jego żona Esther i ich ośmioro dorosłych już dzieci. Są to niewątpliwie wypowiedzi szczere, czasem nawet brutalnie. Dzieci nie zawsze rozumiały, dlaczego ich ojciec robi pewne rzeczy. Uważały, że szkodzą one rodzinie, dopiero z czasem pojęły, czego dokonał. No bo jak zrozumieć fakt, że multimilioner, jeden z najbogatszych ludzi w Kenii, nagle postanawia rzucić pracę i rozdawać, chociaż nie w dosłownym sensie, swój majątek biednym.

Za tą decyzją stało wydarzenie, którego doświadczył na ulicy Nairobi, związane z żyjącymi w slumsach sierotami. „Widziałem w nich siebie. Czułem ból w sercu. Nie mogłem pracować. Płakałem. Pytałem Boga, dlaczego mi to zrobił. Postanowiłem, że już nigdy więcej nie będę robił interesów”. Trudno się więc dziwić rodzinie, że nie przyjęła z entuzjazmem decyzji Mully’ego. Tym bardziej że ich dom, chociaż obszerny, wkrótce stał się zbyt mały, by pomieścić przyprowadzane osobiście przez niego osierocone dzieci. Kilkoro z nich dzieli się z widzami tragicznymi okolicznościami, w jakich znalazły się na ulicy.

Z Afryki rzadko docierają do nas dobre wiadomości, tym bardziej imponujące wydaje się to, czego dokonał jeden człowiek, który przekonał innych, by udzielili mu wsparcia w jego przedsięwzięciu. Zbudowana od podstaw charytatywna społeczność zmieniła, a właściwie uratowała życie ponad 10 000 porzuconych na pastwę losu sierot. Mully robi też coś więcej, bo zapewnia im m.in. wykształcenie, uczy zawodu, zakłada szkoły. Ale to nie wszystko.

W filmie, prócz wypowiedzi przed kamerą bliskich i znajomych bohatera, materiałów archiwalnych, a także wydarzeń rozgrywających się współcześnie, znalazły się inscenizowane sceny dotyczące przeszłości Mully’ego. Wszystkie wypadły bardzo naturalnie, wpisując się w jego narrację. •

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Reklama

Reklama