Aktor uniwersalny

Wiesław Gołas mówił, że ma w sobie „tragizm komiczny”. W rzeczywistości pod tym pojęciem kryła się wielka wszechstronność aktora, rzadko dziś spotykana w tym zawodzie.

Chyba nie ma w Polsce nikogo urodzonego w XX wieku, kto nie kojarzyłby jego twarzy. Jako aktor charakterystyczny najczęściej obsadzany był w rolach komediowych, choć grywał przecież także czarne charaktery. O zdolnościach Wiesława Gołasa do przeobrażania się na scenie wiele mówiła kreacja z „Upiornego twista” z Kabaretu Starszych Panów, w której rano był „śliczny, liryczny i apetyczny”, a „gdy spływał mrok wieczorny, typem stawał się upiornym”.

Nikogo nie wydał

W życiu prywatnym znany był jednak głównie z tej pierwszej twarzy. „Mama mi opowiadała, że po pierwszym klapsie, jaki daje się noworodkowi, nie zapłakałem, ale roześmiałem się głośno. W karierze odbierającej poród doświadczonej akuszerki byłem pierwszym przypadkiem ryczącego ze śmiechu noworodka” – mówił o sobie. Urodzony w 1930 r. w Kielcach, wspominał dom jako miejsce radosne, pełne miłości. Wszystko zmieniło się, kiedy wybuchła wojna. Teofil Gołas, który był oficerem, powiedział synowi na pożegnanie, by opiekował się mamą i siostrą. To były ostatnie słowa, które mały Wiesiek od niego usłyszał. Ojciec był najpierw więziony i torturowany przez gestapowców w Kielcach, a potem stracił życie na Majdanku.

Poczucie odpowiedzialności sprawiło, że chłopiec sam zgłosił się do Szarych Szeregów, gdzie przybrał pseudonim Wilk i brał udział w akcjach małego sabotażu. Niestety, wpadł podczas jednej z nich – przyłapano go na kradzieży broni. Trafił dokładnie do tej samej celi, w której wcześniej siedział jego ojciec. „Pod sam koniec Niemcy stali się szczególnie okrutni, bili okropnie” – opowiadał córce Agnieszce Gołas-Ners. „Wtedy już nie miałem siły i modliłem się, żeby bomba trafiła w nasze więzienie, ale zabiła nie tylko mnie, ale i ich. Narobiłem sobie wtedy guzów na głowie. Podczas badania siedziałem na stołku przodem do ściany, a ręce miałem wykręcone do tyłu. Lali mnie nahajem po plecach, a ja z całej siły wciskałem głowę w mur, tak chciałem uciekać od tych razów”. Mimo okrutnych tortur nikogo nie wydał, a współwięźniowie nabrali do niego szacunku i starali się ulżyć chłopcu w cierpieniu, okładając sine plecy mokrymi szmatami. Więzienie opuścił w styczniu 1945 r.

Diablas, a nie Gołas

Choć zmagał się z wojenną traumą, na zewnątrz pozostawał człowiekiem pogodnym: „Niejednokrotnie sam się zastanawiałem, dlaczego ja, obdarzony tak niewesołym losem, mam w sobie tyle poczucia humoru i jestem raczej wesołkiem niż smutasem” – zwierzał się. W szkole odgrywał rolę klasowego błazna – jeden z nauczycieli stwierdził nawet, że powinien nazywać się „Diablas”, a nie Gołas. Już wtedy ujawniał się jednak jego talent aktorski, zwłaszcza zdolność do znakomitej interpretacji tekstów literackich. Postanowił więc spróbować swoich sił w szkole teatralnej. Wprawdzie w Krakowie oblał ze względu na oficerską karierę ojca, ale spodobał się za to egzaminatorom z warszawskiej PWST, kierowanej przez Aleksandra Zelwerowicza. Po studiach szybko otrzymał pracę w Teatrze Dolnośląskim w Jeleniej Górze, a popisową rolę Papkina z „Zemsty”, którą tam zadebiutował, odgrywał później kilkaset razy, obsadzany w niej przez różnych reżyserów. Twierdził, że to metafora jego zawodu, bo „aktor sprzedaje się, jak Papkin, za talerz zupy”.

Od 1955 r. przez trzydzieści lat związany był z Teatrem Dramatycznym w Warszawie, a następnie ze stołecznym Teatrem Polskim. Ale choć teatr był jego żywiołem, a kamery go peszyły, wielu z nas kojarzy go właśnie z ról filmowych. W pierwszym polskim serialu kryminalnym „Kapitan Sowa na tropie”, wyreżyserowanym przez Stanisława Bareję, zagrał tytułową postać oficera Milicji Obywatelskiej. Bareja był zresztą jednym z najchętniej obsadzających go reżyserów. To właśnie role z jego filmów, takich jak „Poszukiwany, poszukiwana”, „Nie ma róży bez ognia”, „Brunet wieczorową porą” czy serial „Alternatywy 4”, są – obok kreacji Tomasza Czereśniaka z „Czterech pancernych” – tymi, z których widzowie zapamiętali Gołasa najbardziej.

Umie wszystko

Niezapomniane pozostają też jego kreacje kabaretowe. Był współtwórcą Kabaretu Koń, a następnie członkiem Kabaretu Starszych Panów, gdzie dał się poznać także jako wybitny wykonawca piosenki aktorskiej. Wspomniany na wstępie „Upiorny twist” czy utwory takie jak „Kapturek 62”, „Podła”, „Do Ciebie szłem”, „Cóż Ci to ja uczyniłem” – to dziś klasyka gatunku. Podobnie jak brawurowo wykonywana piosenka „W Polskę idziemy” z muzyką Jerzego Wasowskiego do tekstu Wojciecha Młynarskiego, za którą zdobył nagrodę na festiwalu w Opolu w 1971 r. W pamięci widzów zachowały się także skecze Kabaretu Dudek z jego udziałem, w tym słynne „Ucz się, Jasiu”, zagrane wspólnie z Janem Kobuszewskim i Wiesławem Michnikowskim.

Ale to tylko jedna strona jego scenicznej osobowości. „Kreowany na komika, jest w gruncie rzeczy o wiele głębszym aktorem, niż wskazuje to, co dane mu było zagrać” – trafnie mówił o nim Gustaw Holoubek. Sam Gołas zaś twierdził, że z powodu wojennych doświadczeń „więcej ma w sobie tragizmu niż komizmu, a raczej komizm tragiczny”. W rzeczywistości pod tym pojęciem kryła się wielka wszechstronność aktora, rzadko dziś spotykana w tym zawodzie. Jak podkreśla Janusz Kukuła, dyrektor Teatru Polskiego Radia, w rolach dramatycznych był on równie znakomity jak w komediowych. A francuska prasa po jego występie w paryskim Teatrze Narodów w roli Gila w „Paradach” Jana Potockiego pisała o nim: „Jeden z aktorów jest po prostu sensacyjny (nazywa się Wiesław Gołas) i umie wszystko: grać komedię – oczywiście, ale także śpiewać, tańczyć, grać pantomimę i pojedynkować się tak, jak nikt się na naszych scenach nie pojedynkuje”. A było to w czasie, kiedy żył jeszcze Gérarde Philipe, odtwórca roli słynnego Fanfana Tulipana.

Człowiek serdeczny

Wszyscy, którzy mieli okazję zetknąć się z nim osobiście, wspominają nie tylko jego profesjonalizm i ogromną pracowitość, ale także zwykłą ludzką życzliwość. „Człowiek serdeczny, nieskomplikowany, ale życzliwy dla każdego” – tak scharakteryzował go starszy o trzy lata Franciszek Pieczka, „towarzysz broni” z serialu o czterech pancernych. A młodszy o ponad trzy dekady aktor Jacek Kawalec wspomina go jako człowieka „obdarzonego niezwykłą kulturą, a jednocześnie poczuciem humoru, dystansem do siebie samego”.

W ostatnich latach prawie nie pojawiał się publicznie. Mówił, że jest już zmęczony intensywnym życiem i potrzebuje ciszy. W zeszłym roku obchodził swoje dziewięćdziesiąte urodziny. „Nie przewidywałem dla siebie takiego poważnego wieku, ale skoro w niebie tak zarządzono, to się nie sprzeciwiam” – żartował wtedy. Poczucie humoru nie opuszczało go mimo poważnych problemów zdrowotnych. W 2008 r. przeszedł zawał mięśnia sercowego, a w październiku ubiegłego roku – zaledwie kilka dni po jubileuszu – udar mózgu. Miał po nim problemy z mówieniem, ale czuł się dobrze. Niestety, 4 września przeszedł drugi wylew, po którym trafił do szpitala. Zmarł nad ranem 9 września.

„Od najmłodszych lat pragnąłem, by ludzie, patrząc na aktora, mogli się szczerze i serdecznie śmiać” – zwierzał się córce w książce „Na Gołasa”. Kiedy spogląda się na jego dorobek, można być pewnym, że to marzenie się spełniło. Dziś, oprócz śmiechu, niejeden też pewni uroni łzę, przypominając sobie jego występy. Takich aktorów jak on nie ma już wielu, dlatego będzie nam pana Wiesława bardzo brakowało.•

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Reklama

Reklama