Jackie

Jak to możliwe, że Natalie Portman nie otrzymała za ten film Oscara?

Historia sztuki pełna jest portretów koronowanych głów i scen zbiorowych, w których, na pierwszym planie, widnieją najważniejsi członkowie poszczególnych rodów dynastycznych.

Dziś rolę portrecistów przejęli fotografowie i kamerzyści, którzy częściej niż arystokratów, uwieczniają aktorów, polityków i innych celebrytów.

Nie inaczej jest w kinie. Chociażby uchodzący za absolutne arcydzieło i najlepszy film wszech czasów „Obywatel Kane” w reżyserii Orsona Welles’a także jest swego rodzaju portretem. Co prawda jego głównym bohaterem jest niejaki Charles Foster Kane (postać fikcyjna), ale przecież każdy miłośnik kina dobrze wie, że w 1941 r. Welles, w zawoalowany sposób, opowiadał tak naprawdę historię autentycznego człowieka - magnata prasowego Williama Randolpha Hearsta.

Lawirować i „woalować” nie musiał natomiast Pablo Larraín w nakręconej w 2016 roku „Jackie”. Już za sprawą tytułu wiemy o kim będzie ten film. O Jacqueline Kennedy – żonie prezydenta Johna Fitzgeralda Kennedy’ego, a także ikonie stylu, mody i XX-wiecznej popkultury; osobie należącej do współczesnej dynastii, bo przecież tak właśnie nazywa się często rodzinę, czy też klan Kennedych.

Malarskich skojarzeń jest jednak w czasie oglądania tego filmu więcej. Jackie (w tej roli Natalie Portman) przeżywa traumę, żałobę po zamordowanym mężu, więc bardzo często widzimy ją na ekranie osamotnioną i przytłoczoną - także przez krajobraz. Operator Stéphane Fontaine filmuje ją jako niewielką postać, na tle ogromnych przestrzeni i pejzaży. Czegoś (kogoś!) ewidentnie tam brakuje.

Wszystkie te kadry momentalnie przywodzą na myśl obrazy malarzy z epoki romantyzmu (ogrom, potęga, majestat przyrody, zaś gdzieś z boku, często nawet niezauważalna, ludzka postać). Dzięki temu twórcom filmu fenomenalnie udaje się pokazać odczucia osoby pogrążonej w smutku i żalu. Odczuwającej pustkę i osamotnienie po śmierci kogoś bliskiego, a więc coś - niestety – uniwersalnego i odwiecznego.

Jest więc „Jackie” filmem biograficznym, a zarazem swoistym pejzażem duszy. Oczywiście spora w tym zasługa Natalie Portman. Aktorka wzniosła się tu bowiem na artystyczne wyżyny, grając jak nigdy dotąd. Jak to możliwe, że nie otrzymała za swój wyczyn Oscara?

Cóż… W 2017 roku Akademia zdecydowała się uhonorować statuetką Emmę Stone za niesamowity, pełen energii występ w musicalu „La La Land”. I trudno mieć do członków tego szacownego grona pretensję. Bo do kina często przychodzimy właśnie po to, by dobrze się bawić i poprawić sobie nastrój. „Jackie” jest jednak obrazem zupełnie innego rodzaju. To film wyjątkowo smutny, przygnębiający, ale, w finale, przynoszący swego rodzaju oczyszczenie, uspokojenie. Pozwalający na przeżycie w kinie autentycznego katharsis.

*

Tekst z cyklu Filmy wszech czasów   

«« | « | 1 | » | »»

Reklama

Reklama