O książkach można długo i dużo (tak jak o kwiatkach i przyrodzie). To przecież studnia bez dna. Klęska urodzaju.
Mamy wraz z Mężem zwyczaj czytania sobie nawzajem, najczęściej podczas posiłków (kto bardziej głodny – najczęściej ja – je pierwszy, drugi czyta, a potem zmiana). Pewne książki nam się podobają, aczkolwiek nie wszystkie, przy niektórych ostro dyskutujemy, innymi się zachwycamy i długo jeszcze rezonują w naszych rozmowach. Jeden regał wypełniają książki, któreśmy przeczytali razem. Oczywiście poza tymi wypożyczonymi z biblioteki, co się nam czasem zdarza mimo ogromnej ilości książek w domu. Sporo książek odziedziczyliśmy po moim skoczowskim dziadku poloniście, wiele wyszukaliśmy w antykwariatach, a w przypadku nowszych pozycji w księgarniach.
Korzystamy także z niezwykłego pomysłu, jakim jest bookcrossing. W naszym mieście w ramach jakiegoś akcyjnego projektu pojawiły się kiedyś tzw. karmniki na książki. Niestety te małe budki nie wytrzymały próby czasu i pod wpływem warunków atmosferycznych większość z nich uległa zniszczeniu. Również ta nieopodal nas, z której często korzystaliśmy. Od roku jednak w siedzibie naszej biblioteki stoi stylowa szafa oznaczona jako "Strefa bookcrossingu". Nie muszę dodawać, że często z niej korzystamy, przynosząc książki, co do których nie widzimy potrzeby trzymania ich na domowej półce, a komuś mogą się jeszcze przydać. Dzięki takiej wymianie odkryliśmy wiele cennych pozycji czasem zapomnianych wręcz autorów.
Kwestię książek zapomnianych i bogactwa, jakie mogą ze sobą nieść, poruszył Tomasz Stawiszyński w felietonie Niech żyją książki zapomniane w "Tygodniku Powszechnym" (nr 50/2025). Podoba mi się jego wezwanie: "Niech żyją książki dawno zapomniane, niech żyją nisze, osobliwości, rzeczy niewidzialne dla kanonów i głównych nurtów!". Nieraz się z Mężem dziwimy, że wiele ciekawych książek, wartościowych, pomimo podeszłego wieku niejednokrotnie aktualnych dla współczesnego czytelnika, pozostają opuszczone, czasem wręcz niechciane, usuwane z bibliotek, wyrzucane na śmietnik.
Pewnego dnia czekałam na Męża pod sklepem filatelistycznym. Po przeciwległej stronie rynku w pięknej secesyjnej kamienicy trwał remont. Naraz z okna na drugim piętrze zaczęły wyfruwać książki. Kiedy lądowały w ustawionym pod budynkiem kontenerze na odpady, wyglądały jak ustrzelone w locie kaczki. Widok ponury i dojmujący. Nie miały tyle szczęścia, żeby znaleźć się na bookcrossingu, gdzie niewątpliwie ktoś by się nimi zaopiekował.
Gdybym miała zdecydować, jaką książkę zabrać na bezludną wyspę, oczywiście poza Biblią, wybrałabym "Świat roślin, skał i minerałów" (wydanie z 1982 r.). Znaleźliśmy ją na bookcrossingu. Jest ładnie, a przy tym solidnie wydana – mimo swoich lat jest w bardzo dobrym stanie. Niezwykle ciekawa w treści z pięknymi ilustracjami. Samo przeglądanie tego albumu sprawia ogromną przyjemność.
Czasem się z Mężem śmiejemy, że ktoś inny ustala nam listę lektur. A i my możemy komuś sprawić radość tym, co akurat nam zawadza na półce. Tak natknęliśmy się na ciekawą powieść Dorothy Uhnak "Policjanci" (wydanie z 1977 r.). Przypuszczam, że nie przyszłoby nam do głowy sięgnąć po tę książkę w bibliotece. Czytało nam się ją wybornie. Albo "Żyć – znaczy niszczyć?" Iwony Jacyny (wydanie z 1973 r.). Ileż spostrzeżeń tam zawartych dotyczących ekologii, wpływu przemysłu na środowisko naturalne w ogóle się nie przedawniło! Mimo upływu kilku dziesięcioleci i posiadanej od dawna wiedzy praktycznie nic się nie zmieniło w działalności człowieka. I to jest przygnębiające. Natrafialiśmy również na liczną prozę i poezję Jarosława Iwaszkiewicza (mojego ulubionego autora, a teraz po zaznajomieniu się z kolejnymi jego dziełami, muszę przyznać, że lubię go jeszcze bardziej).
Mogę do tej wyliczanki jeszcze dorzucić książkową skarbnicę dziadka, w której ciągle odnajdujemy czytelnicze ciekawostki z literatury polskiej i światowej. Wśród nich choćby "Przygody Andrasza Jelky" Lajosa Hevesiego (wydanie z 1964 r.). Za młodu zaczytywałam się w tej książce podczas wakacyjnych pobytów u babci i dziadka w Skoczowie. Teraz stoi na naszej półce po kuracji u introligatora. Dziwne, ale nie spotkałam jeszcze osoby, która by znała tę książkę. Z podziadkowych zbiorów znalazł się u nas także zaczytywany przeze mnie szereg książek Gustawa Morcinka z "Pokładem Joanny" na czele. Niestety to autor w pewnym sensie zapomniany, całkiem niesłusznie zresztą.
Niekiedy przeraża nas ilość książek czekających w kolejce na przeczytanie (one także mają wydzielone miejsce na regale). A nowe cały czas się pojawiają. Trafnie ten problem obrazuje, przytoczony przez Alberto Castoldiego w "Bibliofollia czyli szaleństwo czytania", fragment "Człowieka bez właściwości" Roberta Musila. Otóż bibliotekarz pracujący w cesarskiej bibliotece powiedział zaintrygowanemu generałowi Stummowi, że liczy ona trzy i pół miliona tomów. Stumm wykalkulował: "...myślałem, że jeżeli codziennie przeczytam jedną książkę, będzie to wprawdzie bardzo męczące, ale kiedyś dojdę jednak do końca i wtedy uzyskam prawo zajęcia pewnej pozycji w życiu intelektualnym, nawet gdy tę czy inną książkę pominę". Następnie stwierdza: "...potem w ministerstwie, jeszcze raz odtworzyłem ten rachunek z ołówkiem w ręku: otóż musiałbym zużyć całe dziesięć tysięcy lat, aby dokonać tego, co postanowiłem. W tym momencie zatrzymałem się jak wryty i cały świat wydał mi się jednym wielkim oszustwem. Zapewniam cię jeszcze teraz, choć zdążyłem już z tego ochłonąć: z tym wszystkim jest coś zasadniczo nie w porządku". Bardzo mnie te dziesięć tysięcy lat uderzyło. To prawda, choćbyśmy stawali na głowie, to i tak nie zdołamy wszystkiego przeczytać.
O książkach można długo i dużo (tak jak o kwiatkach i przyrodzie). To przecież studnia bez dna. Klęska urodzaju. Dziesięć tysięcy lat, żeby to wszystko przeczytać! A ten czas mógłby się de facto ostatecznie okazać niewystarczający.