Tulipanowa gorączka

Klasyczny, kostiumowy melodramat. Usytuowany gdzieś pomiędzy tym, co historyczne, a romantyczne. Jak to zwykle w przypadku takich produkcji bywa.

Pierwsze skojarzenie? „Przeminęło z wiatrem”. Swoisty, hollywoodzki fresk ukazujący nam wojnę secesyjną, a z drugiej strony – zwykłe romansidło, sfilmowane czytadło. A przy tym film wszech czasów. Lub przynajmniej jeden z nich. Z tych – produkcji niezapomnianych, wciąż oglądanych, daj Boże nigdy przez Netflixa, czy inksze streamingi nie zserialonych.

Więc punkt odniesienia, wzorzec twórcy „Tulipanowej gorączki” mieli niezły. I całkiem nieźle sobie ze swoją robotą poradzili. Oczywiście nakręcony w 2017 roku przez Justina Chadwicka obraz nie może się równać pod względem rozmachu/budżetu z dziełem George’a Cukora i Sama Wooda z roku 1939, ale schemat, pomysł jest ten sam. Inne są tylko realia. Tym razem lądujemy w Niderlandach, w XVII wieku, a zamiast szaleństwa wojny mamy szaleństwo spekulacji, giełdy, szybkiego bogacenia się – na tulipanowych cebulkach.

A owszem, i takie zjawisko odnotowała historia ekonomii. Pojawiło się ono również i w sztuce (kłania się obraz Johannesa Hinderikusa Egenbergera ukazujący tytułową tulipanową gorączkę) i kto wie, czy to nie malarstwo nie będzie najlepszym kluczem do analizy filmu z Alicią Vikander, Judi Dench i Christophem Waltzem w rolach głównych.

Kino jest sztuką ożywionych obrazów - nic w tym odkrywczego. A jednak, gdy akcja filmu toczy się w XVII stuleciu, twórcy po prostu muszą sięgnąć po ikonografię z tamtych czasów. Nie tylko po to by ją podejrzeć i zaprojektować odpowiednie wnętrza i kostiumu, ale także po to by oddać hołd dawnym mistrzom. „Cytować ich” na ekranie ustawiając pewne sceny, czy ujęcia dokładnie tak, jak na obrazach dawnych niderlandzkich artystów.

I to w tym filmie widać. Odpowiedzialni za zdjęcia (Eigil Bryld), scenografię (Simon Elliott) i kostiumy (Michael O’Connor), wykonali fantastyczną pracę. Cieszy też swoiste mrugnięcie okiem przez Deborah Moggach - autorkę powieści na podstawie której powstał film – bo przecież wszystkiemu winien jest tutaj pewien malarz. Miał namalować portret młodej żony leciwego kupca, tymczasem zakochał się w niej i…

Więcej już jednak Państwu nie zdradzę. To trzeba zobaczyć samemu, więc jeśli ktoś jeszcze tego filmu nie widział – warto zarezerwować czas w niedzielę 26 kwietnia o 22:50. Film wyemituje TVP 1 (powtórka na tym samym kanale we wtorek 28 kwietnia o 2:20).

On-line „Tulipanową gorączkę” oglądać można na TVP VOD i w Polsat Box Go.

*

Tekst z cyklu Filmy wszech czasów

«« | « | 1 | » | »»
Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg