Awans na owcę

O siedmiolatku drącym się „Dont let mi dałn” i dźwiękach wpadających przez okno z Marcinem Pospieszalskim rozmawia Marcin Jakimowicz.

Marcin Jakimowicz: Obserwowałem kiedyś Twoją rozmowę z muzykiem ludowym. Opowiadał o tradycjach domu, religijnych zwyczajach itd. Gdy nagle zapytałeś wprost o to, czy przyjął Jezusa do swojego życia, facet rozpłakał się. Jak dziecko.

Marcin Pospieszalski: – Ojej, nie pamiętam tej sceny. A dlaczego mogłem wtedy o tym mówić? Może dlatego, że w pewnym momencie człowiek musi na coś się zdecydować? Zdecydować się na to, co będzie robił w życiu. A najważniejsza jest decyzja, czy będzie żył z Bogiem, czy obok Niego.

Pytam o to, bo mówi się, że Pospieszalscy wyssali wiarę z mlekiem matki.

– Chyba wiem, do czego zmierzasz (śmiech). To ogromne medialne obciążenie. Nie lubię takich haseł. Każdy będzie przed Bogiem odpowiadał samodzielnie. Będzie rozliczany z tego, co otrzymał.

Wy otrzymaliście bardzo wiele. Nie wierzę, że wasza twórczość nie jest echem wspólnego kolędowania w domu.

– Jest echem. Ale muzykowanie muzykowaniem, a życie życiem. Bardzo trudne pytania zadajesz (śmiech). To domowe kolędowanie było naturalnym odruchem. Mój tata, architekt, wybrał życie poza głównym nurtem zawodowym. Nie pracował na państwowych posadach, tylko już na początku postanowił, że poświęci swoje życie dla architektury i sztuki kościelnej.

Samobójczy krok…

– Jasne. Skończyło się tym, że gdy budował drugi w swym życiu kościół, musiał tworzyć projekt z innym architektem, bo sam nie miał wymaganych wtedy uprawnień, dostępnych jedynie tym, którzy mieli staż w państwowych biurach projektowych.

Gdy modlisz się w tym kościele, czujesz, że Twój tata zostawił w nim serce?

– O jednym z takich kościołów, projektowanym jeszcze samodzielnie, dowiedzieliśmy się po jego śmierci. Telefon. Dzwoni ksiądz z parafii Kiełczygłów. Zaprasza nas na Mszę za tatę. „O co chodzi”? – zachodziłem w głowę. A on mówi: „Pański ojciec projektował nasz kościół”. Pojechałem na tę Mszę. Przed kościołem marmurowa tablica z nazwiskiem taty. Wszedłem do kościoła i… zdębiałem. W prezbiterium zauważyłem freski w stylu Giotta, które były namalowane w naszym pokoju. Tata z mamą przed namalowaniem fresków w świątyni przećwiczyli je w skali jeden do jeden na ścianach naszego mieszkania. Niezłe déjà vu…

Nie zostaliście jednak wziętymi architektami…

– Nie, choć wszyscy w rodzinie rysowali! Plastyka wygrywała, muzyka była na drugim miejscu. Najstarszy brat Antek, mieszkający w Stanach, utrzymuje się z malarstwa. Mama – świetna malarka – grała na pianinie. Dźwięki towarzyszyły nam od dzieciństwa. Mieszkaliśmy na plebanii kościoła św. Barbary w Częstochowie.

Ilu Was było?

– Niezła gromadka: dziewięcioro plus rodzice. W dwóch pokojach z kuchnią i łazienką. Na szczęście jeden pokój na tyle obszerny, że mogła tam się zmieścić cała nasza dziewiątka. Przez okna nieustannie wpadały do pokoju dźwięki organów, śpiewy pielgrzymek, które obowiązkowo maszerowały obok naszego domu. Chcąc nie chcąc, żyliśmy rytmem roku liturgicznego. Znaliśmy na pamięć wszystkie pieśni adwentowe czy wielkopostne. Do dziś potrafię zaśpiewać po kilka zwrotek każdej z nich.

A jednak jako „młodzi gniewni” nie zareagowaliście na te klimaty traumą…

– Nie zareagowaliśmy alergicznie, bo nikt nam tego nie wciskał. Roraty o bladym świcie, Droga Krzyżowa. Rytm. To było naturalne. Jak oddychanie.

Rodzice nie bili Was po palcach, zmuszając do grania?

– Broń Boże! Było nas zbyt wielu i walenie każdego po paluchach zajęłoby im zbyt wiele czasu (śmiech). Nikt nas nie zmuszał do grania. Mieliśmy własną kapelę: „Niedzielna Szkółka Ojca Stanisława”. Najstarszy, siedemnastoletni Janek, był kierownikiem. Sporo graliśmy w studenckich klubach. Występowaliśmy jako ciekawostka: Mateusz (grał na organach) miał pięć lat, ja – gitarzysta i wokalista – siedem. Kiedyś na koncercie zobaczył nas redaktor „Za i przeciw” i napisał wielki artykuł: „Sensacja czy dylemat?”. Była tam zamieszczona wypowiedź znanego muzyka, że dzieci są zmanierowane i nic im już nie pomoże. Więc nasz tata wysłał nas do szkoły muzycznej…

Jako siedmiolatek grałeś już na gitarze???

– Tak. Śpiewaliśmy Beatlesów. Potrafiłeś w ogóle wysylabizować nazwę tej kapeli? – Śpiewałem tzw. lengłidżem. Czyli fonetycznie wyśpiewywałem to, co udawało mi się usłyszeć. Darliśmy się na przykład: „Dont let mi dałn” czy „Hej dżiu” (śmiech).

To prawda, że Wasza mama zapraszała na wigilie osoby z ulicy?

– To trochę bardziej skomplikowane. Mieszkaliśmy przy głównym szlaku pielgrzymkowym. Kilometr od Jasnej Góry. A po pielgrzymkach często ktoś zostawał: osoby starsze, nieszczęśliwe, z jakimiś życiowymi zawirowaniami. A ponieważ moja mama miała ogromne serce dla tych biedaków, zdarzało się, że lądowali u nas w domu jako „pomoc domowa”. Nie byli gośćmi na wigilię, stawali się członkami rodziny.

Utrzymywaliście z nimi później jakiś kontakt?

– Z jedną z tych osób jakiś czas temu miał kontakt Janek. Ale ponieważ były to osoby w podeszłym wieku, dziś większość z nich nie żyje. Moja mama miała zresztą nieprawdopodobny talent do robienia czegoś z niczego. Opowiem taką scenę. Lata 80. Zaplątała się do nas ekipa z Jurkiem Owsiakiem na czele. Mama zapytała: „Ilu was jest?”. „Dwanaście osób”. „To świetnie się składa, bo mam akurat kurczaka” (śmiech).

MacGyver wysiada… A jak wyglądały pierwsze słynne kolędy u Pospieszalskich? Jezuskiem zostawał najmłodszy z rodziny?

– Tak. A ponieważ co pewien czas pojawiało się w rodzinie nowe dzieciątko, nie było z tą rotacją problemu. Panowała sztywna hierarchia: najstarszy Antek był zawsze Józefem, potem była Maryja z aniołami (grały je siostry). A my obstawialiśmy role pasterzy i owiec. Od trzech lat wzwyż awansowało się z dzieciątka na owcę. Tak opowiada Janek, bo ja jako przedostatnie „dzieciątko” mogę tego nie pamiętać.

Kiedy życie brutalnie zweryfikowało to dziecięce przeżywanie wiary? Miewałeś sytuacje, że krzyczałeś do nieba, a odpowiadało Ci echo, cisza, pustka?

– Nieustannie doświadczam takich chwil. Ojej, naprawdę zadajesz trudne pytania (śmiech). Zmagam się z nimi przez cały czas. Święty Augustyn miał rację: „Raz dokonawszy wyboru, cały czas wybierać muszę”.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg