Bliźni, który uwiera

O „Golgocie Jasnogórskiej”, socjalnym chrześcijaństwie i honorze grzesznika z Ernestem Bryllem


Szymon Babuchowski: Trudno się tworzy wiersze do obrazów?


Ernest Bryll: – Wszyscy myślą, że „Golgotę Jasnogórską” napisałem do obrazów Jerzego Dudy-Gracza, bo jest taka legenda. To niezupełnie było tak. Myśmy się znali z Dudą-Graczem, ale nie była to jakaś głęboka znajomość. Aż nas zagnało do szpitala do prof. Bochenka w Katowicach-Ochojcu, gdzie mieliśmy obaj operację serca. I Jurek mówi do mnie: „Wiesz co, robię takie wotum do Częstochowy, żeby podziękować za uratowanie życia. To jest »Golgota«. Czy ty byś nie dopisał do tego strony poetyckiej?”. Ale od razu też zaznaczył: nie chodzi o to, żeby to było opisywanie obrazów. Wystarczy, że widzenie rzeczywistości będzie podobne.


Co Cię przekonało do podjęcia wyzwania? 


– Ja też miałem za co dziękować po tych bajpasach. Sięgnąłem do paru wcześniej napisanych wierszy i zacząłem je przypasowywać do tych stacji, których szkice widziałem i które mnie mocno poruszyły. Doceniłem wielką rzetelność wykonania, co bardzo cenię u plastyków. To nie były jakieś namazane plamy, tylko naprawdę porządnie wykonana robota, na której wspierała się wizja artystyczna, bardzo dla mnie ciekawa. Więc wyciągnąłem to, co miałem w szufladzie, i zacząłem pisać dalej, niejako do atmosfery tych obrazów.


I tylko atmosfera łączy je z wierszami?


– Jest jeden wiersz rzeczywiście mocno związany z obrazem – to ten, w którym skazują Jezusa na śmierć. Napisałem w nim, że „Każdy Judasza ma na ramieniu”, jak kruka. I poprosiłem Dudę o jedną rzecz. Zapytałem, czy mógłby na tym obrazie domalować kruka, który siedzi na ramieniu zdrajcy. On się zgodził. To właściwie jedyny taki ścisły związek.


Ale podobieństwo widzenia rzeczywiście jest. 


– Myślę, że połączyły nas Katowice. Okres, kiedy mieszkałem na osiedlu Tysiąclecia, był dla mnie bardzo ważny. Również z powodu metafizycznego widzenia świata. Patrzyłem z siódmego piętra na ten Śląsk, taki okropnie konkretny, na tych ludzi biegnących rano do pracy, i pisałem mnóstwo wierszy. Myślę, że u Jurka też czuje się atmosferę tego regionu. Znajduję to u siebie, zresztą także u niektórych poetów ze Śląska, np. u księdza Szymika. Porusza mnie to osadzenie w konkrecie. To chyba tam zacząłem rozumieć, że religijność, taka bardzo głęboka, zaczyna istnieć mocniej w wielkich ośrodkach miejskich. Nam się czasami wydaje, że ona jest jeszcze taka polna, związana z kościółkiem na wsi. Ciągle w nas jest ta poetycka wizja Polski – sielskiej nie sielskiej, ale wiejskiej. Natomiast ludzie z bloków, wyrwani czasami ze swojego życia, dokonują jednocześnie istotnego, na nowo wolnego wyboru. Widzę to także w Warszawie, w dużych kościołach, np. na Służewcu. 


Skąd się bierze ta nowa fala religijności? 


– Patrzę na te tłumy młodych ludzi przychodzące do kościoła na Służewiec. To są ludzie wykształceni, inteligentni, pracujący. Próbują sobie dawać radę z tą dosyć przerażającą rzeczywistością, która buduje samotność. Mimo wyścigu szczurów chcą znaleźć się w byciu razem. Myślę, że to w ogóle podstawowa zasada, którą chyba powoli sobie uświadamiamy – że religia chrześcijańska jest religią, powiedziałbym, „socjalną”. Nie daje się uzyskać związku z Bogiem na zasadzie: „ja sam”. Jezus powiedział apostołom: jeżeli dwóch albo trzech zbierze się w imię moje, będę z wami. Dlaczego musiało być dwóch albo trzech. Dlaczego nie jeden? Bardzo często mówimy: nie lubię tego kościoła, tego tłumu. Tutaj obok stoi jakiś głupiec, tu jakiś dewot, ten fałszuje, a tamten się modli nie w tę stronę – i to wszystko mi okropnie przeszkadza; najlepiej to przeżywam, jak wyjdę sobie gdzieś samotny i patrzę w niebo. Tylko że On wtedy nie przychodzi. 


Dlaczego?


– Bo my się ucieramy socjalnie. Musisz dochodzić do tej relacji z Bogiem z tą przeszkadzającą trudnością, wśród innych. O to właśnie chodzi: by wydobyć z siebie i z innych to coś więcej, co przekracza tę niechęć. To jest przeciwko dzisiejszemu światu, bo dzisiaj karierę się robi osobno, kiedy zdołasz uciec z gromady, a inni zostają z tyłu. To również mnie interesowało, kiedy pisałem „Golgotę”. Zaczynałem rozumieć, że zamykamy się w domach; że po uzyskaniu jakiegoś niby-spokoju, kupnie mieszkania, bardzo często związki ludzi się rozpadają. Bo wszyscy są tak zmęczeni urządzaniem sobie gniazdka, że Chrystusa wyrzucają gdzieś za drzwi. Uchwycenie tego jest zupełnie nowym zadaniem dla naszej kultury. Niezmiernie mało jest poezji religijnej, która mówi o wielkości, ale i okropnej przykrości bycia razem. 


Może właśnie czułość dla drugiego człowieka, z tą całą jego grzesznością, małością, łączy Twoje wiersze z obrazami Dudy-Gracza? 


– Wiesz, ja jestem i podobny, i trochę inny od Dudy-Gracza. To chyba wynika z samej istoty malarstwa, że ten obraz człowieka jest u niego na granicy groteski. Poezja będzie zawsze delikatniejsza, ale ta czułość jest rzeczą zasadniczą. Tyle że ona sama nie wystarczy. Bo można powiedzieć: ja, artysta, wiem, że jesteście marni, czule na was spoglądam i czule opisuję, z głębokimi łzami, waszą marność. W której mieści się i moja marność, niemniej ja ją widzę, a wy nie widzicie. Nigdy nie lubiłem takiej poezji – kaznodziejsko-osądzającej. W relacji z Bogiem, zaczyna się od ciągłego pytania: kto ja jestem? Trzeba spojrzeć z litością na siebie samego. Nie tylko na innych. 


«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg