Kultura jest szykanowana

O Dziewce Niedojdzie, Henryku Walezym i wysokiej kulturze z Dariuszem Karłowiczem, filozofem, redaktorem „Teologii Politycznej” rozmawia Piotr Legutko.

Piotr Legutko: Mieliśmy niedawno do czynienia z wydarzeniem bez precedensu. Przy podziale dotacji na 2015 rok Ministerstwo Kultury całkowicie pominęło pisma konserwatywne. O czym to świadczy?

Dariusz Karłowicz: Nie ma wątpliwości, że polityka kulturalna państwa dyskwalifikuje środowiska konserwatywne i to nie tylko na poziomie finansowania pism, ale i wydawanych przez nas książek. Jednocześnie obserwujemy ewidentną akcję afirmatywną wobec środowisk liberalnych i lewicowych. Tam z kolei mamy do czynienia z aktami oszałamiającej hojności. Można powiedzieć, że to nie nowina. Już w zeszłym roku rocznik filozoficzny „Teologia Polityczna” nie dostał dotacji. Ale w tym roku przekroczono rubikon. Organizatorzy konkursu odmówili dotacji wszystkim tytułom niepodzielającym lewicowo-liberalnej diagnozy kultury i polityki. Na liście odrzuconych znalazły się tak ważne dla polskiej debaty tytuły jak „Arcana”, znakomite „Pressje”, „Christianitas” czy „Czterdzieści Cztery”, ale również bardzo głęboko patrzący na współczesną sztukę „Tartak” czy choćby lewicowy, lecz nieposłuszny wobec zaleceń nowej lewicy „Obywatel”. I chyba chodzi tu o coś więcej niż niechęć państwa wobec konserwatyzmu. Chodzi o zamknięcie debaty ideowej, sporu o kształt państwa i kultury. To taka recydywa dusznego klimatu intelektualnego lat 90. – niechęci do dyskusji, sporu, debaty, pluralizmu.

Ale po odwołaniach jakieś pieniądze jednak przyznano? Medialny szum zrobił swoje?

Owszem, jedni dostali połowę, inni nawet dwie trzecie, ale zawsze to coś. Inna sprawa, że dla konserwatystów ten proces przypomina trochę historię Juranda z Krzyżaków. Jak staniesz pod bramą i pokornie postoisz w pokutnym worze, to wprawdzie Danuśki ci nie dadzą, ale Dziewka Niedojda się znajdzie.

Odrzucenie to nie jest Pański stan ducha?

Zdecydowanie nie. Wolę pokazywać nasze książki niż sińce. Nawet żartujemy sobie z Markiem Cichockim, że od kiedy rozeszło się, jak nas potraktowano w tym konkursie, zyskaliśmy niechcianą popularność – popularność ofiary. Ale to nie jest nasza ulubiona rola. Problem w tym, że ofiarą nie staniemy się my, tylko kultura. Mamy do czynienia z brakiem roztropności ze strony państwa. Wprowadzanie kryteriów partyjnych w obszar kultury wysokiej po prostu ją morduje. Dlatego nie mówiłbym o szykanowaniu środowisk prawicowych, ale kultury jako takiej. Zajmując się Platonem, polityką historyczną, podmiotowością czy sprawami geopolityki, nie czuję się ani prawicowy, ani lewicowy w sensie partyjnym. Tak się składa, że to właśnie środowiska konserwatywne w ostatnich dekadach nadawały w Polsce ton debacie publicznej. Odcinając im tlen, zabija się wolną myśl. Polska lewica jest dziś zjawiskiem wtórnym. Już dawno nie jest to ta wspaniała formacja z lat 70. ubiegłego wieku, która dyktowała tematy dla całej europejskiej lewicy. Nie ma tam Kołakowskich, Kuroniów czy Modzelewskich, są środowiska, które skupiają się głównie wokół kserokopiarek powielających agendę feministyczno-genderową.

Tylko że właśnie te środowiska zapraszane są na kongresy, wypełniają telewizyjne studia, dostają dyrekcje teatrów i dotacje do pism.

Ja im nie żałuję, niech sobie używają kongresów do woli, redagują pisma i kserują. My w „Teologii Politycznej” rozmawiamy o Polsce i kulturze. Nie żałuję pieniędzy na tonery do kserokopiarek, ale pytam, czy starczy ich na atrament opisujący polskie sprawy, czy starczy na wybitne dzieła europejskiej kultury. Czy kultura może istnieć bez książek, które my wydajemy. Zdaniem ministerstwa może. Szkoda, bo nie są to książki „prawicowe”, ale zarówno pozycje znakomitych autorów polskich, jak i wielkie dzieła światowej humanistyki, choćby takie jak „Nauka o konstytucji” Carla Schmidta czy „Powstanie polityczności u Greków” Christiana Meiera. Ministerstwo Kultury powinno być zachwycone, że są jeszcze wariaci, którzy się tym zajmują i chcą do takich książek dokładać – poświęcając swój czas i pieniądze. Bo przecież prosimy o dotację, która pokrywa tylko część kosztów. Rynek nie utrzyma kultury wysokiej, to jest niebezpieczna mrzonka.

Rozmawiał pan z Małgorzatą Omilanowską, ministrem kultury. Co miała w tej sprawie do powiedzenia?

Pani minister jest znakomitym historykiem sztuki, wybitnym znawcą architektury. Rozmowa była bardzo miła. Odniosłem trochę zaskakujące wrażenie, że pani minister nie utożsamia się z procesem, który został przeprowadzony. Nie wykluczam, że jest to typowy w polskich ministerstwach przykład dyrektorokracji. Ktoś coś ustalił, powstał jakiś komitet reprezentujący środowiska wydawców pism, do którego ani nas, ani innych redakcji konserwatywnych nie zaproszono. To gremium zmieniło kryteria podziału pieniędzy i pomogło w wyznaczeniu członków komisji, która zresztą jest ciałem tajnym.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

    Więcej nowości