Jestem po stronie dobra

O śpiewaniu z najlepszymi, chowaniu aparatów słuchowych i budzeniu emocji - rozmowa z Grzegorzem Wilkiem, wokalistą.

Szymon Babuchowski: Zaskoczył Pan niedawno widzów programu „Twoja twarz brzmi znajomo”, przyznając się do wady słuchu. U wokalisty tej klasy wydaje się to wręcz niemożliwe.

Grzegorz Wilk: Nie postrzegałem tego nigdy jako tragedii. Ten problem mam od kilkunastu lat, aparaty noszę dopiero od roku, nie ukrywam ich od kilku tygodni. Chyba jeszcze ciągle dziwi nas, że ktoś może niedosłyszeć. Bo to, że można niedowidzieć, wydaje się normą. Okulary stały się częścią mody. Natomiast aparaty słuchowe jeszcze nie.

Trudno się pracuje wokaliście z niedosłuchem?

Trochę tak jakby się biegało z częściowo zaprotezowaną nogą. Ale skoro jedni bez nogi wchodzą na Mount Everest, to inni mogą śpiewać z częściowym ubytkiem słuchu. Bo też nie jest tak, że ja jestem głuchy. Gdybym był osobą niesłyszącą, to nie potrzebowałbym aparatu. Byłbym zamknięty w świecie ciszy i – rzeczywiście – wtedy pozostaje tylko język migowy. Natomiast ja przez długi czas tej wady u siebie nie zauważałem. Wydawało mi się, że tak słyszy każdy. Jeśli czegoś nie dosłyszałem, zwalałem to na kiepską dykcję mówcy. O swojej wadzie przekonałem się po badaniach. I za którymś razem trzeba się było w końcu z tym pogodzić.

Myślał Pan wtedy, że to koniec ze śpiewaniem?

W żadnym wypadku! Śpiewam, od kiedy pamiętam. To jest moje życie, kocham to, i nawet przez myśl mi nie przeszło, że miałbym to porzucić. Zwłaszcza że właśnie dzięki aparatom słyszę lepiej niż przeciętny człowiek. Oczywiście, ich noszenie bywa uciążliwe. Ale staram się nie postrzegać tego w kategorii kalectwa. Nie chcę wyolbrzymiać tej sprawy. Po prostu mam taką dolegliwość i muszę z nią żyć. Przecież to nie jest koniec świata.

A jednak ukrywał Pan tę wadę.

Ukrywałem, bo żyję z tego, że słyszę. I wydawałoby się, że w moim zawodzie przyznanie się do niedosłuchu jest strzałem w kolano, ale ja się już tego nie obawiam. Zrobiłem to po wygranej ze świetnie słyszącymi, czym udowodniłem, że nie potrzebuję taryfy ulgowej.

Jaki był odzew na Pana wyznanie?

Wywołało ono lawinę e-maili, wiadomości na Facebooku. Nagle okazało się, że bardzo wiele osób ma kłopot ze słuchem. Koledzy i znajomi dzwonią do mnie, żeby zapytać, jakie aparaty noszę, bo sami muszą już podkręcać głos w telewizorze. Otrzymałem całą masę e-maili od matek, które mają niedosłyszące dzieci. One myślały, że ich dzieci nie mają szans na normalne życie. A tu się okazało, że da się z niedosłuchem skończyć studia, rozwijać pasje, i to w kierunku, który wydawałby się niemożliwy przy tym schorzeniu. Wystarczy jedynie nie dopuścić do tego, by mózg przestał analizować sygnały, jakie nie do końca sprawne ucho przekazuje mu w słabszym wymiarze. Jak pan widzi, nie mam nic w uszach, a mimo to słyszę pana doskonale. Dlaczego? Bo często noszę aparaty.

I to pomaga?

A nie słychać? Kiedy zdejmuję aparat, słyszę lepiej niż wcześniej. Dlatego że mózg odbiera te sygnały, do których już dawno nie był przyzwyczajany. Więc jest to niewątpliwie działalność terapeutyczna. Na dzieci niedosłyszące właśnie słuchanie muzyki, a nie zostawianie ich w świecie ciszy, działa terapeutycznie. Nawet jeżeli muszą słuchać głośniej – niech słuchają! Wtedy mózg dostaje sygnały, które może odebrać i rozpoznać. O to właśnie chodzi. Audiolog powiedział mi, że zajmowanie się muzyką ocaliło mnie. Inaczej byłoby już znacznie gorzej.

Długo Pan musiał walczyć o swoje marzenia o śpiewaniu?

Całe życie nic innego nie robię, tylko o nie walczę. Wymyśliłem to sobie, będąc dzieckiem. Oczywiście nigdy nie traktowałem tego całkiem poważnie. Zawsze wychodziłem z założenia, że najpierw trzeba skończyć studia, mieć zawód, a dopiero potem się bawić. Bo jednak uważam, że śpiewanie jest zabawą. Najlepiej się wykonuje zawody, które się kocha – wtedy się nie pracuje. Więc marzenia spełniam cały czas.

Jakie konkretnie?

Wymyśliłem sobie, że chcę śpiewać z najlepszymi. Jako dziecko usłyszałem „Chałupy” Zbyszka Wodeckiego i postanowiłem sobie, że kiedyś z nim zaśpiewam. Teraz jest moim kolegą. Zawsze chciałem zaśpiewać choć jedną piosenkę z Włodzimierzem Korczem. I też jest dziś dla mnie Włodkiem Korczem. Śpiewam z nim i z Alą Majewską oratoria, i jestem bardzo z tego dumny. Podobnie jak ze współpracy z Piotrkiem Rubikiem, z którym objechałem pół świata. A to dlatego, że staram się nie zauważać swojego kłopotu ze słuchem. Nie można być takim masochistą, żeby samemu sobie kłody pod nogi rzucać.

Ale ma Pan jeszcze kilka innych zawodów: socjolog, nauczyciel informatyki, dziennikarz, technik dentystyczny… Duży rozrzut.

Tak. (śmiech) To były moje spadochrony. W wieku dwudziestu paru lat startowałem w castingu do Teatru Buffo, nawet się dostałem, ale postanowiłem odpuścić sprawę, zrezygnowałem, bo studia były dla mnie ważniejsze. Nie wiedziałem jeszcze wtedy, że wartość moich dyplomów tak się zdewaluuje, że będą leżeć w szafie. I nigdy do niczego się nie przydadzą.

Nigdy Pan nie pracował w tych zawodach?

Ani godziny nie spędziłem jako technik dentystyczny (mimo że wszystkie moje prace były umieszczane w gablotach szkolnych jako wzory), bo zaraz po szkole rzuciłem się w wir pracy z Piotrem Rubikiem. A poza tym już wtedy moja współpraca z programem „Jaka to melodia?” rozwijała się dość dynamicznie. Nagrywaliśmy po kilka sesji w miesiącu. Jedynie w zawodzie radiowca udało mi się zdobyć szlify tytularne redaktora Polskiego Radia. Po rezygnacji z pracy w Radiu Opole pracowałem w Trójce. Zabawne, bo przecież radio też opiera się tylko na słuchu. Byłem specjalistą od montażu krótkich form dźwiękowych. Ale robiłem to tak dobrze, że prześcigałem kolegów i koleżanki. (śmiech)

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.