I baca jest kobietą

O tym, jak (rodzinna) równość do bacówki zawitała. I nie wywieje jej nawet halny.

Kto ma owce...

Ulewa cichnie. Wracają chłopy z udoju. Owcze mleko wlewają do krowiego, które już się podgrzało w kotliku miedzianym. Zawsze w proporcji 60 do 40 proc. Więcej oczywiście mleka owczego, bo baca Janina robi oscypki certyfikowane, podhalańskie. Baca Janina dodaje podpuszczkę. – To się mówi: zaklagać – tłumaczy. Syn Andrzej pomaga przelać białą masę do drewnianej beczki – puciery. Przelewa się wszystko przez szczelną gazę oraz... gałązki świerkowe. Tylko gałązki z igliwiem wyłapią wszystkie paprochy. Baca miesza mleko z podpuszczką drewnianym mieszadłem, zwanym ferulą. Na feruli wyryty napis: IHS. – Nie wiecie dlacego? – córka Anna wie wszystko. – Górale zawsze blisko tradycji i Boga byli. To dlatego.  – Kto ma owce, ten ma, co chce – przez okienko bacówki przechyla się jakiś ceper. Chce kupić dwa wędzone i dwa duże białe. I pomędrkować o góralskiej ekonomii. Baca Janina poważnieje.

– A ze trzydzieści roków temu to tak było. Za wełnę z jednego sezonu to i traktory ludziska kupowali. Teraz za strzyżenie jednej owcy trzeba zapłacić 4 zł. Owca daje około dwóch kilogramów wełny. Za kilogram w skupie płacą 1 zł. Obliczyć łatwo. Tu interesu nie ma. To trzeba kochać – mówi baca Janina. Bundz się już wytrąca. Janina siada obok puciery i miesza wszystko (wcześniej wyszorowanymi) rękami. Na dłoniach zostaje ser. Podkłada dużą gazę, a drobinki sera wpadają do siatki. Wyjmuje z puciery sprawnym ruchem około dwóch kilogramów masy serowej. Teraz całość wiesza na drewnianym haku, by obciekło. Za pół godziny można kroić. Z pozostałej mlecznej masy baca Janina i jej wujek (mocny w rękach) zaczynają robić oscypki. – Ja przygotowuję ser. Kubkiem nabieram masę serową, nadaję podstawowy kształt i wstępnie odciskam z serwatki. Podaję wujkowi. Ser trafia do gorącej wody.

A potem wujek wyciska resztkę żentycy i wkłada ser do drewnianej foremki. Foremka nadaje oscypkowi wzór. I wyciska resztę płynu – opowiada baca Janina. Potem każdy ser ląduje w wodzie zimnej, hartującej. I na kilka godzin w rosole. Czyli solance. – Jutro będziemy je wędzić – dodaje. Z 35 litrów mleka powstało 12 dużych oscypków i dwa kilogramy bundzu. Andrzej, mąż bacy Janiny (też certyfikowany baca), podaje kawał sera. Przepyszny, słodki. Wypracowany.

Równość rodzinna   

I tak to trwa. Życie bacy Janiny. W rytm roboty serowej, wśród dzieci, z jednym chłopem przez ćwierć wieku. W malutkiej wsi Brzegi tuż pod Bukowiną Tatrzańską. Z widokiem na Tatry (jeśli tylko chmury nie przysłonią). – Teraz takie czasy, ze baby górom – ogłasza manifest baca Janina, mrugając okiem do męża. – Równość w bacówce i zagrodzie. A prawda jest taka, ze u nas zawsze była praca wspólna, wysiłek wspólny. Bez podziałów. Bo tego prawdziwe życie wymaga. A że baba w bacówce rządzi? No przecie umie! Czasem tylko bacę Janinę biorą na sztandary lokalne feministki. – A niechaj biorom. Ja co myślem, to powim. Prania mózgu mi nie zrobiom. Bo swoje wiem. Równość równościom, a... robić trzeba i sobie w życiu radzić. Bez piyknych teorii. Do domu baca Janina wraca późno. Trza z dziećmi porozmawiać o szkole, ugotować obiad na jutro. I iść spać. Bo od rana znów to samo: wyprawić do szkoły dzieci, a potem prędko na bacówkę. – Tego swojego życia nie zamieniłabym na nic w świecie. Jest moje.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

TAGI| KOŚCIÓŁ

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Reklama

Reklama