Festiwal w cieniu tragedii


Kilka najciekawszych filmów festiwalu, niezauważonych przez jury 40. 
Festiwalu Filmów w Gdyni, dotykało 
problemów śmierci i umierania. 
Kilka Decyzji Tego Gremium było 
co najmniej kontrowersyjnch. 


Jubileuszowy festiwal, a szczególnie jego finał, przebiegł w cieniu śmierci Marcina Wrony, autora „Demona”. Był on twórcą niezwykle utalentowanym. Realizował filmy z myślą o widzu. „Demon”, który ubiegał się o Złote Lwy w tegorocznym konkursie, nie był jednak moim faworytem. Bardziej podobało mi się dopracowane w każdym szczególe od strony formalnej jego przedostatnie dzieło – „Chrzest”. Był jednym z tych filmów, które z powodzeniem wpisywały w popularny gatunek filozoficzne czy religijne przesłanie. „Chrzest” nawiązywał do kina gangsterskiego, „Demon” z kolei był horrorem, ale nie do końca. Reżyser poszerzył formułę gatunku o przemyślenia dotyczące rozliczeń z przeszłością, której tajemnice, jak wynika z filmu, zakopano głęboko pod ziemią. Tym bardziej, jeżeli ta przeszłość związana jest z Holocaustem. „Demon” jest z pewnością filmem niepokojącym, a z tytułowym bohaterem lepiej nie igrać. Wydaje się, że Marcin Wrona najlepsze filmy miał jeszcze przed sobą.


Kontrowersyjne decyzje


Tak się złożyło, że w tym roku problem śmierci i umierania był chyba najbardziej wyrazistym motywem przewijającym się w kilku znaczących filmach festiwalu. Z wyjątkiem „Body/Ciała” Małgorzaty Szumowskiej i „11 minut” Jerzego Skolimowskiego festiwalowe jury nie zauważyło żadnego z nich. 
Sam film Skolimowskiego zasłużył na więcej, wnosząc nowe wątki w dotychczasową filmografię reżysera. Jury co prawda nagrodziło „11 minut” za – jak to ujęto w graniczącym z grafomanią uzasadnieniu – „oryginalność koncepcji artystycznej i profetyzm martwego piksela”, ale filmowi należało się więcej. Poprzedni film, „Essential Killing”, nagrodzony zresztą w Gdyni Złotymi Lwami w 2011 roku, nie wzbudził mojego entuzjazmu. Swoim najnowszym dziełem Skolimowski pokazał, jak się robi dobre, współczesne kino. To film zrealizowany perfekcyjnie w każdym calu, poczynając od scenariusza, kapitalnych zdjęć i montażu, aż do znakomicie poprowadzonych ręką reżysera aktorów. Wśród nich na wyróżnienie zasługuje Irlandczyk Richard Dormer w roli sławnego reżysera z Hollywoodu, który przyjechał do Polski kompletować obsadę swego filmu. Do końca nie wiemy, podobnie jak marząca o wielkiej karierze „przesłuchiwana” przez niego aktorka, kim tak naprawdę jest. Czy cyniczną, zepsutą gwiazdą z hollywoodzkiego parnasu, czy też rzetelnie wykonuje swój zawód. Czy to, co robi, jest tylko grą? Film ma kilkunastu bohaterów, których losy splatają się w dramatycznym finale. Tytuł budzi skojarzenia z tragedią z 11 września 2001 roku, a sam film wzbudza w widzu poczucie niepewności i niepokoju. Dodajmy niepokoju metafizycznego, kiedy na ekranie widzimy tajemnicze znaki zapowiadające jakieś ważne wydarzenie. Mamy tu człowieka z krzyżem, postać pojawiającą się na ekranie wyłączonego telewizora czy znak na niebie dostrzegany tylko przez nielicznych. „11 minut” zadaje podstawowe, a jednocześnie odsuwane gdzieś na boczny tor w gorączkowym rytmie codzienności, pytania o sens życia i śmierci. Jest także wezwaniem do zatrzymania się w tym biegu, refleksji nad sobą i naszymi działaniami, bo nie wiemy, co nas czeka za chwilę. 
Wątpliwości co do decyzji gdyńskiego jury i jego kompetencji, a wcześniej komisji selekcyjnej, rodzi się więcej. Nie wiadomo, jakimi kryteriami kierowała się komisja selekcyjna, dopuszczając do konkursu perwersyjną i obsceniczną „Noc Walpurgii” czy kuriozalne „Córki dancingu”. „Noc Walpurgii” Marcina Bortkiewicza operuje mocnymi efektami, zarówno w warstwie obrazu, jak i dźwięku, ale cały film, zresztą kolejny na festiwalu nawiązujący do Holocaustu, wydaje się wtórny. Nie wiadomo, jaki jest sens tego trącącego sztucznością przedsięwzięcia i o co tak naprawdę w tym filmie chodzi. Temat Holocaustu w bardziej strawnej formie podjęło już wcześniej kilku wybitnych twórców, udowadniając, że można to zrobić bez przekraczania granic wrażliwości widza. Natomiast kompleksem Edypa zajął się z powodzeniem 25 wieków wcześniej Sofokles. „Córki dancingu”, będące dziełem Agnieszki Smoczyńskiej, jury wyróżniło nagrodą za debiut reżyserski. To rzeczywiście bajka dla dorosłych, zwracająca uwagę chyba tylko „kreacjami” młodych aktorek prezentujących odważnie przez pół filmu swoje wdzięki. 


Sprawy 
życia i śmierci


Złotymi Lwami nagrodzono „Body/Ciało” Małgorzaty Szumowskiej. Dwoje bohaterów filmu, prokurator i jego córka, nie mogą poradzić sobie z powrotem do normalnego życia po śmierci żony i matki. Prokurator nie wierzy w nic, a jego córka cierpi na anoreksję. Pomoc oferuje im terapeutka i spirytystka jednocześnie, która usiłuje kontaktować żyjących z ich zmarłymi bliskimi. Ponieważ religia i Kościół w dzisiejszym świecie nie dają już człowiekowi żadnego oparcia, każdy w samotności zdany jest na własne poszukiwania ścieżki duchowej. Nawet cyniczny prokurator, w tej roli znakomity jak zawsze Janusz Gajos, którego nic nie rusza, przeżywa jednak chwilę niepewności i bierze udział w seansie spirytystycznym. Nie zabrakło w tym filmie, opisującym ciało na różnych poziomach, mocnego akcentu krytyki antyaborcyjnego prawa. W finale Szumowska dokonuje wolty, stawiając cały dotychczasowy filmowy przewód pod znakiem zapytania.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg