Sztuka made in China

Na tegorocznym Berlinale szczególną uwagę poświęcono filmom i artystom wywodzącym się z Chin, a przecież twórcy z Państwa Środka świecą tryumfy nie tylko w kinematografii.

W swym onetowym felietonie, zatytułowanym „Chiny idą”, Krzysztof Kłopotowski zauważył niedawno, iż „ceremonia otwarcia igrzysk olimpijskich w Pekinie uświadomiła rodzajowi ludzkiemu, że narodziła się ogromna potęga materialna, która ma mocną podstawę duchową. Dużo mocniejszą, niżeli dekadencki Zachód nie tylko w wydaniu europejskim, ale także amerykańskim”. Teza to cokolwiek kontrowersyjna, zwracająca jednak naszą uwagę na zachodzące w świecie zmiany. Także te, które dokonują się obecnie na międzynarodowym rynku sztuki.

Niespełna dwa lata temu niemiecki „Spiegel” obwieszczał, iż współcześni chińscy artyści są nowymi gwiazdami najsłynniejszych galerii i muzeów, ceny za ich dzieła i instalacje stają się zaś horrendalnie wysokie. Brytyjski „The Economist” donosił z kolei, że gdy idzie o dochody z aukcji w Pekinie, czy Hongkongu, to są one w tej chwili znacznie wyższe niż te, które przynoszą np. licytacje w Paryżu. Tym sposobem Chiny – zaraz po USA i Wielkiej Brytanii – stały się trzecim światowym potentatem na rynku sztuki, spychając tym samym Francję na czwartą pozycję.

Co ciekawe, sporym wzięciem cieszą już nie tylko „stereotypowe” wazy z dynastii Ming, posążki Buddy, czy inne obiekty sprzed wieków, w których jako zdobienia wykorzystano motywy węży i smoków, ale także sztuka z XX i XXI wieku. Zarówno ta, którą określić można jako socrealistyczną, jak i najnowsza, która często bawi się komunistycznymi motywami, gdzie wojskowi i partyjni przywódcy przypominają niejednokrotnie postacie z amerykańskich kreskówek, czy obrazów pop-artowców, którzy zresztą także sięgali po azjatyckie inspiracje.

Dowcipnie, krytycznie, a często nawet frywolnie – tak tworzy się dziś i wystawia w Chinach. Często w pomieszczeniach i budynkach, które wcześniej zajmowała… armia – zauważał na łamach wspomnianego tu już „Spiegla” korespondent tygodnika, Andreas Lorenz. Dziennikarze „The Economist” analizowali natomiast skąd nagle tak wielki boom na wschodnioazjatycką sztukę wśród samych Chińczyków – zwłaszcza tę tradycyjną.

Przyczyna okazuje się być następująca: przez dekady komunistyczne władze zabraniały kolekcjonowania jakichkolwiek obiektów związanych z imperialną przeszłością Chin. W chwili, gdy podobne zakazy przestały obowiązywać, kolekcjonerzy i wielbiciele sztuki rzucili się na wszystko co nawiązywało do tradycji, płacąc za podobne – a zwłaszcza za wykonane z jadeitu zabytki - każdą cenę.

Gdy idzie o chińską cenzurę, to – przynajmniej według Lorenza - nie jest ona obecnie zbyt dokuczliwa. Krytyka negatywnych zjawisk społecznych, czy żarty z Mao Zedonga są przez nią jak najbardziej akceptowalne, choć oczywiście zdarzają się także sytuacje, w których cenzorzy ograniczają swobodę artystów, zwłaszcza, gdy ci ostatni umieszczają symbole narodowe w tak zwanych „niewłaściwych kontekstach”…

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

    Więcej nowości