Wielogłosem

O płycie „Jeden – wiele” oraz duchowości i wielokulturowości Podlasia mówi Karolina Cicha, kompozytorka i wokalistka.

Maciej Kalbarczyk: Niedawno byłem na Twoim koncercie. Kiedy tłumaczyłaś publiczności tekst „Jedid nefesz”, miałaś łzy w oczach. Czy ta pieśń porusza Cię w jakiś szczególny sposób?

Karolina Cicha: Tak. Powtarzam sobie te słowa w trudnych chwilach, kiedy czymś się stresuję albo gdy rozstrzygają się ważne sprawy w życiu moich bliskich.

Początek brzmi tak: „Ukochany duszy, Ojcze miłosierny, pociągnij swego sługę ku Twojej woli”. Jaka jest historia tej pieśni?

Jej autorem jest szesnastowieczny kabalista Rabbi Elazar Azikri. Mistyk żyjący w zupełnie innych czasach niż my napisał niesamowicie uniwersalny tekst. Żydzi śpiewają „Jedid nefesz” podczas szabasu.

Twój najnowszy album to zbiór pieśni chwalebnych wielu świątyń. Skąd pomysł na tak różnorodną płytę?

Pochodzę z województwa podlaskiego. Na poprzednich albumach, począwszy od „Wieloma językami”, przyglądałam się mniejszościom zamieszkującym ten region. Śpiewałam nie tylko po polsku, ale też po tatarsku, litewsku, białorusku, ukraińsku i w języku jidysz. Pomyślałam, że warto przenieść się do świątyń i sięgnąć po muzykę sakralną. Zorientowałam się, że jest to metafizyczne podglebie tej różnorodności, bogactwo, które trzeba pokazać światu. Płyta „Jeden – wiele” gromadzi różne pieśni: katolickie, prawosławne, protestanckie, żydowskie, muzułmańskie. Wszystkie wielbią Boga. Chciałam wydobyć na wierzch najbardziej afirmatywne aspekty tych religii.

Czy któraś z tych religijnych tradycji jest Ci szczególnie bliska?

Zostałam wychowana w katolicyzmie, najbliższe są mi tradycje monastyczne jezuitów, dominikanów i benedyktynów. Czytałam dzieła mistyków i teologów: św. Tomasza z Akwinu, św. Augustyna, Mistrza Eckharta czy Tomasza Mertona. Zgłębiałam także duchowość św. Ignacego Loyoli. Nie są mi obce inne tradycje chrześcijańskie, zwłaszcza prawosławne. Bardzo poruszają mnie teksty z „Filokalii”. Cały czas odkrywam także inne formy religijności, ostatnio mistykę żydowską oraz islamską w otwartej i gościnnej polsko-tatarskiej formie. To są rzeczy, które mnie niesamowicie ciekawią. A zainteresowanie duchowością wyniosłam ze spotkań w Taizé, na które jeździłam jako nastolatka. Tam wspólnie modlili się ludzie z różnych kręgów kulturowych. Działałam też wtedy w białostockim Stowarzyszeniu „Droga”, które zajmowało się dziećmi ulicy. Jego szef – werbista ojciec Edward Konkol – widział chrześcijaństwo ekumenicznie. Wspominam, że podczas Mszy Świętych modlitwę „Ojcze nasz” zapowiadał zawsze: „Śpiewamy ją na taką melodię, jak śpiewają ją bracia prawosławni”. Chciał, żeby wszyscy w stowarzyszeniu czuli się jak u siebie. Prawosławni i protestanci byli także obecni na wigiliach miejskich, organizowanych dla najbiedniejszych w Białymstoku. Ojciec Edek działa tam do tej pory.

Czy z Twoich obserwacji wynika, że wielokulturowość Podlasia powoli odchodzi w niepamięć?

Została niemal zniszczona przez II wojnę światową i czasy PRL-u. Obecnie żyjemy w świeckim, nowoczesnym społeczeństwie, regionalizmy tracą na znaczeniu. W Białymstoku prawosławie ciągle odgrywa jednak ważną rolę. Nie brakuje cerkwi, działają chóry i bractwo cerkiewne, a na uniwersytecie można uczyć się prawosławnej teologii. Judaizm jest obecny niestety prawie tylko w postaci opustoszałych synagog. Na obrzeżach województwa dość aktywnie działa natomiast społeczność tatarska i Muzułmańska Gmina Wyznaniowa. Kiedyś jednak to wszystko działo się na większą skalę. Teraz mamy ostatnią chwilę, żeby te tradycje podtrzymać.

W dawnych czasach w tym wielkim tyglu religijnym podobno podkradano sobie nawzajem pieśni…

To prawda. Na przykład melodia znanej pieśni katolickiej „Idzie mój Pan”, towarzyszącej dzieciom podczas Pierwszej Komunii św., została podsłuchana w społecznościach żydowskich, odśpiewujących nigun. Z kolei nasze „Kiedy ranne wstają zorze” zostały zapożyczone do pieśni, którą Żydzi śpiewają na początku szabasu.

Poza dwiema pieśniami, o których wspomniałaś, na płycie znalazło się jeszcze trzynaście innych utworów. Czym kierowałaś się przy wyborze repertuaru?

Najważniejsze było to, żeby zgromadzić na albumie pieśni chwalebne związane z religiami występującymi na Podlasiu. Podejrzewam, że obecnie na tych terenach można także znaleźć wyznawców buddyzmu i hinduizmu, ale mnie zależało na religiach od dawna wrośniętych w pejzaż tej kultury. Tatarzy mieszkają tam od 600 lat, a prawosławni czy katolicy jeszcze dłużej. Liczyło się także kryterium piękna: wybrałam pieśni, które wydawały mi się najbardziej inspirujące.

Śpiewasz m.in. po cerkiewnosłowiańsku, łacinie, arabsku i hebrajsku. Jak poradziłaś sobie z opanowaniem tekstów w tych językach?

Wymagało to miesięcy przygotowań. Wspólnie z Elą Rojek wykonałyśmy naprawdę dużo pracy. Starałyśmy się docierać do osób, które znają dany język, ale często okazywało się, że będziemy śpiewać w języku martwym, wykorzystywanym wyłącznie w liturgii. W przypadku takich pieśni szukałyśmy wsparcia u ekspertów, którzy tłumaczyli teksty i mówili nam, w jaki sposób powinnyśmy wymawiać poszczególne głoski. Żeby dobrze zinterpretować utwór, musiałyśmy zrozumieć każde słowo.

A jakie założenia przyjęłaś, pracując nad aranżacjami?

Znając kontekst kulturowy, w którym konkretna pieśń powstała, starałam się odrzeć ją z tego, co przez lata mogło ją obciążyć. Dobrym przykładem są wykonania parafialne pieśni, które wszyscy znamy. Uznałam, że warto je odświeżyć i zastanowić się, w jaki sposób treść, która jest niezwykle pogodna, może zostać ujęta za pomocą innego instrumentarium niż organy. W „Kiedy ranne wstają zorze” Karolina Matuszkiewicz gra na fideli płockiej. To bardzo stary polski instrument. Jego zastosowanie było uzasadnione wiekiem pieśni – skomponowano ją w 1792 roku. Dzięki temu zabiegowi okazało się, że utwór jest ciągle żywy, może przybierać nowe formy i nadal inspirować.

Wspólnie z Elą Rojek przygotowałyście układ choreograficzny, który wykonujecie podczas koncertów. Czy w przeszłości tym pieśniom towarzyszył taniec?

Zgłębienie tego wymagałoby dodatkowych studiów. Na przykład wykonywany przez nas taniec wirujących derwiszy jest tańcem modlitewnym, dzięki któremu sufici, czyli mistycy islamscy, wchodzili w kontakt z Bogiem. Pojawia się w nim gest wyciągniętych dłoni: jedna łączy się z ziemią, druga z niebem. Cała postać wiruje, w pewnym sensie wychodząc z własnej orbity. W ten sposób łączy się z Najwyższym, aż do zatracenia siebie. Sufici kręcili się wokół własnej osi nawet przez kilka godzin, nam już po kilku minutach wydaje się to niewykonalne. Z kolei w choreografii do „O Tiebie radujetsia” pojawiają się odniesienia do ikon maryjnych. Ela wykorzystała kilka gestów, w których najczęściej malowana jest postać Maryi. To bardzo stara pieśń z Liturgii św. Bazylego, śpiewana nie tylko przez prawosławnych, ale także przez staroobrzędowców. Niezwykle radosna: „W Tobie radują się chóry aniołów”. Wyrazista, jeśli chodzi o odniesienia do ciała ludzkiego, aż prosi się o dopowiedzenie w formie gestów: „Twoje łono uczynił dla Siebie tronem i wnętrze Twoje rozszerzył poza granice niebios”.

Muzyka sakralna skłania do refleksji. Czy czujesz, że praca nad tą płytą wpłynęła na Twoje wnętrze?

Pracowałam nad nią w dość trudnym okresie mojego życia. Wiem, że do tego zderzenia doszło nie bez przyczyny. Myślę, że nie udźwignęłabym produkcji tego albumu, gdyby nie była to płyta o tak wyjątkowej tematyce. Wyszło pięknie, to dla mnie wielki znak.

A nie tęsknisz za czymś bardziej zwariowanym i alternatywnym, jak np. „List do ludożerców” Różewicza, który nagrałaś kilka lat temu?

No tak: zaczynałam od rocka, poprzez folk, a od jakiegoś czasu coraz bardziej świadomie dążę w kierunku klasyki. Nie tęsknię do eksperymentów, ale przyznam, że za jakiś czas chciałabym nagrać coś totalnie żywiołowego. Marzę o tym, żeby ludzie tańczyli na moich koncertach. Muszę się do tego dobrze przygotować, dlatego zamierzam przeznaczyć dużo czasu na pracę nad kolejną płytą. Myślę o tym, żeby nauczyć się grać linie basu i perkusji, a w utworach połączyć oberki z transowym klimatem współczesnej dyskoteki. Mam nadzieję, że wyjdzie z tego jakiś co najmniej turbofolk. (śmiech) •

Karolina Cicha

Piosenkarka, aktorka, kompozytorka i multiinstrumentalistka. Ukończyła polonistykę na Uniwersytecie w Białymstoku. Posiada stopień doktora nauk humanistycznych.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.