Potop ’39

Sytuacja, w jakiej znaleźli się we wrześniu 1939 r. obrońcy Polski, przypominała biblijny kataklizm i antyczną tragedię zarazem.

Mija dokładnie 80 lat od tragicznego września, który zakończył zaledwie 20-letni czas świeżo odzyskanej polskiej niepodległości. Jako pierwsi stawiliśmy opór niemieckiej machinie wojennej i ponieśliśmy klęskę. Kampania wrześniowa mogła zakończyć się innym wynikiem tylko w jednym przypadku: gdyby alianci faktycznie, a nie tylko deklaratywnie przystąpili wówczas do wojny. Niestety, zostaliśmy sami pomiędzy dwoma agresorami. To, co przez miesiąc działo się na ziemiach polskich, można określić jednym słowem: potop. Taki też tytuł nosi nowa książka Kacpra Śledzińskiego, podążającego szlakiem bojowym wrześniowych obrońców Polski.

Wydaje się, że o tamtej kampanii powiedziano już wszystko. Napisano setki książek, nakręcono dziesiątki filmów. W sieci działa prężne środowisko pasjonatów wojskowości spierających się o detale poszczególnych bitew, znających na pamięć dane taktyczno-techniczne broni i nazwiska dowódców. Ale równocześnie, z upływem lat, rośnie w siłę inna grupa, zapewne liczniejsza, której wystarczy kilka obiegowych sądów na temat września ’39: o głupocie ówczesnych polityków, nieudolności dowódców, deficycie odwagi, słabości wyszkolenia żołnierzy. Wszystko to składa się na obraz bezsensownej „wojenki”, z ułanem atakującym niemieckie czołgi na pierwszym planie.

Tymczasem warto wracać do tamtej kampanii właśnie tak, jak zrobił to Śledziński, kreśląc geopolityczny kontekst, cytując wspomnienia wodzów i generałów obu stron, ale przede wszystkim przywołując cichych bohaterów tamtych dni. Okładkę książki zdobi cytat z Juliena Bryana, amerykańskiego korespondenta wojennego, kronikarza czasu niemieckiego potopu: „Gdyby Spartanie ożyli, to przed wami, Polacy, pochyliliby czoła”. Brzmi patetycznie, ale sytuacja, w jakiej znaleźli się wówczas nasi żołnierze, jako żywo przypominała antyczną tragedię. To, jak się w niej odnaleźli, naprawdę zasługuje na niemodny dziś patos. Co wcale nie znaczy, że należy lekceważyć ówczesne błędy i zaniechania.

Nie ten wódz

Edward Rydz-Śmigły nie jest pozytywnym bohaterem tej opowieści. Nie miał kwalifikacji ani kompetencji, by być naczelnym wodzem. Nie miał też koncepcji, jak rozegrać tę arcytrudną partię. Podczas rozmowy z Melchiorem Wańkowiczem w czasie internowania w Rumunii powiedział wprost: „Jaką koncepcję mieć można przy tym położeniu geopolitycznym? Ale czy można było sączyć wątpliwości w naród, który ma walczyć?”.

Historycy wojskowości nie oszczędzają marszałka, ale i współcześni nie mieli dla niego wielkiego szacunku. Uważano, że kompetencje strategiczne, by dowodzić Wojskiem Polskim, miał nie Rydz, ale generał Kazimierz Sosnkowski. Niestety, Piłsudski nie wskazał następcy, a decyzję co do obsady stanowiska generalnego inspektora sił zbrojnych pozostawił prezydentowi Mościckiemu. Być może – tak sugeruje Śledziński – po śmierci Marszałka inżynier chemik postawił na niższego rangą („tylko” generała dywizji) Rydza-Śmigłego, bo ten, w odróżnieniu od Sosnkowskiego (generała armii), nie zdradzał ambicji politycznych.

Naczelny wódz najpoważniejsze błędy popełnił, zanim wybuchła wojna. Nie chodzi tylko o zwlekanie z mobilizacją czy przyjęcie (za Francuzami) przestarzałej strategii, w której wojska pancerne pełnią jedynie funkcję pomocniczą wobec piechoty. Śmigły nie wykorzystał potencjału intelektualnego polskich dowódców, zamknął się na warianty alternatywne, plany obrony kraju omawiając w bardzo wąskim gronie. Już w trakcie kampanii zdegradował generałów do posłusznych wykonawców rozkazów wodza, co najmocniej odczuł na swojej skórze generał Tadeusz Kutrzeba, dowódca Armii „Poznań”. Choć prawdą jest też, że wielu innych generałów fatalnie wywiązało się ze swej roli, np. Władysław Bortnowski kierujący Armią „Pomorze”.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Komentowanie dostępne jest tylko dla .