Ta książka mnie ocaliła

O nie zawsze radosnych niespodziankach od Boga, czekaniu na cud i książce, która pomaga w przeżywaniu żałoby po śmierci mamy, opowiada Katarzyna Olubińska-Godlewska.

Agata Puścikowska: Lubisz niespodzianki od Pana Boga? Nie zawsze są radosne...

Katarzyna Olubińska-Godlewska: Czas pandemii faktycznie pokazał, że słowo „niespodzianka” nabrało dla wielu ludzi nowego znaczenia. Patrzę na historię mojego domu, ale też wielu przyjaciół, którzy mieli jakieś plany, marzenia, wyobrażenia o tym, jak będzie wyglądało ich życie, i nagle kogoś stracili. Wtedy można się zacząć bać Boga, chociaż ja tak nie miałam. Dla mnie Bóg jest kochającym ojcem. Jednocześnie nikomu nie życzę tego, co mnie, nas jako rodzinę, niedawno spotkało. Nikomu nie życzę takich urodzin jak moje w listopadzie…

Mówisz o śmierci Twojej mamy?

Tak. Z mamą byłam zżyta jak z nikim innym. Była sercem naszej rodziny. Tego dnia planowałyśmy wspólny obiad, rozmawiałyśmy przez telefon. Nic nie zapowiadało tego, że tak szybko i nagle odejdzie. Jechałam z mężem na swoje urodziny do rodzinnego domu w Kruszwicy, z ciasteczkami z modnej warszawskiej cukierni w torbie. Miałam do nagrania przed wyjazdem dwa wywiady i opowiadałam jej o tym. Paradoksalnie jeden był z autorką książki o ks. Dolindo, o modlitwie „Jezu, Ty się tym zajmij”, a drugi z siostrą Chmielewską o macierzyństwie i miłości. Po drodze zatrzymaliśmy się w kościele na Służewie. Chciałam podziękować za kolejne urodziny. W kościele zobaczyłam, że mama dzwoni. Wyszłam i oddzwoniłam, powiedziałam, że już jedziemy. Dziesięć minut później odebrałam telefon od brata: „Mama straciła przytomność. Jedzie pogotowie. Pomódl się teraz za nią”. Pojechaliśmy prosto do szpitala. Ściskałam w ręku różaniec. Nigdy nie modliłam się mocniej. Tylko fragmentu „...bądź wola Twoja” w modlitwie „Ojcze nasz” nie umiałam wymówić. Nie chciałam woli Boga, chciałam, żeby mnie wysłuchał i ją ocalił. Napisałam do wszystkich grup modlitewnych, które znam, wszystkich ludzi wielkiej wiary... Kiedy dojechaliśmy, lekarz powiedział, że mama miała tętniaka i że zostało jej kilka godzin życia. Żyła jeszcze dwa dni. I wbrew mojej pewności, że stanie się cud, odeszła.

Pytałaś Boga dlaczego?

Przez 48 godzin nie pytałam dlaczego, lecz błagałam Go o życie dla niej, nie zadawałam pytań. Chciałam tylko zadbać o mamę. Zapewnić najlepszą opiekę dla ciała i duszy. Ściągnęłam do niej w nocy kapelana szpitalnego. Robiłam wszystko, co mogłam dla niej, tak jak ona całe życie robiła wszystko dla mnie. Wtedy był tylko niewyobrażalny ból. Pytania przyszły później. Przecież napisałam książki o Bogu, zrobiłam tyle wywiadów z różnymi ludźmi o Jego cudach. A sama zostałam bez cudu, bez odpowiedzi. Wiem jednak, że to nie była żadna próba wiary, jak czasami ktoś w podobnych sytuacjach twierdzi. Kim miałby być nasz Bóg, gdyby tak nas „próbował”? Bóg przytulał mnie, nas i mamę mocno do siebie tamtej nocy. Wierzę, że w tej burzy na jeziorze Jemu nic się nie wymyka, że chociaż po ludzku nie umiem zrozumieć jej odejścia, to On wybrał najlepszy czas, żeby ją do siebie zabrać. Mogłabym się teraz obrazić na Boga, ale wolę dziękować za taką kochaną mamę, za ten czas miłości i bliskości. Pretensje miałam raczej do siebie, że nie umiałam nic więcej zrobić: ja, dziennikarka, blogerka, autorka książek i córka, z której była taka dumna… Nie umiałam nic zrobić.

Po śmierci mamy napisałaś książkę. To próba poradzenia sobie z żałobą?

Po jej śmierci miałam takie fizyczne odczucie, że nagle ktoś odciął mi pół ciała i nie mam serca, tylko czarną dziurę w sobie. Jeden z ojców dominikanów powiedział mi, że z rodzicami, z rodzeństwem, a zwłaszcza z mamą podobno jesteśmy związani duchową, niewidzialną nicią. Kiedy ktoś odchodzi, ona nie jest przerwana, ale jednak namacalnie odczuwasz brak. Ja do niczego nie dojrzałam ani nie zmądrzałam, ani nie chciałam się mądrzyć, ani mówić nikomu, jak ma żyć. Ja się zmieniłam i ta zmiana polega na tym, że staram się żyć tu i teraz, i jeśli chcę coś powiedzieć, to mówię. Nie odkładam na później jak kiedyś, nie analizuję. Idę za sercem. O książce na temat własnego domu myślałam od dawna, ale nie mogłam zdecydować, jak ma wyglądać. W niecały miesiąc po odejściu mamusi, 8 grudnia, siedziałam na jej ulubionym krześle. Obok leżał jej telefon. Było tak pusto i cicho, tak strasznie. W głowie ciągle odtwarzałam scenariusz tamtych wydarzeń. Wtedy przyszło pytanie: „Czego chciałaby twoja mama od ciebie?”. Przypomniałam sobie, kiedy była najbardziej szczęśliwa: po pierwsze – kiedy my byliśmy szczęśliwi, po drugie – kiedy pisałam. Zaczęłam myśleć o jej życiu, o tym, ile razy czuła się bardziej samotna niż ja (chociażby wtedy, gdy jako dziecko straciła oboje rodziców). Mimo swoich przeżyć, dzieciństwa w domu dziecka, tęsknoty stała się kobietą, która zawsze nam powtarzała: „Nigdy nie można się poddawać, jutro będzie lepiej”. Wszystkie wspomnienia złożyły się w jedną myśl: napiszę książkę, o niej i dla niej, książkę o naszym rodzinnym domu. Ta książka będzie dawała nadzieję, bo moja mama zawsze uczyła mnie nadziei: żeby wierzyć w ludzi, w każdy nowy dzień, w Boga, że On nigdy nas nie zostawi. Chcę, żeby ta książka robiła dobro, więc będzie cegiełką. Każdy egzemplarz jest cegiełką dla Joasi, chorej na SM, niezwykłej, dzielnej, młodej mamy z Torunia.

Trudno pisać książkę z... głębi serca?

Kiedy wróciłam do siebie, powitała mnie jej ulubiona filiżanka. Zaparzyłam kawę i zaczęłam pisać. Sam proces pisania książki to był niezapomniany czas, takie noce z mamą. Codziennie późno, kiedy wszyscy spali, w najzimniejszą zimę siadałam na kanapie, otulałam się kocem od mamy, pies przytulał się do mnie, a ja zanurzałam się w najpiękniejsze wspomnienia, wchodziłam do innego świata, do zaczarowanego ogrodu, i pisałam o naszym domu, o stole, o spotkaniach przy nim. Pisałam te wszystkie słowa, których nie zdążyłam wypowiedzieć. Chciałam tylko wykrzyczeć jej, że ją kocham, zrobić coś dla niej. Ale tak naprawdę to książka... mnie ocaliła. Pisząc ją, przypomniałam sobie powoli, co zawsze było ważne dla nas, czego uczyła nas mama, że życie jest największym darem i skarbem, tak samo jak ludzie, których kochamy. Przypomniałam sobie jej wiarę i jaką siłą jest wiara. Tak, ta książka mnie ocaliła. To wszystko, co się stało, pokazało mi, że trzeba żyć tu i teraz, i tu, i teraz pić kawę z tymi, których kochamy, bo następnej okazji, filiżanki może nie być.

Za taką szczerość czasem się płaci. Chociażby wystawieniem się na ludzkie komentarze i ocenę.

Pierwszy raz w życiu nie przejmowałam się tym, co ludzie pomyślą. Byłam w innym świecie. Paradoksalnie czas pisania był dla mnie łatwiejszy niż czas bez pisania, bo kiedy skończyłam, nic nie mogłam już dla mamy zrobić. Na półce mam książki napisane przez rodziny na pamiątkę. Ktoś zrobił po śmierci taty film. Ktoś inny namalował obraz swojej mamy. Koleżanka, która straciła mamę kilka miesięcy wcześniej, wykleiła sobie jej zdjęciami dom. Każdy szuka sposobu na poradzenie sobie z tęsknotą. Nagła strata sprawia, że zostajesz z potokiem słów, których nie zdążyłaś wypowiedzieć. Kiedy skończyłam i przesłałam wydawcy tekst, moja redaktorka powiedziała, że nie jest w stanie nic z niego wyciąć. I że namalowałam słowami obraz, cały z tęsknoty, miłości i kwiatów, które tak zawsze obie z mamą kochałyśmy. Mam nadzieję, że mama ten obraz namalowany słowami widzi z nieba.

Mama Mariolka była dla Ciebie drogowskazem i chyba przyjaciółką. Skąd biorą się takie matki?

Zaskoczę cię. Mama nie była ani drogowskazem, ani przyjaciółką. Ona była mamą – zawsze obecną i kochającą. Myślę, że to jej trudne dzieciństwo spowodowało, że taka była. Najważniejsze dla niej były rodzina i dom, bo tego domu sama nie miała. Zastanawiam się, jak mimo braku przykładu domu umiała go stworzyć. Prosty przykład: gotowanie. Ostatnio próbuję odtworzyć jej dania, przekopuję jej książki kucharskie, szukając przepisów, a i tak nic nie smakuje tak jak jej potrawy. Mama natomiast tego nigdy nie miała, nie miała wzoru kobiety – matki. Mimo to nasz dom był ciepły, otwarty dla ludzi, nieoceniający, z suto zastawionym stołem i mamą, która zawsze umiała wysłuchać, powiedzieć coś mądrego, ciepłego. Do tego była tytanem pracy, silną babką, pielęgniarką, która wyróżniała się opiekuńczością i cierpliwością. Była twardzielką, chociaż była krucha i wrażliwa, była zaradna i na każdą sytuację miała rozwiązanie, była piękną kobietą, chociaż bardzo skromną.

Czy dobra, ciepła matka gwarantuje potem idealne życie dzieci?

Mojej mamie nigdy nie chodziło o to, żebyśmy byli idealni, ale szczęśliwi, i byśmy się nawzajem kochali. Uczyła nas zasad, które miały w drodze do tego szczęścia pomóc. Mieliśmy jednak dużo wolności w naszych wyborach. Mama też miała swoje słabości, nasza relacja nie była cukierkowa, tylko prawdziwa. Było tam miejsce na różne emocje, także na gorsze dni, nieporozumienia. Wiedziałam jedno: niezależnie od wszystkiego zawsze nas kochała. Nie chodzi chyba o to, żeby być idealnym, ale o miłość. Zresztą o tym piszę w rozdziale o naszym stole, który ktoś porysował: nie ma prawdziwej miłości bez rys, bez błędów, bo ideały nie istnieją.

Chciałabyś naśladować swoją mamę? Masz jej cechy w sobie?

Bardzo chciałabym być tak cudownym człowiekiem, chociaż wiem, że daleko mi do niej. Z pewnością mam inny charakter niż moja mama i nigdy nie będę taka kochana, cierpliwa, wspaniałomyślna, choć pewne cechy chyba po niej mam. Gdy patrzę na dom, który stworzyłam, mam poczucie, że jest to dom tak samo otwarty i gościnny, bo widzę, że różni ludzie z różnych środowisk czują się u nas dobrze. Mam w sobie uważność na drugiego człowieka – to też po mamie. Tak jak ona lubię dbać o dom, tak jak ona staram się łączyć, a nie dzielić.

Czujesz się już na tyle silna, że możesz – chociażby książką – nieść pomoc?

Ta książka to przede wszystkim podziękowanie dla mamy. Ale to też ratunek z nieba dla mnie, to moje zapiski z poszukiwania nadziei pośrodku ciemnej nocy. Pisałam ją głównie z myślą o mamie, później o moich braciach i o tacie, o siostrach i bracie mamy, żeby podnieść ich na duchu. Książka jest próbą poradzenia sobie z czymś, co po ludzku mnie przerosło i przerasta, to mój krzyk – że się nie poddam. To mój protest przeciwko ciemności i rozpaczy. Wiem już też, że można żyć dalej z wyrwą w sercu, każdego dnia się tego uczę i coraz częściej się uśmiecham. Książka to moje poszukiwanie nadziei, którą znalazłam, ale to nie wyklucza bólu. Nie jest też powierzchowne, bo zakorzenione w Kimś większym niż śmierć, w Kimś, kto obiecał życie wieczne i pocieszenie dla tych, którzy płaczą. On stoi przy mnie, przy każdym, kto po kimś płacze. I pociesza. •

Katarzyna Olubińska-‑Godlewska

jest dziennikarką prowadzącą program „Dzień dobry TVN”, autorką książek oraz popularnego bloga „Bóg w wielkim mieście”.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Reklama

Reklama