Ostatni – jak dotąd – film Woody’ego Allena.
Film, który przeszedł właściwie bez echa. O ile jego przedostatnia produkcja, „W deszczowy dzień w Nowym Jorku”, przyciągała uwagę widzów i krytyków chociażby ze względu na doborową obsadę (Timothée Chalamet, Selena Gomez, Elle Fanning, Jude Law, Diego Luna), o tyle „Hiszpański romans” został właściwie przemilczany. Zignorowany.
Swoje zrobiła rzecz jasna pandemia, ale wpływ na odbiór tego nakręconego w 2020 roku filmu miał, przede wszystkim, dokumentalny serial „Allen kontra Farow”, w którym powrócono do sprawy (rzekomego?) molestowania przez Allena jego pasierbicy.
Afera i proces sprzed niemal 30 lat, o których przypomniał jeden z serwisów streamingowych, sprawiły, że i film i sam Allen stali się (chyba) przykładami tego, jak działa tzw. „kultura wykluczenia”, o której Jacek Dziedzina pisał w artykule „Myślozbrodnia i kara”.
Chyba, rzekomo… - używam tych właśnie określeń, bo przecież nie wiem, jak było naprawdę. Wiem natomiast, że obejrzałem „Hiszpański romans”. Wiem też, co o nim myślę. I mam nadzieję, że to nie myślozbrodnia…
A to naprawdę bardzo udany i typowo allenowski film. Główny bohater przybywa z żoną ze Stanów do San Sebastian, na słynny festiwal filmowy. Ona jest agentką prasową pewnego robiącego obecnie karierę młodego reżysera – on emerytowanym wykładowcą historii filmu. I już tu mamy główną „oś konfliktu”. Bo co lepsze? Klasyka i dawne arcydzieła kina? Czy współczesne „filmy festiwalowe” – najczęściej kreowane na „arcydzieła” przez… speców od promocji i marketingu.
No właśnie. Allen kpi z dzisiejszych „mistrzów” i przypomina nam (w formie zabawnych czarno-białych sekwencji snów i fantazji głównego bohatera) o Fellinim, Bergmanie, Wellesie, Godardzie. „Obywatel Kane”, „Siódma pieczęć”, „Jules i Jim”, „Osiem i pół”… - to między innymi nawiązania i kapitalne cytaty z tych obrazów oglądamy w „Hiszpańskim romansie”.
Z pewnością mógłby to być ciut lepszy film. Zwłaszcza aktorsko. O ile Gina Gershon, Louis Garrel, czy Christoph Waltz grają tu całkiem nieźle (zwłaszcza ten ostatni ma kapitalny „bergmanowski” epizod), o tyle Wallace Shawn (główna rola!?), Elena Anaya, Sergi López i Douglas McGrath sprawiają wrażenie, jakby nie znali scenariusza i musieli improwizować. Czasem nawet ustawiają się, czy spoglądają w dziwnych kierunkach, jakby byli naturszczykami, amatorami i występowali w jakimś niskobudżetowym, niezależnym filmie.
To może drażnić, nie na tyle jednak, by zepsuć przyjemność z oglądania tego przezabawnego i niezwykle inteligentnego filmu. Pełnego typowych allenowskich tematów, bohaterów i traum, którymi nowojorski mistrz kina dzieli się z nami regularnie od lat ’70 ubiegłego wieku.
*
On-linie „Hiszpański romans” można oglądać na wielu różnych platformach streamingowych. Których konkretnie - sprawdzą Państwo np. na upflix.pl
Tekst z cyklu Filmy wszech czasów

Loteria "Picasso za 100 euro", organizowana od 2013 roku, odbyła się po raz trzeci.
Od wczesnej młodości miewał objawienia religijne. Nowa książka "Gogol. Zagadka".
120 tys. zł na naprawę Kościoła pw. Miłosierdzia Bożego w Kaliszu.
W dniach 16–19 kwietnia w Warszawie odbędą̨ się̨ 31. Targi Wydawców Katolickich.
Odznaczona Orderem Orla Białego, tytułem Sprawiedliwy wśród narodów świata...
Odkrywanie wieczności przez autora głośnych wywiadów z Benedyktem XVI.
Ma przynieść ludziom pocieszenie, poczucie bezpieczeństwa i nadzieję.